Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 26 min czytania

Róża cz. 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pięść opadła gwałtownie na twarz Hanka i mężczyzna zwalił się ciężko na ziemię wypluwając ułamany ząb razem z krwią. Chwilę charczał ciężko, desperacko próbując się podnieść. Mięśnie nie chciały go jednak słuchać i po krótkiej, rozpaczliwej walce ostatecznie się poddały. Gerard jeszcze przez moment trwał w gotowości na wypadek, gdyby musiał zakończyć sprawę kopnięciem. Odetchnął lekko, gdy Hank sflaczał na bruku. Stanął nad nim i ze stoickim spokojem poprawił mankiety koszuli., sprawdzając przy tym, czy nie zabrudził ich krwią. -Do tego właśnie służą pięści Hank – powiedział, po czym odwrócił się powoli i ruszył w stronę drzwi. Po chwili zniknął w plamie światła, która ulotniła się, gdy zatrzasnął je za sobą.

Hank siedział w twardym fotelu w zaciszu własnego domu i przykładał sobie lód do oka. W drugiej ręce trzymał gazetę sprzed trzech dni. Pogrubiony nagłówek głosił iż w nocy w rezydencji Greyów zamordowany został dziedzic rodowej fortuny niejaki Rufus. Reporter w swej relacji nie był zbyt dokładny i skupiał się raczej na budowaniu nastroju niż podawaniu faktów. Popuścił też wodze fantazji sugerując, że młody Rufus Grey mógł zginąć na skutek działania sekty żydowskiej, masonów, a nawet sił nieczystych. Typowy bełkot mający wynieść średnio interesujące morderstwo spadkobiercy podupadłego rodu do rangi wydarzenia stulecia. Hank był zdumiony, że nigdzie w artykule nie padły żadne oskarżenia przeciw murzynom. Ze złością rzucił gazetę na stolik i syknął z bólu. Gerard nieźle go urządził, a mówił, że ta sprawa w ogóle go nie interesuje.

Rezydencja nie była zbyt imponująca. Zwykły dwupiętrowy budynek z zapuszczoną fasadą. Na jego dachu przycupnęły cztery koślawe gargulce, które niszczały jak wszystko wokół. Jeden nie miał łapy, drugiemu odpadło pół ucha i kawał nosa, a pozostała dwójka ze smętnym wyrazem pyska wypatrywała utraconych skrzydeł. Trawa wokół domu wyglądała jakby ostatnio skoszono ją w poprzednim stuleciu, a żywopłot był splątanym kłębem gałęzi i liści. -Przyjemne miejsce – mruknął Hank pod nosem i skierował się do drzwi. Nigdzie nie ujrzał dzwonka, tylko wielką kołatkę w kształcie smoczego łba, z której odłaziła farba. Hank zauważył, że pod ciężkim kołem widoczne jest spore zagłębienie w rozlazłym drewnie. Chcąc nie chcąc skorzystał z archaicznego urządzenia i czekał na rozwój wypadków. Po dłuższej chwili drzwi uchyliły się skrzypiąc głośno, a w powstałej szparze pojawiła się stara twarz przeorana licznymi bruzdami o oczach tak przerażająco smutnych, że chyba nigdy nie widziały nagiej kobiecej piersi i wymierającymi strzępami siwych włosów na skroniach. -Czego pan tu szuka? - spytał jegomość suchym jak wiór głosem. Hank zaklaskał w myślach z podziwu dla jego zdolności obserwacji. Wystarczyło mu raptem kilka sekund, żeby wyczuć z kim ma do czynienia. -Byłem umówiony z panem Greyem, chodzi o jego syna – detektyw może i zdawał sobie sprawę ze swojego wyglądu, ale starał się zachować chociaż opary dżentelemeńskości. -Pan – słowo wypowiedziane po sporej chwili wahania. - Hank Made? -Tak, oto moja wizytówka – detektyw wyciągnął z kieszeni płaszcza pogięty, wąski kartonowy pasek upstrzony kilkoma niezidentyfikowanymi plamami i podał go przez szparę w drzwiach. Twarz uważnie zlustrowała wizytówkę, po czym jej właściciel przemówił. -Proszę chwilę zaczekać – i drzwi się zamknęły. Made czekał. Minęła chwila, potem następna. Za jego plecami samochody przejeżdżały co jakiś czas po Line Street. O tej porze ruch był niewielki, jednak zawsze znalazł się jakiś przypadkowy kierowca, który ze zwykłej czysto ludzkiej dobroci serca posyłał na ściany posiadłości blask reflektorów. Choć sądząc po stanie elewacji, była to raczej niespecjalnie skrywana złośliwość. Hank spojrzał na zegarek na lewym nadgarstku. Następnie popatrzył na boki i odszedł kawałek żwirowaną alejką wzdłuż ściany budynku. Dojście do narożnika zajęło mu krótką chwilę. Tam zatrzymał się i rozejrzał wokół. Alejka biegła dalej przed siebie i skręcała za kolejny narożnik. W miejscu w którym stał Hank, trawnik zdawał się być jeszcze bardziej zapuszczony. Nigdzie nie było widać żadnych kwiatów, które pewnie już dawno zostały zeżarte przez chwasty. Made spojrzał w górę. Po ścianie budynku wspinał się bluszcz. Rozrósł się już dosyć gęsto i zasłaniał jedno z okien na piętrze, a także dwa na kolejnej kondygnacji. W świetle reflektorów przejeżdżających samochodów Hank spostrzegł, że wiele liści pożółkło, zupełnie jakby roślina wysychała. Szczególnie go to nie zdziwiło, znalazł w tym nawet pewną pociechę. W oknach na piętrze panował nieprzenikniony mrok. Autor artykułu nie poczynił żadnej wzmianki na temat tego, który pokój należał do młodego Rufusa, jednak Hank zdążył już zasięgnąć języka i wiedział, że młody dziedzic fortuny mieszkał na piętrze w tym miejscu, które porastał bluszcz. Teraz wolnym krokiem podszedł do rośliny i pochylił się szukając wśród żwiru alejki kawałków rozbitego szkła, jednak nic takiego nie znalazł, nawet drobnego odprysku. -Co pan tutaj robi? -w suchym głosie brzmiała nagana. Hank wyprostował się i odwrócił. Stojący przed nim stary mężczyzna był niski i zupełnie łysy nie licząc tych kilku strzępków siwizny, które wcześniej rzuciły mu się w oczy. Nie miał na sobie zwyczajowej liberii, lecz zwykłe pomięte spodnie, czerwoną koszulę i brązowy pulower. Wyglądał jak typowy rezydent domu spokojnej starości, który całymi dniami grywa w bingo i próbuje zaimponować młodziutkim pielęgniarkom opowieściami o barwnym życiu. -Czy pan Grey mnie przyjmie? Spytał siląc się na obojętny ton, gdyż wyraz twarzy starca wzbudzał mimowolną antypatię, aż miał ochotę się otrząsnąć. -Owszem, proszę za mną – ton głosu mężczyzny wyraźnie wskazywał, iż ambiwalentne odczucia Hanka zostały szczerze i zupełnie bezinteresownie odwzajemnione.

Hank stękając wstał z fotela i chwiejnie ruszył do kuchni. Odkręcił kran z zimną wodą i podstawił pod niego jeszcze wilgotną ścierkę. Trzymał ją krótką chwilę pod wodą, po czym zamknął dopływ i wycisnął do zlewu nadmiar wody. Przyłożył okład do oka i stęknął z ulgi. Chciał już wracać do pokoju, jednak po chwili namysłu sięgnął po szklankę, nalał do niej trochę zimnej wody, po czym zalał whiskey aż po brzegi. Upił mały łyk i zadowolony, ze ścierką w jednej ręce i pełną szklanką w drugiej wrócił na fotel, siadając tylko raz stęknął z bólu, co uznał za dobry znak. Odłożył naczynie na stolik i wziął do ręki leżący tam notatnik. Położył go sobie na kolanach i sięgnął po ołówek. Następnie zaczął wertować brulion. Po krótkiej chwili znalazł stronę której szukał i dopisał na niej: - Gerard jednak zainteresował się sprawą, - sprawdzić co może oznaczać „cum artis”. Przykładając mokrą ścierkę do oka i zagryzając koniec ołówka wpatrywał się w zapisane odnośniki i zastanawiał co mogą one oznaczać. Być może nie był on najbystrzejszym detektywem w mieście, ale wierzył, że niektóre zagadki nawet on będzie potrafił rozwikłać.

Wprowadzono go do niewielkiego gabinetu na parterze. Pod ścianami stały tam regały na książki, jednak już na pierwszy rzut oka wyraźnie rzucała się w oczy spora ilość pustych miejsc pomiędzy w większości gustownie oprawnymi tomiszczami. Naprzeciwko drzwi znajdowało się solidne, rzeźbione biurko za którym siedział gospodarz domu Tytus Grey. Z tego co Hank o nim wiedział, mężczyzna dobiegał sześćdziesiątki, jednak nie było tego po nim widać. Jego twarz przecinało niewiele zmarszczek, a w gęstej siwej czuprynie znajdowało się jeszcze sporo wyraźnie widocznych czarnych pasm. Spojrzenie miał bystre i czujne, Hank od razu wyczuł, że gdy tylko przekroczył próg gabinetu rozpoczął się proces wnikliwej obserwacji i analizy. A to jak się obawiał oznaczało opatrzenie odpowiednim komentarzem plam na jego płaszczu, dziury w trzymanym w prawej ręce kapeluszu oraz jak się obawiał wyraźnie wyczuwalnego, roztaczanego przezeń unikalnego aromatu. Aby zdobyć chociaż punkt czy dwa niby odruchowo przeczesał włosy palcami lewej ręki, czym zarobił jedynie wymowne uniesienie brwi gospodarza. -Pan Made jak przypuszczam – przemówił Tytus Grey mocnym głosem. -Zgadza się – Hank skłonił głowę. - Niech mi będzie wolno złożyć wyrazy współczucia z powodu pańskiej straty – powiedział próbując jednocześnie obrócić kapelusz w dłoni tak, aby ukryć dziurę. -Jest pan więc zaznajomiony z poranną prasą – huknął gospodarz. -Istotnie. Jak pan się zapewne domyśla, jest to niezwykle pomocne w mojej pracy. -Właściwie można się tego było po dzieciaku spodziewać – ton Greya wyraźnie sugerował, że niewiele dba o to, co zdarzyło się tej nocy w jego domu. - Albercie to wszystko, bardzo ci dziękuję. Lokaj pochylił się w płytkim ukłonie i wyszedł z gabinetu cicho zamykając za sobą drzwi. Odprowadzając go wzrokiem Hank spostrzegł stojącą w kącie pomieszczenia niewielką sofę, która wcześniej umknęła jego uwadze. Podobnie jak kolekcja książek miała ona kilka ubytków, co automatycznie sprawiło, że detektyw poczuł się choć odrobinę schludniej. -Suchy czy mokry? - spytał Tytus Grey z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. -Zależy od pory dnia – odparł Hank, czym jak miał nadzieję, uczynił odpowiednią sugestię. Gospodarz zaśmiał się słysząc te słowa, po czym odsunął szufladę biurka i wyjął z niej sporą butelkę i dwa kieliszki. Detektywa tylko odrobinę rozczarowało, że nie były to szklanki, jednak usilnie się starał nie dać niczego po sobie poznać. -Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko porto? -Nie w tej chwili – Hank patrzył jak Tytus Grey starannie napełnia oba naczynia równo do połowy objętości. -Domyślam się, że wezwał mnie pan tutaj z powodu swojego syna. -I tak i nie – odparł gospodarz podając mu kieliszek. -Będę z panem szczery, niewiele obchodzi mnie kto i dlaczego zabił Rufusa. Niech policja się tym zajmuje, skoro musi. Jak znam życie, to i tak będą pewnie tylko udawać, że coś robią, a później umorzą śledztwo z powodu braku znaczących poszlak -Grey skrzywił się z niesmakiem i uniósł kieliszek do ust, po czym upił drobny łyk. -Jednak ze śmiercią mojego syna wiąże się również zniknięcie pewnego, niezwykle dla mnie cennego przedmiotu. Rodowej pamiątki, można wręcz powiedzieć symbolu, na którego odzyskaniu niezmiernie mi zależy. -Cóż to za przedmiot? -Hank wypił trochę porto i ze wszystkich sił próbował się nie skrzywić, niestety jak się obawiał poczęstowano go słodką odmianą. Darmowy alkohol rzadko bywał satysfakcjonujący. -Kwiat -pan Grey upił kolejny niewielki łyk. -Konkretnie róża. Wykonana ze złota i zdobiona srebrem spinka do krawata. Niezwykle misterna robota. Znajduje się w mojej rodzinie od pokoleń. Jak pan zapewne wie lub też zauważył dziś wieczór, nie powodzi nam się ostatnio zbyt dobrze -”Inaczej zadzwonilibyście po kogo innego” pomyślał Hank, gdy gospodarz pociągnął kolejny, tym razem spory łyk z kieliszka i zatoczył ręką krąg. -Żeby utrzymać tę posiadłość, co jakiś czas wyprzedaję książki. Już pół kolekcji mojego ojca rozeszło się po antykwariatach, choć gdybym tylko sprzedał tę jedną spinkę jeszcze i moje wnuki nie musiałyby kiwnąć palcem, żeby utrzymać ten dom. -Rozumiem -Hank skinął głową. -Dlaczego podejrzewa pan, że morderstwo pańskiego syna miało cokolwiek wspólnego ze zniknięciem tego przedmiotu? Czyżby ta róża znajdowała się ostatnio w jego posiadaniu? Tytus Grey przez chwilę patrzył na niego w milczeniu, po czym wypił kolejny spory łyk porto. Następnie wstał zza biurka i zaczął przechadzać się nerwowo wzdłuż krawędzi mebla, to w jedną, to w drugą stronę. Ręce skrzyżował za plecami i mocno zacisnął dłonie. -Jak już panu mówiłem, nie chodzi o to nieszczęsne morderstwo. Widzi pan, mój syn był marzycielem. I cholernym głupcem. Całe dnie tylko siedział z nosem w książkach, albo włóczył się nie wiadomo gdzie -gospodarz przystanął na chwilę i położył dłonie na oparciu zajmowanego wcześniej fotela. -Nie podobało mu się, że wyprzedaję tę kolekcję, twierdził, że powinienem się raczej pozbyć mojej Róży. Skończony idiota. Nie wiedział ile jest dla nas warta, tyle razy cierpliwie mu to tłumaczyłem, a dla niego symbol naszego rodu wciąż stanowił jedynie lokatę kapitału, którą należało jak najszybciej spieniężyć. Musiał ją wykraść i pewnie próbował sprzedać, być może nawet z sukcesem, bo u niego jej nie znalazłem. -Kiedy zauważył pan zniknięcie spinki? -spytał Hank, zastanawiając się jednocześnie, czy jeśli szybko osuszy swój kieliszek, to będzie mógł liczyć na drugą rundę. Podejrzewał, że nie, więc nadal powoli sączył trunek, który i tak był za słodki jak na jego gust. -Dziś po wyjściu policji. Jeszcze wczoraj rano ją oglądałem. Około południa Rufus wyszedł z domu i wrócił dopiero późnym wieczorem, albo nad

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Róża cz. 1 — czytnik · opowiadania