Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 45 min czytania

Rozbita fala

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZBITA FALA by Grzegorz Pudełko 28 października 2011

Po środku morza codziennych zdarzeń, gdzie ścierają się fale różnych ambicji, rozbijając się o siebie, gdzie spiętrzenia i dołki ludzkich marzeń niwelują się wzajemnie, spotkały się dwie mające ten sam cel. Były zsynchronizowane w fazie i jako jeden, nowy, mocniejszy twór, pomknęły naprzeciw nieznanym przeszkodom, ku wymarzonemu brzegowi pokonania własnych słabości.

Bartek przyjechał na czas, a ja nie wiedziałem, co mu powiedzieć. To byłby kolejny raz, kiedy zostawiam go samego. Inicjuję coś, a potem się wycofuję. Nigdy, do końca, ze swojej winy. Teraz też nie. Takie są już prawa młodej rodziny, że nie wiadomo, kiedy trzeba będzie rzucić wszystko i na niej skupić całą swoją uwagę. Teraz też muszę być na to gotowy, bo sprawy się komplikują. Bartek nic jeszcze nie wie, przyjechał gotowy na rozpoczęcie wspólnej przygody, nastawiony na trudy długiego wyścigu, do którego się szykowaliśmy. Ale dla nas wyścig może się w ogóle nie rozpocząć.

Komplikacje miały źródło kilka dni wcześniej, ale do wczorajszego wieczoru nie zdawałem sobie sprawy z ich potencjalnych konsekwencji. Mój synek lubił robić coś, co nazywaliśmy z żoną, „barankiem”. Po prostu walił kogoś “z bani”. Tym razem dostało się mamie. Leżała spokojnie na wersalce kiedy usłyszałem głośne “aaaaaaaaaała!”. Piotruś był tylko zdziwiony, a moja żona trzymała się za oko. Wkrótce na łuku brwiowym pojawił się wydatny guz i mimo szybkiej aplikacji lodowych okładów, w ciągu następnych dni przyjmował kolejne kolory siniakowej tęczy. Ból cały czas towarzyszył Agnieszce, ale wydawało się, że najgorsze jest już za nią, gdy wczorajszego wieczoru przybiegła do mnie wieczorem do łazienki i mówi: - Nie widzę na pół oka – popatrzyłem na nią z lekkim niedowierzaniem, które znikło, gdy zobaczyłem wyraz jej twarzy – coś dziwnego się ze mną dzieje. Część pola widzenia prawego oka mam zupełnie czarne a na około tego mieni mi się jakby mi ktoś laserami w oko strzelał. Muszę przyznać, że przestraszyłem się nie na żarty, choć nie pokazałem tego po sobie. Te niepokojące objawy trwały w sumie tylko kilka, może kilkanaście minut i zdecydowaliśmy wspólnie, że Agnieszka pójdzie do lekarza dopiero następnego dnia rano.

No i właśnie poszła. Lekarka od razu posłała ją do neurologa. Co zdecyduje neurolog jeszcze nie widzieliśmy, ale sama konieczność wizyty budziła niepokój. To był właśnie ten moment, kiedy przyjechał Bartek. Gdy pakowaliśmy rowery na bagażnik poruszyłem temat. Opowiedziałem o całej sytuacji i stwierdziłem, z całą siłą, jaką w sobie miałem, że jak będzie trzeba, to zawracamy i z rajdu będą nici. Wypytał o szczegóły i przyjął to spokojnie. Jak zwykle, zresztą. Jego spokój uspakajał także i mnie, choć byłem zezłoszczony całą sytuacją. Na kogo się złościłem? Na nikogo. Po prostu nie chciałem żeby przepadło to, czym żyłem ostatnie dwa miesiące, w co wpakowałem sporo wysiłku i pieniędzy. Tym bardziej nie chciałem zawieść Bartka, który też ostro się przygotowywał i bardzo chciał się spróbować.

Samochodem mieliśmy do pokonania ponad sto kilometrów. Nie wiedzieliśmy ile dokładnie, gdyż po ostatniej powodzi wiele dróg było wciąż zamkniętych. Jechałem jak na szpilkach czekając na telefon od Agnieszki. Zadzwoniła szybciej niż się spodziewałem. Lekarka, neurolog, dała jej skierowanie na “tomograf”. Na blankiecie umieściła dopisek: pilne. Mimo to, Aga nie została przyjęta w szpitalu onkologicznym. Padła tam propozycja badania za trzy miesiące. Super, pomyślałem. Rozłączyłem się obiecując dowiedzieć się gdzie jeszcze w mieście mają “tomograf”. Wystarczył jeden telefon by zdobyć namiary. Przekazałem je w krótkiej rozmowie i znów czekałem, cały w stresie, na kolejny telefon. Bartek, wciąż spokojny, bardziej niż na moim, a w pewnym sensie, naszym problemie, koncentrował się na nawigacji i kierował nas we właściwym kierunku. W końcu telefon. Niewiele brakowało, by ręce zaczęły mi się trząść. Bałem się, co usłyszę? Tu już nie chodziło tylko o rajd, tu chodziło o zdrowie mojej żony. Na szczęście okazało się, że wszystko jest OK. Badanie zostało przeprowadzone i nie wykazało żadnych patologicznych zmian w mózgu. Wykryto jedynie niewielki skrzep w okolicy nerwu wzrokowego i to on mógł być przyczyną całego zamieszenia. Uszło ze mnie wstrzymywane powietrze, a wraz z nim wszystkie nagromadzone emocje. Wreszcie mogłem myśleć o tym co mnie czeka, a miało mnie czekać wiele przygód.

W bazie rajdu pojawiliśmy się przed południem, przeszło cztery godziny przed planowanym startem. Organizatorzy dopiero szykowali biuro rajdu, więc poszliśmy zjeść obiad. Najedzeni zaczęliśmy załatwiać formalności. Formularz zgłoszenia, wydruk potwierdzenia przelewu, weryfikacja obowiązkowego wyposażenia, itd., itp. Dostaliśmy, mocno pomarańczowe, numery startowe i co najważniejsze, mapy z trasą rajdu. Pozostało nam tylko przygotować torby na przepaki i analiza trasy. Pierwsze zajęło nam trochę czasu. Przygotowaliśmy sobie listy, wg których zamierzaliśmy wymieniać rzeczy w strefach zmian. Trzeba było wszystko dobrze przyporządkować, by było dostępne we właściwych momentach rajdu. W przeciwieństwie do innych ekip, jako pojemniki na przepaki przygotowane mieliśmy zwykłe torby podróżne, a nie szczelnie zamykane, plastikowe skrzynie. Musi wystarczyć – powiedzieliśmy sobie i zdaliśmy je w odpowiednim punkcie. Przyszła pora na mapy. Ta chwila była bardzo podniecająca, gdy każdy z nas otwierał jeden egzemplarz. Co nas czeka, gdzie nas wyślą, z czym się zmierzymy? Szybko się zorientowaliśmy, że mapy są dwie, każda w innej skali, ale dopiero po pewnym, czasie, że każdy arkusz zawiera je obie, po swoich dwu stronach. Trasa składała się z kilku odcinków. Najpierw rower, potem kajak, pieszo, znów rower i na końcu jeszcze raz pieszo. Podglądając innych, doświadczonych napieraczy, długopisem wykreśliliśmy sobie trasę przejścia pomiędzy kolejnymi punktami kontrolnymi. Mieliśmy tu kilka wątpliwości i pewne decyzje zostawiliśmy na później. Nie zostałoby nam już wiele czasu, na sprawdzenie rowerów, gdyby nie opóźnienie od strony organizatorów. Start miał być o szesnastej, ale przesunięto go na nieokreślone “później”, a na szesnastą zapowiedziano odprawę. Bartek sprawdzał swój rower. Coś mu w nim nie grało, choć niedawno odebrał go z serwisu. Niepokoiło go zgrzytanie w przerzutce. Ciche, ale słyszalne. Czasowo odpuścił ten problem i zajął się przykręcaniem mapnika. Kupił go specjalnie na ten rajd i nie szczędził kasy. Wyglądał na bardzo porządny sprzęt. Był obrotowy, podwyższony, z folią mocowaną na zatrzaskach. Profesjonalny mapnik do jazdy MTB na orientację. Gdyby nie Bartek, bylibyśmy, chyba, jedyną drużyną bez tego typu wyposażenia. Wiele ekip miało nawet dwa – po jednym dla każdego. Na swój rower wiele nie patrzyłem. Wiedziałem, jak jest zaniedbany, ale też wiedziałem, że dziś już nic z tym nie zrobię. Przed Bartkiem robiłem dobrą minę, maskując obawy co do stanu technicznego mojego bicykla.

Zawodnicy zbierali się powoli zapełniając miejsca pod wiatą. Pani fotograf dyskretnie robiła zdjęcia pochylonym nad mapami sylwetkom. Ekran był rozwieszony, projektor rozświetlał go ekranem windowsa. Było już sporo po czwartej, gdy odezwał się jeden z organizatorów. - Witam was wszystkich i od razu przepraszam za opóźnienia. Wynikają one ze zmian, jakie musieliśmy wprowadzić względem oryginalnych planów. Bardzo zależało nam by przeprowadzić odcinek kajakowy, pomimo waszych głosów i wątpliwości związanych z powodzią, jaka dotknęła te tereny. Rozumiemy wasze obawy. Także i dla nas wasze bezpieczeństwo jest najważniejsze. Rzeka, na której miał się odbyć odcinek kajakowy ma teraz, miejscami, dwieście metrów szerokości i nurt nie dający szans zwykłym kajakom. Znaleźliśmy jednak małą rzeczkę, która po powodzi będzie w sam raz nadawać się na spływ. Dosłownie przed momentem skończyli ją sprawdzać pracownicy WOPR i uznali ją za bezpieczną do przeprowadzenia zawodów. Właśnie dlatego, że zmieniło się miejsce rozegrania odcinka kajakowego, musieliśmy, na szybko, dostosować resztę trasy. Zaraz podamy Wam nowe punkty kontrolne, żebyście mogli je nanieść na swoje mapy. Generalnie, odcinek rowerowy, od którego rozpocznie się rywalizacja ma tak dobrane limity czasowe, że każdy bez problemów będzie mógł je wszystkie zaliczyć... Kiedy, w końcu, rozpoczęło się nanoszenie zmienionych punktów kontrolnych na mapę, okazało się, że, jeden z nich, wychodzi już na jej marginesie. Wywołało to na sali spore zamieszanie, pojawiło się dużo żartów i trochę złośliwości w kierunku organizatorów. Punkt jednak został opisany jednoznacznie i wg zapewnień miał nam nie sprawić żadnych problemów. Zmiana trasy była dla mnie, sama w sobie, przygodą. Rozładowała przedstartowy stres, poprawiła humor i dała pozytywnego kopa. Start ustalono na siedemnastą, mieliśmy wiec jeszcze kilkanaście minut. Bartek zamartwiał się stanem przerzutek w swoim rowerze, i postanowił jeszcze trochę nad tym popracować. Musiał go nieco porozkręcać, a czas uciekał nieubłaganie. Kilka minut przed piąta jego rower miał nieparzystą liczbę kół. - Bartek, musimy już iść! - Potrzebuję jeszcze kilka minut. Idź na start, ja zaraz tam będę. Poszedłem. Wyglądało na to, że wszyscy już tam są. Oprócz mojego partnera. Po chwili rozpoczęto sprawdzanie obecności. - Numer jeden? - Są. - Numer dwa? - Jesteśmy! - Trzy? ... – Kolejne ekipy zgłaszały się sprawnie, zbyt sprawnie. Zaglądałem za Bartkiem, ale się nie pojawiał. - Siedem? - Jestem, ale sam – odpowiedziałem. Nastąpiła chwila nieprzyjemnej ciszy. Różne myśli przychodziły mi do głowy. Trzymałem się tej, w której dopuszczają nas do rywalizacji. - Jedźmy z tym do końca, a potem do nich wrócimy – zaproponował któryś z zawodników. No i sprawdzano dalej. Liczba ekip nie przekraczała jednak trzydziestu i zdawałem sobie sprawę, że robi się naprawdę gorąco. Bartka dalej nie było widać. - Siedem? – usłyszałem znów. - Wciąż jestem sam. - A gdzie kolega? - Pewnie dostał sraczki – zażartował ktoś obok. Wokół było słychać chichoty. - Składa rower – powiedziałem zgodnie z prawdą. Śmiech ogarnął teraz całą grupę zawodników. Nie wszystkim było jednak do śmiechu. Ja martwiłem się na całego i zastanawiałem się, co teraz robić? Pojawiały się też głosy zniecierpliwienia od samych startujących. Nikt nie chciał kolejnego opóźnienia. Zamierzałem już pobiec po Bartka, ale on pojawił się pierwszy, powoli zmierzając w naszym kierunku. Odetchnąłem.

Wyruszyliśmy. Grupa zawodników zamieniła się w długą, pomarańczową od koloru narzutek, smugę. Na samym początku jechaliśmy na końcu stawki, ale na pierwszych pagórkach zaczęliśmy wymijać największych maruderów. Przerzutka w rowerze Bartka dalej wydawał niepokojące odgłosy, ale działała, więc mój partner trochę się uspokoił. Pomyślałem, że w tym jednobarwnym peletonie nie będzie nam trudno trafić do pierwszego punktu kontrolnego. Wystarczy jechać w tym kordonie. Nagle Bartek zjechał na pobocze. Oglądnąłem się na niego – pogrzebał coś przy mapniku i ruszył dalej. Po chwili znów się zatrzymał. Wszyscy już nas wyprzedzili, nici z pomarańczowej pomocy przy nawigacji. Zawróciłem zobaczyć, co jest grane? To znów mapnik. Odkręcał się. Mieliśmy zestaw narzędzi, ale brakło w nim jednego z dwóch potrzebnych kluczy. Sporo się nakombinowaliśmy zanim płaską jedenastkę udało się nam zastąpić dwoma kamieniami. Ruszyliśmy dalej. Mapnik się trzymał i musieliśmy zacząć z niego korzystać. A że miał go na rowerze Bartek, on musiał przejąć ciężar nawigacji. Nasz plan zakładał, że ja miałem nawigować dopiero na odcinkach pieszych. Do pierwszego punktu trzeba było zjechać z asfaltowej drogi, na szutrową, a do kolejnego wracało się tą samą trasą. Była więc szansa, że zobaczymy innych zawodników, którzy pierwszy punkt będą mieć za sobą i nie będziemy musieli się zastanawiać, w którą odnogę wjechać. Nasze nadzieje nie zostały zawiedzione. Mijaliśmy jadący z naprzeciwka rozciągnięty peleton i dzięki temu, bez problemu, trafiliśmy we właściwą odnogę. Po chwili droga zrobiła się pusta. - To gdzieś tu – usłyszałem od Bartka. W tym momencie zobaczyliśmy dwie pomarańczowe kamizelki mikstowej ekipy, która zjeżdżała z pobliskiej górki. Zgodnie z przyjętą strategią skierowaliśmy się im naprzeciw. Było dosyć stromo. Pomyślałem, że punkt będzie na wzgórzu. Ciekawe jak taki punkt wygląda, czy przy każdym ktoś jest, czy tylko oznaczenie i perforator? - Tam na górze! Jest jakiś słupek! - Chyba coś pochrzaniliśmy. To nie tu – zawyrokował Bartek. - Ale podjadę i sprawdzę – postanowiłem. Zaczął dopadać mnie stres. Limit czasowy pierwszego punktu to trzydzieści minut. Ile już minęło – zastanawiałem się - jeśli ten słupek to nie punkt, to czy zdążymy na czas? Nie chcę nawet o tym myśleć, że odpadniemy z imprezy na samym jej początku! – stres zamieniał się w lekką panikę.Słupek to nie był punkt. Zawróciłem do Bartka. Po raz pierwszy od startu porządnie spojrzałem na mapę. Postanowiliśmy zjechać w dół, do skrzyżowania i tam go poszukać. Udało się nam! Wcześniej zrobiliśmy błąd sugerując się kierunkiem skąd przyjechała ostatnia widziana przez nas ekipa. Naprawdę mi ulżyło, gdy podbijaliśmy kartę perforatorem. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że każdy punkt obstawia jakiś przedstawiciel organizatorów, no i zobaczyliśmy jak oznaczone są punkty (czemu o to nie zapytałem na odprawie?).

Spokojniejsi kontynuowaliśmy do punktu numer dwa. Zaczęliśmy wyprzedzać kolejnych zawodników. Bartek jechał przodem, ja zaraz za nim. W pewnym momencie usłyszałem jakieś przekleństwa. - Co jest? - zapytałem wyrównując do roweru Bartka. - Zgubiłem licznik! - Jak to? - Normalnie. Musiałem go źle zapiąć i wyleciał mi gdzieś po drodze. Chyba nawet wiem kiedy. - To co? Wracamy się go szukać? - Nie! Pieprzyć to. I tak mamy już spore tyły. - Bez licznika będzie nam trudniej nawigować. Wiesz, że ja w ogóle nie mam licznika! - Jedziemy dalej. Jesteśmy tu pierwszy raz. Straty muszą być! – uśmiechnął się, ale widziałem, że jest na siebie wkurzony. Przerzutka, mapnik, a teraz licznik. A przecież dopiero co wyruszyliśmy!

Kawałek dalej droga była zablokowana przez Policję. No co jest, do cholery?! - przekląłem w myślach – znów problemy? Okazało się, że rozgrywany jest tu wyścig kolarski i musimy poczekać na przejazd peletonu. Bardzo starałem się myśleć o tym w kategoriach kolejnej przygody. W końcu to jest rajd przygodowy! Mam, co chciałem. Ale zaraz już rozważałem, że ci co byli tu wcześniej przejechali bez problemu, a my znów tracimy cenny czas. Nie musiałem zbyt długo się nad tym zastanawiać. Peleton pojawił się szybko i policjant pozwolił nam przejechać.

- Zatrzymajmy się! - zaproponował Bartek, gdy wjechaliśmy do centrum jakiejś wioski. - mamy tu dwie możliwości - Albo pojedziemy naokoło asfaltem i tylko ten odcinek szutrową ścieżką rowerową – wyznaczał palcem możliwe opcje - albo jedziemy ścieżką już stąd. Jest dużo bliżej, ale może tam być teraz jedno wielkie błoto. Jak myślisz? - Może trzymajmy się planu i jedźmy asfaltem – zaproponowałem, bez pewności siebie w głosie. - Ja bym jednak tu zaryzykował – wskazał znak trasy rowerowej. - No to jedźmy – Bartek był bardziej doświadczonym rowerzystą i nie musiał mnie długo przekonywać.

Jechaliśmy z górki, rozpędzeni, gdy jakiś gość zaczął do nas krzyczeć z pobocza. Zwolniliśmy. - Tu odbija ścieżka – usłyszeliśmy od niego i zaraz zorientowaliśmy się, że ma rację, i że uratował nas od poważnej gafy. Domyśliłem się, że to kibic któregoś z uczestników rajdu. Ścieżka odbiła w las i po chwili stała się jedna wielką błotnistą kałużą. Zszedłem z roweru i zacząłem go prowadzić. Początkowo starałem się omijać, co większe, kałuże. Po chwili nie miało to już dla mnie znaczenia. Bartek twardo starał się jechać dalej. Trochę mu odskoczyłem i gdy znalazłem drugi punkt kontrolny, jego jeszcze nie było widać. - A gdzie partner? – zapytała sylwetka wychylająca się spod namiotu - Już jedzie – odpowiedziałem, mając nadzieję, że zaraz się pojawi. Regulamin nie pozwalał na zbytnie oddalanie się partnerów, a ja nie wiedziałem, jak skrupulatnie będzie to egzekwowane. Na szczęście zjawił się już po chwili. Odbiliśmy kartę i ruszyliśmy dalej prosto, z wiedzą, że jakimś sposobem wyprzedziliśmy kilka innych drużyn. Sposób szybko się wyjaśnił, gdy zobaczyliśmy nadjeżdżające z naprzeciwka dwie pomarańczowe sylwetki. Oni musieli wybrać prostszą, ale dłuższą, opcję. - Miłej kąpieli – usłyszeliśmy od jednego z zawodników, kiedy się mijaliśmy. Popatrzyłem na niego podejrzliwie. Wyjechaliśmy z lasu na łąkę. Zobaczyliśmy pierwsze zabudowania. Wszystko, jak na mapie. Kilkaset metrów i przekroczymy tory kolejowe. Był tylko jeden problem. Przed nami rozciągała się rzeka. Występowała też na mapie, ale tam szła obok ścieżki, a nie całą łąką, jak tu. Droga była utwardzona, więc wjechaliśmy w wodę. Jak tamci dali radę, to my też damy! Jechaliśmy z kołami zanurzonymi do połowy, a chwilami nawet bardziej. W dolnej pozycji pedałów nogi zanurzały się po łydki. Woda była lodowata i robiliśmy wszystko, by nie stracić równowagi. Pokonaliśmy sto, albo dwieście metrów tej rozlanej szeroko rzeczki. Mijaliśmy kolejnych, jadących z naprzeciwka napieraczy. Ta trasa, to był naprawdę dobry wybór, pomyślałem. Na asfalcie, mocno orzeźwieni, ruszyliśmy z kopyta. Przygoda i fakt, że odrabiamy straty poprawiła nam humory. Gdy wyjechaliśmy na długa prostkę, na horyzoncie zobaczyliśmy pomarańczową kamizelkę. - Dogonimy ich! - szybko się zorientowałem, że jesteśmy szybsi. - Chyba tak, tylko nie widzę drugiego. - Jadą jeden za drugim, to nie widzimy - zawyrokowałem. Zbliżając się dalej widzieliśmy tylko jednego rowerzystę. Sprawa wyjaśniła się, gdy byliśmy już blisko, a ten pan w gumiokach, na starej Ukrainie i w pomarańczowej kamizelce, skręcił w jedną z bocznych dróżek. Cóż, chyba jednak nie jesteśmy tacy szybcy – zaśmiałem się w myślach.

Wkrótce przyszło nam zjechać z asfaltu na ścieżkę. PK numer trzy miał się znajdować gdzieś na niej, pośrodku dużej łąki. Na ścieżce, nie wiedzieć skąd, pojawiła się za nami inna ekipa. Byli nieco szybsi niż my, ale tylko do czasu, gdy ścieżka zaczęła zamieniać się w błotnistą koleinę. Wtedy tempo wszystkich drastycznie spadało. Dotarliśmy do namiotu. Szybko odbiliśmy kartę i zerkamy do mapy. Uznaliśmy, że najlepiej będzie kontynuować prosto, ale już po chwili żałowaliśmy tej decyzji. Rowery zapadały się w coraz bardziej namokły teren, opony ślizgały się w miejscu. Zeskoczyłem w to błoto. Podobnie zrobił koleś z tamtej ekipy. Bartek i ten drugi dalej próbowali jechać. Czy na rowerze, czy obok, tempo wszystkich było fatalne. Marzyliśmy, by już dotrzeć do widocznej na wzniesieniu wioski. Udało się, ale odcinek kosztował nas mnóstwo energii. Nasi rywale troszkę nam odskoczyli i znikli z oczu w zakamarkach wiejskich dróżek.

Do punktu numer cztery docieraliśmy z małymi problemami. Wybraliśmy wariant asfaltowy, ale minęliśmy właściwą drogę i trzeba było się wracać pod górę. Mieliśmy trochę czasu, by przeanalizować sytuację. Po PK 3 uzyskaliśmy półtorej godziny zapasu nad limitem czasowym. Bardzo nas to cieszyło. To prawda, co mówili na odprawie – pomyślałem sobie – limity są dobrane na miarę niedzielnych rowerzystów. Złapał nas deszcz. Właściwie ulewa. Na szczęście była krótka i nie zdążyliśmy porządnie przemoknąć. Więcej problemów nie było i wkrótce podbijaliśmy kartę na PK 4. Mając tyle czasu w zapasie postanowiliśmy coś zjeść. Wiadomo, daleko nie zajedzie ten, kto nie dorzuca do kotła. Przegryzając energetyczne ciasteczka z sezamem wypytałem dziewczynę pilnującą punktu o naszą pozycję. Szok! Byliśmy już prawie w połowie stawki! Ta informacja i mały posiłek znów dodały nam skrzydeł. Ruszyliśmy dalej żwawo wiedząc, że na następnym punkcie spotka nas przygoda. Organizatorzy zaplanowali tam zadanie specjalne. Obrana przez nas trasa w sporej części pokrywała się z przejechanymi wcześniej drogami. Tylko kierunek był przeciwny. Bartek coraz lepiej odnajdywał się w nawigacji, ja wciąż czułem się nieźle, więc przemieszczaliśmy się w przyzwoitym tempie. Zrobiliśmy tylko jeden mały błąd przy szukaniu polnej drogi, co kosztowało nas jedynie parę minut. Całkiem nieźle przejechany odcinek! Dalej musieliśmy się wspiąć rowerami na grzbiet formacji skalnej. PK był bardzo blisko, ale mieliśmy wątpliwość: będzie na szczycie skał, czy u ich podnóża. Sama mapa nie była na tyle dokładna, by to określić. Przypomnieliśmy sobie jednak, że każdy punkt ma na mapie opis. Ten jest jednak u podnóża! Szybki szus ścieżką w dół i już mijaliśmy panią fotograf, próbującą uchwycić nas w ciekawej fotce. Jest! Zadanie specjalne! Esencja słowa “przygoda” w dyscyplinie rajdów przygodowych. Zobaczyliśmy zawodników zjeżdżających ze skały na linie. Z rowerem! Na naszą kolej musieliśmy trochę poczekać. W kolejce stało jeszcze klika ekip. Właściwie, to mało kto stał. Wszyscy wykorzystywali wolną chwilę na odpoczynek i uzupełnienie kalorii. Postąpiliśmy podobnie. Popijając isotonica, spoglądaliśmy na mapę, próbując podsumować to, co dotychczas i zaplanować to, co nas miało wkrótce spotkać. Okazało się, że tracimy nadrobiony wcześniej czas. Kolejne punkty kontrolne były dosyć od siebie oddalone, a limity czasowe narastały tylko o trzydzieści minut na każdy. Wiedzieliśmy, że będziemy zbliżać się do limitu, a raczej limit do nas. Po zaliczeniu zadania musieliśmy ruszyć z kopyta i nie popełniać żadnych błędów. Nadszedł nasz czas. Dostaliśmy uprzęże, sprzęt i wytyczne. Musieliśmy, okrężną ścieżką, wspiąć się z rowerami na szczyt skały. Było stromo, ślisko, a na górze nawet trochę niebezpiecznie. Ostatni odcinek zabezpieczony był poręczówką. Nasze nogi zmęczone, rowery ciężkie, a było gdzie spadać, więc przypięliśmy się bez zastanowienia. Instruktorzy nas sprawnie pozapinali, rowery już zwisały. Po chwili także i my. Niezbyt szybko, ale bez problemów zjechaliśmy w dół. Najtrudniejsze w zadaniu okazało się wniesienie rowerów. Zjazd był czystą przyjemnością.

Wróciliśmy do drogi. Wytrzęsło nas zdrowo i mapnik znów się odkręcił. Doświadczenie pozwoliło nam szybko dobrać właściwe kamienie i dokręcić śrubę w kilka cennych minut. Jechaliśmy do szóstego punktu z precyzyjnie nakreślonym planem. Do

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%