Fantasy · 17 min czytania
Rozdział 1 - Polowanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mrok rozjaśniał blask księżyca, śnieg leniwie opadał na nagie korony drzew. Prześlizgiwał się między gałęziami i kontynuował swoją wędrówkę. Kilka płatków spadło na jej rozgrzany policzek i po chwili przemieniło się w krople wody, które spłynęły po szyi między ubranie. Przeszedł ją dreszcz. Był środek nocy, wszystko spowiła cisza i dziwny spokój, który tak bardzo ją irytował, ale postanowiła nie tracić cierpliwości i odwagi. Muszę być ostrożna – powtarzała sobie w myślach. Nagle do lasu wtargnął mroźny, zdradliwy podmuch wiatru. Poczuła jakby jej twarz przeszywały ostrza, lodowate, które wbijały się gwałtownie w skórę i wnętrze. Przeszedł ją drugi dreszcz, wciągnęła głośno powietrze do płuc. Nie powinna tego robić. Wyczuła go był tuż obok niej. Najszybciej jak tylko umiała odepchnęła się ręką od konaru drzewa i oddaliła o kilka metrów. Stał przed nią, teraz widziała go wyraźnie. Wiatr stawał się coraz bardziej niespokojny i zimny. Zacisnęła swoje dłonie, odziane w czarne skórzane rękawice, mocniej na rękojeści sztyletu. Zawsze w takich chwilach miała ochotę zastanowić się jakie wyjście jest najlepsze, co teraz powinna zrobić. Ale widziała, że właśnie i szczególnie w takich momentach nie ma czasu na zbyt głębokie rozmyślanie. Trzeba po prostu działać, najlepiej jak się umie. Użyć wszystkich swoich zdolności, współpracować z instynktem i zmysłami. Czarna postać poruszyła się. Poczuła jak jej stopy coraz bardziej zapadają się w śnieg, czekanie już się jej znudziło, zresztą nie było zbyt bezpieczne. Zrobiła kilka kroków w prawo, potem w lewo podskakując. Czarna postać dała się sprowokować i rzuciła się na nią z całym impetem. Dziewczyna złapała ją za ubranie i odrzuciła. Postać zachwiała się i upadła. Kaptur, który spowijał jej głowę opadł odsłaniając twarz. Zobaczyła ohydne, wygięte w nienawistnym grymasie usta, przekrwione, czarne oczy i zmiażdżony już wcześniej przez kogoś nos. Znów zadrżała, tym razem na wpół ze strachu, na wpół z obrzydzenia. Te istoty wywierały na niej zawsze takie wrażenie. Pomimo tego, że widziała ich dużo w swoim krótkim życiu. Wydawały jej się za każdym razem coraz bardziej odpychające. Napastnik podniósł się i wyciągnął ku niej swoje długie, ostre szpony, które wyrastały z kościstych rąk, jego skóra była tak blada, a raczej przezroczysta, że można było wyraźnie zobaczyć żyły i krew, która w nich płynęła. Wpatrzyła się w niego, zbyt mocno, to był jej błąd. Poczuła jak jego pazury i zimne palce obejmują jej szyję w żelaznym uścisku, jej skóra pękła, poczuła stróżki ciepłej krwi na swojej skórze. On też poczuł. Dzikość w jego oczach wzmogła się tak, że dziewczyna przeraziła się. Przestała myśleć i zaczęła działać. Wezbrał w niej gniew, w takich momentach nie była sobą. A może tylko wtedy ujawniała się jej prawdziwa natura. Lewą rękę zacisnęła na jego dłoniach. Na chwilę zaprzestała prób zaczerpnięcia oddechu. Naprężyła wszystkie mięśnie i mocnym kopniakiem w jego brzuch udało jej się uwolnić. W końcu odetchnęła i tym razem to ona rzuciła się na niego. Zacisnęła na nim swoje uda, był chudy i nie wydawał się już taki groźny, starała się nie patrzeć mu w oczy. Ugodziła go sztyletem w ramię, potem w bok i wyszeptała kilka słów schylając się nad jego głową. Kiedy przestał się rzucać podniosła się wyciągając sztylet z jego ciała. Ostrze, a raczej krew na nim zabłysnęła, zaraz potem zniknęła. Schowała czyste ostrze i oparła się o pień drzewa. Starała się uspokoić swój oddech, przymknęła oczy i szybkim ruchem odwinęła szal, który okrywał jej szyję. Dotknęła palącej rany. Krwawiła, dłoń wyczyściła w śniegu i nieco mocniej niż zwykle owinęła z powrotem szal. Rozejrzała się dookoła. Upewniła się, że nikt już na nią nie czeka i ruszyła przed siebie. Czekała ją kilkunastominutowa wędrówka przez las. Śnieg przestał padać, wicher ustał, ale za to chmury spowiły niebo, zrobiło się ciemniej i mróz zaczął bardziej dokazywać. Wędrówkę skracały jej rozmyślania. Powtarzała sobie, że wciąż popełnia te same błędy, podała mu się prawie jak na tacy. Ale kiedy nie mogła się powstrzymać i patrzyła im w oczy to czuła coś co coraz bardziej ją wciągało. Mieli takie obrzydliwe twarze, byli wstrętni, ale kiedy zajrzało im się w oczy człowiek stawał się jak zahipnotyzowany. Jednak jej walka z kimś, komu nie można spojrzeć prosto w oczy wydawała się dziwna i trudniejsza. Syknęła, rana coraz bardziej ją bolała. To nie było jedno z jej najcięższych starć, jednak pozwoliła się zranić. Bardzo ją to osłabiło, zwolniła kroku. Jej uszu dobiegł dźwięk wiatru, który znów zaczął hasać po lesie. Już niedaleko – powiedziała do siebie. Szła jeszcze dobrych kilka minut kiedy w końcu w oddali zobaczyła okno, a w nim światło. Z daleka wyglądało to jakby okno było elementem igloo, które okryła, puszysta i gruba warstwa śniegu. Zaczęła nawet biec, ale potknęła się. Przewodnik zawsze jej powtarzał żeby nigdy zbytnio się nie spieszyła. Uśmiechnęła się, podniosła i dotarła do ściany domu. Znalazła drzwi i zastukała. Mijały sekundy, tym razem bardziej niecierpliwie uderzyła pięścią w drewniane drzwi, które w końcu uchyliły się. - To ja – powiedziała i poczuła, że traci siłę w nogach, a jej oczy spowija mgła.
Jasnowłosa kobieta otworzyła drzwi szerzej i kucnęła przy dziewczynie. - Siostrzyczko – szepnęła ogarniając wilgotne włosy, które oblepiły jej twarz - połóż ją na łóżku, szybko – zwróciła się do mężczyzny stojącego kilka kroków za nią. Kiedy ostrożnie podniósł z ziemi bezwładne ciało i zabrał je w głąb izby jasnowłosa wychyliła głowę na zewnątrz i rozejrzała się uważnie. W okolicy nikogo nie było, tylko uśpione drzewa i śnieg, który zaczął padać ze zdwojoną siłą. Zamknęła szybko drzwi, szczęknęły zasuwy. Otuliła się szczelniej szalem i weszła do małego pomieszczenia. Ciemność słabo rozjaśniały trzy świece stojące na drewnianym stoliczku. Twarz nieprzytomnej wydawała się martwa. - Co jej jest – zapytała. - Ma ranę, na szyi. Trzeba zatamować krwotok – odpowiedział mężczyzna, który zaczął opatrywać dziewczynę – przynieś mi proszę wodę i bandaże – spojrzał na nią zatroskany. Kobieta po chwili wróciła z potrzebnymi przedmiotami. Była wysoka, miała błękitne oczy, jej kręcone, długie do pasa włosy były rozpuszczone. Miała śnieżnobiałą skórę. Była ubrana w brązową, ciepłą suknię, ramiona owinięte miała szalem. Emanował od niej spokój i piękno. Mężczyzna nadal zajmował się ranną, a ona podeszła do niego powoli o oparła mu dłoń na ramieniu. - Miro, co jej się stało – zapytała spokojnie. - To był… rana może nie jest poważna, ale bardzo groźna ze względu na to, co ją zadało. - Myślisz, że jeden z nich – jasnowłosej zadrżał głos. - Na pewno – Miro wstał, pozbierał brudne skrawki materiału i odchodząc poprosił – przebierz ją w coś ciepłego, jej ubranie jest przemoczone. Budziła się powoli, najpierw usłyszała stłumiony śpiew ptaków, które najprawdopodobniej siedziały gdzieś na pobliskim drzewie i nic nie robiły sobie z panującego mrozu. Potem przeszył ją tak ostry i nieoczekiwany ból, że stęknęła żałośnie, na tyle głośno, że usłyszała ją Ilma. - W końcu – zaszczebiotała radośnie zbliżając się do leżącej – spałaś tyle czasu. Boli cię? Dziewczyna nic nie odpowiedziała, powoli zaczęło jej się rozjaśniać przed oczami, zauważyła jakąś postać, majaczącą w mroku. - Jest noc – zachrypiała. - Nie – odpowiedziała Ilma dotykając jej policzka – jest dzień, południe. Okno jest zasłonięte. - Już myślałam, że straciłam wzrok – spróbowała się uśmiechnąć, ale znów poczuła ten okropny ból. - Wzrok może nie, ale rozum… Mniejsza na razie o to. Boli cię bardzo? - Dosyć. - Przyniosę ci coś dobrego do picia i zawołam Miro. Wyszła zamykając drzwi, dziewczynie wydawało się, że usłyszała szczęk klucza w zamku. Spróbowała zmienić pozycje. Nie mogła, miała wrażenie, że wszystkie członki jej ciała zdrętwiały, a rana na szyi, o której dopiero teraz sobie przypomniała zaczęła palić. - Witaj Miro – ucieszyła się na widok tego wysokiego, barczystego mężczyzny z pokaźną brodą i wąsami, który miał ciepły, dobrotliwy uśmiech.- wyzdrowieję – zapytała. - Oczywiście – usiadł na skraju łóżka – ale nie szybko – dodał – pewno nie czujesz się za dobrze, co. Na razie musisz odpoczywać. Zmienię ci opatrunek. Delikatnie odwinął bandaż. Taimi syknęła z bólu. Kilka łez mimowolnie…