Pisarstwo · 9 min czytania
Różane przemyślenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Od dawna chciałem napisać książkę. I nie mam na myśli książki telefonicznej, ani kucharskiej, która i tak byłaby trudnym wyzwaniem, nawet księgi gości, skarg i zażaleń, czy książeczki czekowej. Po głowie chodziła mi powieść. Zaszyłem się więc w garażu i zacząłem pisać. Tak, tak. Mam duży dom z garażem. A na zewnątrz ogródek. Kiedy pisałem, przez uchylone okno oglądałem czerwone róże. Wyglądały niezwykle pięknie, gdy wyciągały się w górę i pochłaniały promienie późnowiosennego słońca. Ciekawe, że te piękne istotki potrzebują jedynie tego. No, jeszcze kilku substancji z gleby i trochę wody. Rosły w tym miejscu jeszcze zanim z żoną zbudowaliśmy dom. Oczywiście nie dosłownie, tylko zapłaciliśmy za to fachowcom. Szczerze mówiąc tacy z nich byli fachowcy, jak ze mnie pisarz, ale budynek stoi do dziś i jakoś się trzyma. A wracając do róż, to zdarzyło mi nieraz się pozbawić życia którąś z nich i ofiarować żonie w prezencie. Ona je uwielbia. Kiedy tak patrzyłem przez okno garażu i zaczynałem powieść, wiedziałem, że będzie to romans. No bo cóż innego? Każdy pod wpływem widoku mojego ogródka pomyślałby tak samo. Chyba, że znajdzie się jakiś psychol, któremu przyjdzie do głowy, że gdzieś tutaj zakopane są zwłoki. No i znalazł się. Byłem nim ja. Szczerze, to zaczął mnie nudzić mój romans, a jeśli nudził mnie, to nawet nie chcę zgadywać, co na to czytelnik. Ten pomysł ze zwłokami wcale nie wydawał się taki głupi, jeśli weźmie się pod uwagę tę dziwną rzecz. Aha, jeszcze o niej nie mówiłem. No bo po co? Przecież to miał być romans. Otóż w moim ogródku wśród czerwonych róż zawsze znalazła się jedna czarna. Jak węgiel, jak noc, jak śmierć. Oczywiście tej nigdy nie dawałem żonie, co by sobie pomyślała. I nie obchodzi mnie, co na to botanicy, ogrodnicy, czy kwiaciarze. Podobno całkowicie czarne róże nie istnieją. A u mnie rosła taka jedna. Skreśliłem kilka ostatnich rozdziałów i napisałem je na nowo. Miał pojawić się wątek kryminalny. Czarna róża rośnie w miejscu, w którym przed laty zamordowano kobietę. Mało tego, kobieta straszy w nocy i błaga o odnalezienie sprawcy. Pewien dziennikarz w tajemnicy przed wszystkimi prowadzi śledztwo. Pomysł może mało oryginalny, ale przecież to moja pierwsza książka. Od czegoś trzeba zacząć. Osobiście zacząłem pisanie od butelki koniaku i nie polecam tego sposobu. Ciężko stworzyć coś sensownego. A nawet jeśli się uda, to następnego dnia ciężko rozszyfrować, co miało się na myśli. Mimo wszystko szło całkiem nieźle. Długie godziny spędzałem w garażu, a kolejne rozdziały pojawiały się szybciej niż myślałem. Zaskakiwałem samego siebie. Mógłbym nawet powiedzieć, że bardzo wczułem się w głównego bohatera. Czułem to, co on, myślałem, jak on, nawet w nocy słyszałem krzyki jakiejś kobiety. Szybko zorientowałem się jednak, że to sąsiadka kłóciła się z mężem. Nie zapomniałem o wątku miłosnym. Dziennikarz poznaje córkę zamordowanej i zakochuje się w niej z wzajemnością. Spotykają się, jest im dobrze, planują wspólną przyszłość, ale wkrótce wychodzi na jaw, że młoda kobieta jest kimś więcej, niż z początku się wydawało. Brzmi ciekawie, prawda? Też tak uważam. A w książce po kolei pojawiało się wszystko, co powinno. Zwroty akcji, zabawne i straszne dialogi, sceny miłosne, przemyślenia głównego bohatera. Nieuchronnie zbliżałem się do momentu, w którym wszystko miało się wyjaśnić. Tak więc siedzę teraz, podziwiam złotą jesień, popijam koniak, i zastanawiam się nad zakończeniem. Oczywiście musi być zaskakujące. Tylko jak zaskoczyć czytelnika, który spodziewa się zaskakującego zakończenia? - O czym myślisz? Melodyjny, łagodny, kobiecy głos. Odwracam się i nie widzę nikogo. - Tutaj jestem. To rzeczywiście wiele ułatwia. - Gdzie „tutaj”? - pytam. - W oknie. Rzeczywiście tam jest. Róża. Pochyla nade mną swój czarny kwiat, listkami podpiera się o framugę, żeby nie upaść, i jakimś sposobem nadal tkwi uwięziona w ziemi. - Przyszłaś do mnie. - To niezbyt fortunne określenie. - mówi - Jak widzisz, nie mogę chodzić. Powiedzmy, że odwiedziłam cię. - Po co? - Jak to po co? Chcę z tobą porozmawiać. - O czym? - O twojej powieści, głuptasie. Masz z nią problem, prawda? - Niewielki. Jakoś sobie poradzę. - Każdy tak mówi. Wiesz, ta książka jest całkiem niezła. Pomijając parę błędów…