Kryminał · 28 min czytania
Róża cz. 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Hank wyszedł już na ganek, gdy nagle coś mu się przypomniało. Odwrócił się pospiesznie i przytrzymał drzwi, zanim zostały zamknięte do końca. -Jeszcze jedno pytanie Albercie -powiedział. -Jaki był tytuł tej książki? -Jakiej książki? -lokaj wydawał się być zaskoczony. -Tej o którą Rufus kłócił się z ojcem. -Nie przypominam sobie, żeby w ogóle wspominał jak się nazywała. -Spróbuj proszę, to może być ważne -Hank patrzył mu prosto w oczy. Albert zamyślił się na dłuższą chwilę. Zaczął wodzić wzrokiem po framudze drzwi, jakby miało mu to odświeżyć pamięć. Wreszcie skupił uwagę na jednym konkretnym gwoździu wystającym z deski przy podłodze i wpatrywał się w niego z uwagą. -Niczego nie kojarzę -powiedział po dłuższej chwili. -Jesteś pewien? -naciskał Hank. -Tak -lokaj spojrzał mu prosto w oczy. -Trudno -rzucił Made i odszedł powoli w stronę ulicy.
Belfast był mekką dla gangsterów, kobiet, których przychylność można było uzyskać na ogół sugestywnym brzęczeniem, skorumpowanych gliniarzy oraz wszelkich innych podejrzanych indywiduów, które towarzystwo drugiego człowieka ceniły wyżej niż własne odbicie w lustrze. A przynajmniej wówczas, gdy miały ochotę się napić. Klub składał się z dwóch przestronnych sal. Pierwsza, nieco mniejsza, zastawiona była stołami, przy których roiło się od klientów ułatwiających sobie rozmowy butelczyną czegoś mocniejszego. Pod odległą ścianą stał bar z długą ladą, a przy nim znajdowało się kilku mężczyzn, których interesowały jedynie procenty. W drugiej sali jedynie pod ścianami stały gustowne boksy, a pośrodku znajdował się dębowy parkiet, po którym śmigały w tańcu liczne pary, ruszając się w rytm muzyki wygrywanej przez zespół ulokowany w rogu pomieszczenia. Hank wszedł do zadymionego Belfastu dobrą godzinę temu. W tej chwili siedział samotnie już nad piątą whiskey z lodem. -Co tym razem Hank? -spytał barman, który miał akurat chwilę wytchnienia. -Nic szczególnego -odparł detektyw. -Dostałem zlecenie. -Uwielbiam twoje metody pracy -uśmiechnął się jego rozmówca. -Nabijają mi kieszeń. -Spadaj Charlie -zezłościł się Made. -Już mnie nie ma. Hank patrzył na drobne plecy barmana, gdy ten znikał za drzwiami od zaplecza. Następnie powiódł wzrokiem po sali. Nic szczególnego się dziś nie działo. Z resztą jak zwykle. Właściciel Belfastu Liam Burleigh doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że nawet opłacani gliniarze musieliby jakoś zareagować, gdyby w klubie przydarzyła się rozróba, albo co gorsza kogoś by zabito. Dlatego też obie sale przez cały czas znajdowały się pod czujną obserwacją kanciastych ochroniarzy o aparycji goryli i szybkości pantery, którzy dysponowali tym szczególnym rodzajem szóstego zmysłu pozwalającym im wkraczać do akcji jeszcze zanim ta się w ogóle zaczęła. Stary Irlandczyk wiedział wiedział jak dbać o własne interesy. Teraz zapewne siedział w swoim gabinecie na górze i pił za zdrowie idioty, który przepchnął przez Kongres ustawę o prohibicji. To głównie dzięki niej Liam wypłynął na wierzch przestępczego światka i przejął kontrolę nad większą częścią miasta. -Co tak sam pijesz? -ktoś klepnął Hanka w ramię. Made odwrócił głowę i ujrzał dosiadającego się do niego niskiego, ale potężnie zbudowanego mężczyznę o krótkich blond włosach i twarzy wyciosanej prosto jak głaz. Hank wiedział też, że jego pięści były równie twarde. -Co słychać Gerard? -detektyw opróżnił swoją szklankę. -Słyszałem, że stary Grey zaoferował ci robotę -odparłtamten. -Ciekawe kto ci powiedział -Made zapatrzył się w lód topniejący z wolna na dnie jego naczynia. -On sam, właśnie od niego wtracam. Hank spojrzał na Gerarda z mieszaniną zaskoczenia i niedowierzania na twarzy. -Co tak oczy wybałuszasz? -zaśmiał się tamte. -Zadzwonił do mnie i powiedział, że jest robota. Poszedłem więc, a on mi mówi, że mu jakaś błyskotka zginęła, że niby syn wyniósł. Pytam ile chce mi zapłacić, a on mówi, że ma dużo rzadkich książek. Machnąłem tylko łapą i podszedłem do drzwi, a wtedy on, że sto pięćdziesiąt dolarów za tydzień. Że bardzo mu na tym fancie zależy i że wynajął już jednego detektywa. I mówi, że to właśnie ty dla niego robisz. -Zgodziłeś się? -spytał Hank. -Daj mi spokój -Gerard powiódł wzrokiem wzdłuż lady. -Co to za sens się w tym babrać? Znam cię, łaziłeś pewnie, albo będziesz łaził w te same miejsca, co i ja bym poszedł. I po co się tak bawić? Jakby jeszcze więcej płacił, to może, ale sto pięćdziesiąt dolarów? Aż tak źle to ze mną nie jest. -Proszę, proszę kto się pojawił -Charlie wrócił z zaplecza i zwrócił się do Gerarda. -Napijesz się czego Berrier? -Whiskey z lodem -odparł zapytany. -I Hankowi też nalej, coś mu mina zrzedła.
Następnego dnia Hank wstał po dziesiątej. Ciężko zwlókł się z łóżka i poczłapał do łazienki. Podszedł do umywalki, wsadził łeb pod kran i odkręcił zimną wodę. Trwał tak dłuższą chwilę, aż w końcu podniósł się i spojrzał w lustro. Przeszło mu przez myśl, że mógłby się ogolić, a być może nawet skoczyć do fryzjera. Szybko jednak zignorował ten impuls na wspomnienie smętnych stu pięćdziesięciu dolarów obiecanych mu przez Greya i przeklętego Gerarda. Ze złością trzasnął pięścią w ścianę i odwrócił się w stronę drzwi. Już miał wyjść z łazienki, ggdy nagle zdał sobie sprawę z faktu, że może warto byłoby umyć zęby. Kilka minut później siedział już przy kuchennym stole i popijał śniadanie zagryzając twardą bułką, która jakimś cudem ocalała z wczorajszego posiłku. Naszła go przy tym spóźniona refleksja, że mycie zębów przed jego tradycyjnym posiłkiem miało tyle samo sensu, co gotowanie kamienia w nadziei że zmięknie. Westchnął tylko ciężko, a jego smętne spojrzenie omiotło ludzi za oknem, natomiast mózg próbował sobie przypomnieć nazwiska wszystkich znajomych właścicieli lombardów. Nie było ich wielu, gdyż Hank rzadko kiedy zmuszony był szukać rodzinnych pamiątek. Zazwyczaj pomagał policji przy rozwiązywaniu spraw zabójstw, a przynajmniej tak było jeszcze całkiem niedawno... zanim... W tym momencie przypomniał sobie ledwie wyczuwalny zapach siarki unoszący się w sejfie Greyów i leżące pod nim drobinki żółtego proszku. Czy naprawdę aż tak potrzebował tych pieniędzy? Zanim zdążył to dobrze przemyśleć, przypomniał sobie wczorajszą wizytę w Belfaście. Cholerny Gerard „...sto pięćdziesiąt dolarów? Aż tak źle to ze mną nie jest”. Sukinkot, dawniej nie ośmieliłby się powiedzieć mu tego w twarz. Ale na tym głównie polegał problem, że dawniej minęło bezpowrotnie i nadeszło teraz. A bułka się skończyła. Hank spojrzał tęsknie na butelkę zawierającą danie główne, ale uznał, że już mu wystarczy. Wstał od stołu, strzepał okruszki ze spodni i sięgnął po leżący na drugim krześle kapelusz.
Dzwoneczek przy drzwiach zadźwięczał cicho, gdy Hank wszedł do mieszczącego się w ciasnej piwniczce lombardu. Jak do tej pory nie miał szczęścia. W trzech poprzednich miejscach nikt nawet nie słyszał o tej cholernej spince do krawata, nie mówiąc już o tym, żeby nabył ostatnio taką w kształcie róży wykonaną ze złota i zdobioną srebrem. Cała sprawa zaczynała go już irytować, czuł się jak jakiś chłopiec na posyłki. Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu. Przez zabrudzone szyby do środka wpadało niewiele światła, jednak nie było ono specjalnie potrzebne. Nawet gdyby pod sufitem piwniczki kotłowało się najprawdziwsze słońce to i tak trudno byłoby rozróżnić poszczególne przedmioty kłębiące się wszędzie wokół. Graty, Hank nie uważał, żeby adekwatne było jakiekolwiek inne określenie, zawalały stojący pod jedną ze ścian stół i znajdujący się po przeciwnej stronie regał, było ich jednak na tyle dużo, że nie wystarczała im okupacja tych dwóch obszarów. Dosłownie wypełzały z nich i zalegały stertami na podłodze, na której pozostawiono jedynie wąski w miarę uporządkowany pasek, nieprzyjemnie kojarzący się z linią frontu, którym można było przejść do lady znajdującej się na końcu pomieszczenia. Ją również niczym pleśń porastała warstwa wszelakich rupieci. Hank już chciał się wycofać na zewnątrz, sądząc, że w tym miejscu i tak niczego się nie dowie, jednak dokładnie wtedy, gdy podjął decyzję, znajdująca się za ladą kotara zostałą rozsunięta i wyłonił się zza niej wysoki, szpakowaty jegomość ze śmiesznym, długim wąsikiem opadającym smętnie w dół znad jego górnej wargi. -W czym mogę pomóc? -zapytał skrzypiącym jak żwir głosem, zupełnie niepasującym do jego postury. -Szukam pewnego przedmiotu -zaczął Hank podchodząc do lady. -Tylko jednego? -starszy mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie. -I to w dodatku małego -detektyw spojrzał wymownie na piętrzące się wokół stosy rupieci. -Wydaje mi się, że miałem tutaj kiedyś łopatę -właściciel lombardu zaczął się z roztargnieniem rozglądać. -Już wiem. Powinna być w tamtej stercie -wskazał ręką miejsce w pobliżu drzwi. Hank nawet nie spojrzał we wskazanym kierunku. -Żartowniś z pana -powiedział. Mężczyzna uśmiechnął się wesoło pod wąsem. -Rzeczywiście. Czego pan szuka? -Spinki do krawata. Właściciel lombardu zmierzył Hanka wymownym spojrzeniem, po czym zgarnął z lady część rupieci, następnie wyjął spod niej niewielkie kartonowe pudełko, otworzył je i położył na względnie oczyszczonym miejscu. -Za tę tylko trzydzieści centów -pokazał Hankowi coś, co bardziej przypominało spinacz, niż spinkę do krawata. -Ta jest już za dolara -wskazał kolejną. -A ta aż za pięć, ale gratis dorzucam do niej garnitur. Detektyw przez chwilę patrzył w osłupieniu na rząd spinek równiutko ułożonych wewnątrz pudełka. Rzucił niepewne spojrzenie na walające się po podłodze sterty rupieci i przeniósł wzrok z powrotem na twarz rozmówcy. -Szukam pewnej bardzo konkretnej spinki -powiedział. -Wykonanej ze złota i zdobionej srebrem. W kształcie róży. Właściciel lombardu znów uśmiechnął się pod wąsem. -Czy myśli pan, że gdybym miał tę spinkę, to gnieździłbym się w tej piwniczce? -spytał. -Wie pan o czym mówię? -poziom zdumienia Hanka gwałtownie skoczył do góry i zakotłował się pod sufitem. -Wiem o wielu rzeczach -uśmiech jego rozmówcy zaczął działać detektywowi na nerwy. -Przedmiot o którym pan mówi, znajduje się w rodzinie Greyów od pokoleń. Wykonany został jeszcze w Europie o ile dobrze pamiętam na zamówienie Edwarda Greya. Hank w osłupieniu wpatrywał się w twarz starszego mężczyzny czekając na fanfary i klaunów z tortami wyskakujących gwałtownie z zaplecza. -Jak do tej pory nikt nie potrafił mi niczego powiedzieć o tym przedmiocie -stwierdził, gdy trochę się otrząsnął. -I ja również nie powiem o wiele więcej. Jeśli chce pan poznać historię tej spinki, to musi się pan udać do biblioteki. -A skąd pan w ogóle o niej wie? -Tytus Grey sprzedaje mi czasem książki z kolekcji swego ojca. -Panu? -Daję najlepszą cenę. Hank nie skomentował, ale znów rzucił okiem na walające się po podłodze rupiecie. -A że jest ze swojego skarbu straszliwie dumny, to opowiadał mi o nim raz czy dwa, a może i dwadzieścia -kontynuował właściciel lombardu. -Czyżby spinka została skradziona? -Niestety nie upoważniono mnie do udzielania odpowiedzi na takie pytania. Dziękuję za pomoc -Hank odwrócił się w stronę drzwi. Dzwoneczek znów zadźwięczał cicho, jednak detektyw nie wyszedł na zewnątrz. Przez chwilę stał w progu, po czym wrócił do lady i położył na niej trzydzieści centów. -Wezmę tę -oznajmił wskazując palcem przedmiot znajdujący się we wnętrzu pudełka.
Do południa Hank odwiedził jeszcze kilka lombardów, jednak w żadnym nie uzyskał potrzebnych informacji, za to zaczął mu doskwierać głód. Skierował się więc do Wieprzonki, jedynego baru w okolicy, w którym mógł liczyć na zniżki po starej znajomości. Knajpa mieściła się na parterze koślawego budynku przy Leland Drive. Była to mała speluna o powierzchni niewiele większej niż klatka schodowa Hanka. Już od drzwi w detektywa uderzyła fala dusznego powietrza i smród przypalonego mięsa, który jednak nie był w stanie zamaskować unoszącego się w całej knajpie niepowtarzalnego aromatu kiszonej kapusty. Made podszedł do baru, który wyglądał jakby ostatnio wyczyszczono go z okazji ogłoszenia Deklaracji Niepodległości i stuknął młoteczkiem w stojący tam irracjonalny gong. Po dłuższej chwili z małej klitki na tyłach pełniącej rolę kuchni wyszedł korpulentny mężczyzna o twarzy dorodnego wieprza owinięty zabrudzonym fartuchem. -A kogóż to przywabiły rozkoszne zapachy z mojej kuchni? -jego twarz wykrzywił grymas straszliwego uśmiechu. -To samo co zwykle Hank? -Podwójna porcja -odparł detektyw. Kucharz zagwizdał cicho. -Trafiła ci się robota? -spytał. -Na to wygląda. Korpulentny mężczyzna zniknął na zapleczu. Po jakichś dziesięciu minutach wróciłz parującym talerzem, na którym znajdowały się gotowane ziemniaki pokryte sporymi kawałkami mięsa pływającymi w gęstym, brązowym sosie. Kucharz postawił posiłek na barze przed Hankiem i podał mu sztućce. Detektyw odkroił kawałek pieczeni i wziął go do ust. Przez chwilę tylko przeżuwał w milczeniu. -Idealnie przypalona -ocenił krzywiąc się nieznacznie. -Skąd do cholery bierzesz to mięso Gregor? -Ja cię nie pytam skąd wziąłeś tę paskudną mordę -odparł tamten. -Co to za robota? -Szukam spinki do krawata. Wykonana ze złota i zdobiona srebrem. Ma kształt róży. Słyszałeś może o czymś takim? -Wiesz jakie typy tu przychodzą, wszyscy mają raczej mało wyrafinowane gusta. -Domyślam się -Hank spojrzał na kolejny kęs mięsa nadziany na widelec. -Mimo wszystko mógłbyś popytać. Byłem dzisiaj w kilku lombardach, ale niewiele to dało. -Z tego co mówisz, to raczej kolekcjonerski fetysz, skąd pomysł, że ktoś poszedłby z czymś takim do lombardu? -Wpadł mi do głowy, kiedy rano patrzyłem w lustrze na swoją paskudną mordę. -Myślałem, że pękło lata temu. -Bo pękło, ale dzięki temu wyglądam zdecydowanie