Kryminał · 31 min czytania
Róża cz.4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wielkie święcące na różowo litery układające się w napis Perla, powitały Hanka mrużąc się wesoło. Detektyw spojrzał na zegarek. Kwadrans po siedemnastej. Szlag. Przystanął na chwilę opierając rękę na ścianie w próbie złapania oddechu. Pozwolił sobie odczekać całe pół minuty, zanim wyprostował się, poprawił płaszcz i wszedł do środka. Zdziwił się już wówczas, gdy wysłannik Jimiego Montany powiedział mu, że mają się spotkać w Perli. Hank zdecydowanie tutaj nie pasował. Czuł się równie wystawiony jak słoń w składzie porcelany. To była porządna restauracja, jadali tutaj ludzie, dla których cholerne sto pięćdziesiąt dolarów znaczyło tyle, co chusteczka w kieszeni. Detektyw mijał więc mężczyzn odzianych w kosztowne smokingi i kobiety w eleganckich sukniach z wyrazem zażenowania na twarzy i wzrokiem wbitym w pomięty płaszcz i poplamiony garnitur jakie nosił na sobie. Po dłuższej chwili zauważył mężczyznę, który podszedł do niego w parku. Drab skinął mu głową i poszedł w głąb pomieszczenia. Hank ruszył za nim i znalazł się w niewielkiej przestrzeni odgrodzonej od reszty restauracji cienkimi, kartonowymi ściankami. W środku znajdował się duży stół i dwie ławy. Na jednej z nich siedział niski, korpulentny mężczyzna. Nie był on otyły, jednak twarz miał pulchną, a i brzuch powoli mu się zaokrąglał pod elegancką marynarką. Na widok Hanka skrzywił się z niesmakiem i wymownie spojrzał na zegarek. -Myślałem, że moi ludzie wytłumaczyli już panu czym jest szacunek – przemówił niskim głosem. Drab zrobił krok w kierunku Hanka, a detektyw zaobserwował jak jego dłoń zwija się w pieść. -Proszę o wybaczenie panie Montana, pojawił się nowy wątek w śledztwie. Osiłek spojrzał pytająco na swego pracodawcę, a ten delikatnie obrócił głowę w lewo i w prawo. Drab opuścił rękę i wrócił na swoje miejsce. -Jak rozumiem w sprawie, którą mam zamiar właśnie z panem omówić? - Montana pytająco uniósł brwi. Hank nie odpowiedział od razu, zastanawiając się jak wybrnąć z tej sytuacji. Przedłużające się milczenie wywołało zmarszczkę zniecierpliwienia na czole Jimiego Montany, co poskutkowało kolejnym nerwowym ruchem jego draba. -To możliwe – powiedział wreszcie Hank. - Znalazłem kogoś, kto to dla mnie sprawdzi. Na te słowa Jimi Montana zareagował krótkim wybuchem gardłowego śmiechu. Jego osiłek zaśmiał się również. -Stać cię na pomocnika? - Montana spojrzał na niego kpiąco, wymownie pociągając nosem. -To chyba będzie zależeć od pana – Hank wyzywająco spojrzał w oczy siedzącemu przed nim mężczyźnie. -No tak – Jimi sięgnął po stojącą przed nim na stole szklankę. - Zatem porozmawiajmy o interesach panie Made. A raczej o maleńkim interesiku, który być może sprawi, że znów spojrzę na pana łaskawszym okiem – pociągnął długi łyk ze szklanki. - Znajdź dla mnie tę szpilkę Made, a będę skłonny zapomnieć o pewnych sprawach. -Spinkę – poprawił odruchowo Hank, zanim zdążył ugryźć się w język. -Słucham? - Montana spojrzał na niego z irytacją. -Przepraszam – detektyw postanowił przejąc inicjatywę. - Chodziło mi oczywiście o Różę, zresztą podobnie jak panu. -Obaj wiemy o co mi chodziło, więc nie musisz mówić o tym na głos, gdy moi goście bawią się za ścianą – przejście na ty było znakiem, że Hank zaczyna irytować Jimiego Montanę. -Oczywiście – przytaknął detektyw. - Jak rozumiem poza zapomnieniem dawnych win, w grę wchodzą również pieniądze – Made spojrzał wymownie na draba. - Jak słyszałem czterysta dolarów. -Dostaniesz nawet dodatkową pięćdziesiątkę, tylko znajdź szybko tę błyskotkę. A teraz idź, nie marnuj mojego czasu. Audiencja była skończona, a drab wskazał mu drzwi. -Jedno pytanie – powiedział Hank. - Skąd dowiedział się pan o kradzieży sp... szpilki? Monatana skrzywił się. -Mam swoje źródła – odparł.
Spotkanie z Jimim Montaną niespodziewanie dało Hankowi nowy trop w sprawie. Gangster mówił o szpilce, nie spince. Dokładnie tak samo jak każda książka o Greyach, którą detektyw wygrzebał w bibliotece. Oznaczało to, że ktoś chciał go jednak wyprowadzić w pole, nie miał tylko pojęcia kto i dlaczego miałby zadawać sobie tyle trudu. Ostatecznie co za różnica czy Made szukał spinki, czy szpilki? Oczywiście poza tym, że musiał wiedzieć czego szukać, żeby móc to znaleźć. A skoro tak, to musiał się upewnić czym właściwie była Róża. Zastanowił się przez chwilę jak mógłby to zrobić. No tak, Jonathan Travers przyjaciel Tytusa Greya. Powinien był już wcześniej złożyć mu wizytę, ale jakoś o tym nie pomyślał. Musi to zrobić jutro, najlepiej z samego rana, a przynajmniej przed południem. I zanim zdąży się czegokolwiek napić. A skoro już o tym mowa... Hank spojrzał na zegarek. Za kwadrans szósta. Jeszcze wcześnie, choć z drugiej strony tego dnia i tak by już zbyt wiele nie zdziałał, w związku z czym mógł spokojnie wrócić do domu, gdzie w lodówce czekała cierpliwie półlitrowa butelka whiskey. To był dobry plan. Bardzo dobry, ale po chwili Hank pomyślał o czymś innym. Znajdował się przed Perlą, zaledwie dwie przecznice dalej usytuowany był Belfast. Mógł tam wpaść na chwilę i wypić szklaneczkę czy dwie, posłuchać muzyki, ostatecznie było go na to stać. W każdym razie będzie go na to stać. W Belfaście niewiele się zmieniło przez tych kilka dni. W każdym kącie Hank widział te same smętne twarze co zawsze. Ludzie, którzy podobnie jak on byli zbyt zmęczeni, żeby szukać sobie innych rozrywek niż alkohol. Rozrywek, które z pewnością mniej brudzą po przekroczeniu pewnego limitu. Wszyscy oni byli już przegrani, a przynajmniej będą. Kiedyś. Na pewno. Tak to właśnie widział. A przynajmniej tak chciał to widzieć. Świadomość, że wokół ludzie dobrze się bawią, podczas gdy on pił jedynie po to, by któregoś dnia obudzić się i stwierdzić, że pewne rzeczy, które miały miejsce jakiś cza temu, w ogóle się nie wydarzyły. Dlatego właśnie patrzył na wszystkich wokół, jak na przegrańców towarzyszących mu w ostatniej podróży dziurawym okrętem. Wesołe, skoczne rytmy wygrywane przez orkiestrę w sąsiednim pomieszczeniu stanowiły według niego wspaniałe epitafium dla tego wszystkiego. -Podwójna? - spytał Charlie, gdy tylko Hank usiadł przy barze. -Daj potrójną – odparł detektyw. - A jak poproszę o dolewkę, po prostu przyłóż mi w zęby. Potem tylko siedział coraz bardziej pogrążając się w ponurym nastroju i żałując, że jednak nie wrócił prosto do domu. Powinien był przynajmniej rozmyślać nad sprawą, jednak jakoś nie mógł się do tego zmusić. Prawda była taka, że pogubił się w tym wszystkim, a świadomość, że w centrum wydarzeń była szpilka zmieniająca się w spinkę do krawata wcale nie poprawiała mu samopoczucia. To właśnie takich spraw od dawna starał się unikać i na co mu teraz przyszło? I to za marne sto pięćdziesiąt dolarów. A jeśli już o tym mowa, to powinien chyba przestać wydawać pieniądze, których jeszcze nie miał. Zajrzał do szklanki, na dnie której została jeszcze resztka płynu, następnie spojrzał na zegarek. Siedział tu już godzinę, czas wracać do domu i porządnie się urznąć. Dopił whiskey i odstawił szklankę na bar. W tym właśnie momencie ktoś złapał go za ramię. -Uszanowanie Hank – usłyszał tubalny głos Gerarda. -Co tam Berrier? - odparł Made próbując wstać. Gerard uścisnął mocniej jego ramię i przytrzymał go na stołku. -Moment – powiedział. - Słyszałem, że wciąż zajmujesz się sprawą tego Greya. -Owszem. -Przestań. -Chyba żartujesz. Nie mam... Zanim dokończył zdanie wielgarna pięść Berriera walnęła go prosto w twarz. Hank zachwiał się z bólu i na chwilę go zamroczyło. -Panowie! - krzyknął Charlie. - Takie sprawy załatwia się na zewnątrz. -Myślę, że nie będziemy musieli tego robić – stwierdził Gerard. - Prawda Hank? -Gówno prawda – wycedził detektyw przez zaciśnięte zęby. -Jesteś pewien? - spytał Berrier niemal z troską. - Upór może cię kosztować kilka żeber. Zamiast odpowiedzi Hank udzielił Gerardowi mocnego uderzenia łokciem w brzuch, a gdy ten się skulił pchnął go do tyłu i zamierzył się do kolejnego ciosu. Za nim rozległo się kliknięcie odciąganego rewolwerowego kurka. -Obaj na zewnątrz – powiedział spokojnie Charlie. - Wróćcie gdy jeden z was zabije drugiego. -Jasne, dzięki za whiskey Charlie – rzucił spokojnie Hank, poprawił poplamiony płaszcz i ruszył do wyjścia. Berrier bez słowa poszedł za nim. Gdy tylko znaleźli się na zewnątrz Made przygotował się do kolejnego ciosu, ale Gerard zaskoczył go. Zamiast próbować go uderzyć, po prostu rzucił się na niego bykiem i powalił na ziemię. Po dłuższej chwili było już po wszystkim. Gerard stał na chodniku ciężko dysząc, a Made leżał na ziemi plując krwią. -Do tego właśnie służą pięści Hank – rzucił Berrier, po czym wrócił do Belfastu.
Później tego wieczoru, gdy Hank w końcu dowlókł się do domu, pierwsze co zrobił to wyjął z lodówki butelkę whiskey i pociągnął kilka łyków prosto z szyjki. Był już zmęczony. Miał dość tej gównianej sprawy, Tytusa Greya i wszystkich, którzy się z tym wiązali. Ostatecznie to tylko sto pięćdziesiąt cholernych dolarów, gdyby się postarał, mógłby znaleźć cokolwiek z podobnym wynagrodzeniem. Mógłby nawet rozwozić mleko. Cholera najwyraźniej był już pijany. Rozwozić mleko? Równie dobrze mógłby się zapić na śmierć. Spojrzał na trzymaną w ręku flaszkę i otrząsnął się. Następnie odstawił butelkę na kuchenny stół. Wrócił do korytarza, zdjął płaszcz i kapelusz, po czym powędrował z powrotem do kuchni. Odszukał w szafce zakurzoną szklankę, wrzucił do niej kilka kostek lodu i zalał whiskey na dwa palce. Następnie przeszedł do pokoju. Postawił szklankę na stoliku, znalazł jakąś kartkę i stary długopis. Usiadł w fotelu i zaczął notować.
Ciepły słoneczny poranek irytował Hanka jak rzadko. Na śniadanie nie wypił ani kropli, a poprzedniego wieczoru ograniczył się do zaledwie jednej szklanki. Ta wypita w Belfaście się nie liczyła. Nie tak naprawdę. Szedł powoli zadbanym chodnikiem w dzielnicy willowej, odczytując numery domów z lśniących tabliczek. Podziwiał przy okazji uporządkowane, krótko przycięte trawniki, nienagannie ułożoną kotkę brukową i bielutkie skrzynki pocztowe. Klął przy tym z cicha odczytując nazwiska na tabliczkach. To były dobre nazwiska. Nazwiska z brudami zamiatanymi pod dywan. Nazwiska, których brudy zamiatała konkurencja. Nie Hank. Hank był zbyt... no zbyt brudny. Mógłby pozostawić po sobie większy bałagan niż ten, który był do uporządkowania. Wreszcie natrafił na nazwisko Travers wypisane równymi, czarnymi literami na skrzynce. Podszedł do solidnych, dębowych drzwi przestronnej, dwupiętrowej willi. Nacisnął przycisk dzwonka i czekał. Przez dłuższą chwilę nic się nie wydarzyło, więc zadzwonił jeszcze raz. Ponownie nic się nie wydarzyło. Mógł się chociaż wcześniej umówić przez telefon. Tylko że musiałby skorzystać z budki na rogu ulicy, a wczoraj o tym zapomniał. Sklął się w myślach i spróbował szczęścia po raz trzeci. I wówczas zdarzył się cud. Drzwi otwarły się i stanął w nich anioł. No właściwie to nie. Żaden przyzwoity anioł nie założyłby tak krótkiej spódniczki i siatkowanych pończoch. No i bluzki z takim dekoltem... Hank nadludzkim wysiłkiem woli nakazał sobie poderwać wzrok i spojrzeć wprost w urocze, błękitne oczy kobiety, która mu otwarła. Miał też przy tym dość przyzwoitości, aby się zarumienić. Cholera. Facet w pewnym wieku nie powinien się rumienić. -Dzień dobry – zaszczebiotała wesoło urodziwa zjawa. - Pan do kogo? -Dzień dobry. Nazywam się Hank Made – przedstawił się wyrównawszy oddech. - I chciałbym porozmawiać z Jonathanem Traversem. -Zapraszam – powiedziała zjawa i otwarła drzwi szerzej. Cóż za wspaniała kobieta, nawet się nie skrzywiła, gdy koło niej przechodził. Zamknęła za nim drzwi i zaprowadziła go do przytulnego saloniku, gdzie w przepastnym fotelu siedział czytając gazetę owinięty w szeroki, pomarańczowy szlafrok wielki, na oko sześćdziesięcioletni mężczyzna. Słysząc ich kroki uniósł wzrok i dostrzegłszy Hanka spojrzał pytająco na kobietę. -To jest pan Hank Made kochanie – zaszczebiotała swoim słodkim głosem podchodząc do mężczyzny. - Ma do ciebie jakąś sprawę. Porozmawiajcie sobie, a ja przygotuję coś do picia. Cmoknęła siedzącego w fotelu mężczyznę w czoło i wyszła z salonu. -Jeżeli mogę – zaczął nieco nieśmiało Hank. - Ma pan wspaniałą żonę. -Poznał ją pan? - mężczyzna uniósł pytająco brwi. - A może to ona pana tutaj przysłała? Detektyw poczuł się nieco zbity z tropu tym bezceremonialnym stwierdzeniem. -Cóż, myślałem... - chciał coś powiedzieć. -O nie, nic z tego – Jonathan Travers spojrzał w stronę korytarza w którym zniknęła zjawa. - Nawet jeżeli uda mi się uzyskać rozwód, to nie robię tego po to, żeby znów pakować się w kolejne bagno - wrócił spojrzeniem do Hanka. - Ale do rzeczy, czego pan ode mnie chce? -Jestem prywatnym detektywem – Made spróbował zacząć od początku. - Pracuję dla pańskiego przyjaciela Tytusa Greya. Zaginął mu ostatnio pewien cenny przedmiot i wynajął mnie, żebym go odnalazł. -Grey? - parsknął Travers. - Jedyne co on ma cennego, to ta nieszczęsna szpilka. Hank natychmiast się otrząsnął i patrzył teraz czujnie w twarz rozmówcy. Nie wyrażała ona zbyt przyjemnych uczuć. Raczej pogardę. -Powiedział pan szpilka? - spytał. - Nie spinka? -Jestem może stary, ale nie głupi – gospodarz ze złości mocno zacisnął dłonie w których trzymał gazetę. - Gdybym myślał o spince, to bym powiedział do cholery spinka! -Oczywiście, przepraszam – Hank starał się wyglądać na tak skruszonego, jak tylko może być mężczyzna z podbitym okiem. -Słychać cię aż w kuchni kochanie – w salonie ponownie zjawiła się zjawa. W rękach trzymała okrągłą tacę, na której stały trzy szklanki w jednej trzeciej wypełnione bursztynowym płynem i lodem. -Pomyślałam, że lubi pan szkocką – zjawa podsunęła tacę Hankowi. Detektyw z całych sił starał się nie zarumienić po raz kolejny. Oczywiście że lubił szkocką. Śmierdział nią jak cholerny drwal w szkockim lesie. Ale czy ta cudowna kobieta choć skrzywiła się, gdy go wyczuła? Nie. Pomyślała tylko, że lubi szkocką. Anioł. -Dziękuję – wymamrotał biorąc szklankę z tacy. -Osiemnastoletnia – mrugnęła do niego i Hank tym razem nie zapanował nad rumieńcem. Zjawa tymczasem zgrabnie się odwróciła i postawiła tacę na stoliku obok Jonathana Traversa. Następnie wzięła szklankę i usiadła na kanapie. Pociągnęła niewielki łyk aromatycznej, osiemnastoletniej szkockiej. -Dlaczego pan jeszcze nie usiadł panie Made? - spytała, znów na niego patrząc. -Bo mu nie zaproponowałem – burknął Travers i pociągnął ogromny haust ze swojej szklanki. Anioł rzucił mu krótkie, jakby zdziwione spojrzenie, po czym ponownie odwrócił głowę w kierunku Hanka. -Ależ niech pan siada – zaszczebiotała. - I opowiada, co też pana do nas sprowadza? -Stara szpilka pierdziela Greya jak zrozumiałem – prychnął gospodarz. -Zgadza się – potwierdził Hank rozsiadając się wygodnie w fotelu i rzucając Traversowi bezczelne spojrzenie. - Jak słyszałem jesteście panowie starymi przyjaciółmi. Gospodarz prychnął do szklanki ze szkocką, którą akurat przykładał do warg. -Nasi ojcowie byli – powiedział ocierając usta. - A że zostawili po sobie jakieś tam wspólne interesy, to musiałem utrzymywać pewne kontakty z Tytusem. Stary dziwak. Ilekroć go odwiedzałem prezentował mi dumnie tę swoją szpilkę. Jakbym nie miał własnych. -Jednak ta była unikatowa…