Romans · 14 min czytania
Rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}{c:purple}Rozdział 1{/c}{/b}
W takie dni jak ten naprawdę lubiłam tę pracę. Szef ciągle czegoś potrzebuje, telefony się urywają a na biurku stosy dokumentów do przejrzenia. Nie wiadomo, od czego zacząć. I nie ma ani sekundy na zjedzenie czegokolwiek, nie mówiąc już o myśleniu o własnych problemach. Podobno im bliżej do Bożego Narodzenia tym jest gorzej. Według mnie to akurat lepiej. Chociaż z drugiej strony ja zawsze mam dużo na głowie. Pracuję w SunFlo Inn. od ponad dziesięciu miesięcy. Jestem asystentką dyrektora generalnego na Europę Wschodnią i Azję. Tak właściwie to jeszcze nie wiem, co tu robię. Nigdy nie planowałam pracować w typowej korporacji. Nigdy nie planowałam być sekretarką. Przez całe swoje krótkie życie myślałam, że nie jestem stworzona do pracy wśród ludzi. Nawet nie zamierzałam aplikować na to stanowisko. Zgłosiła mnie moja przyjaciółka. Gdy się dowiedziałam, byłam naprawdę wkurzona. Oczywiście nie chciałam iść na rozmowę kwalifikacyjną. Ale czym jest opór jednostki wobec zmasowanego ataku przyjaciół? Musiałam się poddać. I tak nie miałam nic do stracenia. Byłam przekonana, że nie dostanę się nawet do drugiego etapu rekrutacji. Jakież było moje zdziwienie, gdy jeszcze tego samego dnia zadzwoniono do mnie i zaproszono do podpisania umowy na okres próbny. Nie wiedziałam, co zadecydowało o takim obrocie spraw. Wiedziałam tylko, że jako jedyna z kandydatek znałam język japoński, koreański i turecki. Już kilka tygodni po rozpoczęciu pracy moje umiejętności doprowadziły do podpisania intratnego kontraktu z największą japońską siecią restauracji, która planowała wejście na rynki europejskie, a mnie zapewniły natychmiastowe przejście na umowę na czas nieokreślony i znaczną podwyżkę.
Zaczynałam właśnie tłumaczyć ostatni list od Japończyków, gdy, chyba po raz setny dzisiaj, zadzwonił telefon. -Biuro Martina Reynoldsa, w czym mogę pomóc?- odebrałam recytując lekko znudzonym tonem zwyczajową formułkę. -Dzień dobry. Nazywam się Wiesław Nadrowski. Jestem prywatnym detektywem. -Dzień dobry. Co mogę dla pana zrobić?- zapytałam przygotowując notes i ołówek. -Szukam pewnej kobiety. Według zebranych przeze mnie informacji pracuje ona w tej firmie. Nazywa się Marta Radkowska, w tym roku skończyła dwadzieścia cztery lata. Czy mogłaby pani poprosić ją do telefonu albo podać mi do niej bezpośredni numer? Prywatny detektyw? Czego może ode mnie chcieć? Milczałam przez chwilę, zastanawiając się jak postąpić. Przyznać się, że to ja, czy wykręcić się tajnością danych osobowych pracowników. W końcu podjęłam decyzję. W końcu, co złego może się stać. -Przy telefonie. Słucham jaką ma pan do mnie sprawę? -To nie jest rozmowa na telefon. Szczerze mówiąc miałem nadzieję na spotkanie dzisiaj, powiedzmy o dziewiętnastej. Spojrzałam na zegarek. Chciał się spotkać za pól godziny. Wiedziałam, że nie wyrobię się z pracą w tym czasie. -Niestety dzisiaj nie dam rady. Czy moglibyśmy spotkać się jutro w porze lunchu? -Oczywiście. Czy pasuje pani godzina dwunasta trzydzieści w restauracji ‘Wenecka’? -Jak najbardziej. Jak pana poznam? -Jestem pewien, że ja rozpoznam panią. Ale na wszelki wypadek. Jestem mężczyzną po sześćdziesiątce. Będę ubrany w szary garnitur, białą koszulę i krawat w błękitne paski. Będę miał czarną aktówkę. -Dobrze. Proszę mi wybaczyć ale muszę już wracać do pracy. Do zobaczenia jutro. -Rozumiem. Życzę pani spokojnego wieczoru. Do widzenia. Odłożyłam słuchawkę i, przygryzając ołówek, spojrzałam na rozpoczęte tłumaczenie. Siedziałam tak nie wiem ile czasu, gdy znaki kanji zaczęły mi się rozmazywać przed oczami i zlewać w jedno. Westchnęłam i zerknęłam na zegarek w monitorze komputera. Od rozmowy z detektywem minęła prawie godzina. Zdałam sobie sprawę z tego, że przez ten czas nie ruszyłam w ogóle z pracą. Za to mój umysł usilnie starał się wymyślić, czego może chcieć ten cały Nadrowski. Ból w kręgosłupie zmusił mnie do wstania sprzed biurka. Przeszłam się po piętrze rozglądając się po pustych już pomieszczeniach. Wszędzie było ciemno, znak, że wszyscy już poszli. Ja też powinnam już wracać do domu. Nie lubiłam zostawać sama w biurze, zwłaszcza o tej godzinie. Na szczęście jak się okazało nie byłam tak zupełnie sama. W gabinecie dyrektora świeciło się światło. Pomyślałam, że jeśli się pospieszę to jeszcze dzisiaj zaniosę mu wszystkie tłumaczenia. Wróciłam więc do swojego biurka i zmusiłam swój umysł do skupienia na pracy. Aby lepiej mi szło włączyłam ulubioną muzykę. Pasującą do zadania, bo japońską. Oczywiście mogłam odłożyć dokończenie tego listu na jutro. Wiedziałam, że szef nie miałby nic przeciwko temu, ja jednak nie lubiłam zostawiać niedokończonego zadania na później. Poza tym wiedziałam, że jutro bez tego będzie urwanie głowy. W końcu po kolejnych kilkudziesięciu minutach skończyłam pracę. Zapisałam gotowe tłumaczenie na dysku, wydrukowałam plik i z nadzieją, że Martin jeszcze nie wyszedł zebrałam wszystkie przygotowane dzisiaj dokumenty i zaniosłam do jego gabinetu. -Czekałeś aż to skończę?- zapytałam lekko zdziwiona tym, ze jednak jeszcze jest. -Nie. Nawet nie wiedziałem, że ktoś jeszcze jest na piętrze. Nie możesz tyle pracować. Nie ważne, czy zrobiłaś wszystko co chciałaś, czy nie masz natychmiast iść do domu. -Tak jest szefie.- odpowiedziałam z uśmiechem. Wobec tak postawionej sprawy nie mogłam się sprzeciwić.- Do jutra. Wyłączyłam komputer, uprzątnęłam biurko i, z lekkim przerażeniem patrząc na stos dokumentów czekający na mnie jutro, wzięłam płaszcz i zgasiłam światło.
Wieczorne korki powoli przestawały dokuczać. Spóźnieni przechodnie szybko kierowali się do swoich domów na kolacje. Kierowcy ostrożnie acz pewnie zmierzali do sobie tylko znanych celów. Pogoda tego wieczoru nikogo nie zachęcała do spokojnych przechadzek. Wiał silny wiatr, a na dodatek zaczęło padać. Deszcz ze śniegiem. Tak zimnego listopada nie było od chyba dwóch lat. Owinęłam się ciaśniej płaszczem i skręciłam do parku naprzeciwko biurowca. Planowałam wrócić do domu okrężną drogą. Chciałam poukładać sobie kilka rzeczy. Chciałam zastanowić się nad powodem, dla którego prywatny detektyw miałby szukać właśnie mnie. Z tego co wiedziałam nie zrobiłam nic niewłaściwego. Nie byłam też świadkiem dziwnych wydarzeń. Jedyne co nasuwało mi się na myśl to, to że coś złego spotkało kogoś z mojej rodziny, choć ona nie była już zbyt liczna. Miałam tylko brata i kilku dalekich krewnych niewidzianych od lat. Szłam powoli, omijając kałuże i rozglądając się wokół. Park był prawie pusty. Daleko przede mną widziałam jakąś parę trzymającą się za ręce. Pewnie byli na randce. W oddali słyszałam szczekanie kilku psów. Deszcz ze śniegiem powoli zamieniał się w śnieg. Drogowcy jutro będą mieć dużo pracy a kierowcy nerwowy poranek. Już…