Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 17 min czytania

Rozdział pierwszy "Malowany ptak" I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Jesteś niczym” te słowa tkwią w mojej głowie od tych najdawniejszych dni, chwil w których jeszcze nie znaczyłam w tym świecie zbyt wiele, dni kiedy moje życie toczyło się rytmem wyznaczonym przez naturę. Byłam małą, niczego nieświadomą dziewczynką, która mieszkała w zapadłej dziurze wraz z rodzicami i dziesięciorgiem rodzeństwa, gnieździliśmy się w jednej izbie jakiejś rozpadającej się chałupy. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, ale uczucie jakie mnie ogarnia gdy próbuje wrócić myślami do tamtych chwil to bezgraniczny smutek i chyba przede wszystkim lęk i tęsknota. Niewyraźny obraz ostatnich dni tamtego życia, to przyjazd nadzorcy czy jakiegoś innego wielkiego pana. Gdy próbuje sobie przypomnieć tamte chwile przed oczami staje mi obraz mężczyzny siedzącego na potężnym ogierze i patrzącego na wszystkich z góry tymi swoimi małymi ślepkami. Co jakiś czas rzucał to swoje „jesteście śmiecie, nic nie warte robaki” a ja patrzałam na niego przez małe okienko ukryta na poddaszu obory i czułam jak rośnie we mnie gniew. Chociaż niewiele z tego wszystkiego rozumiałam to mimo wszystko czułam, że to co robi ten człowiek jest niemoralne, chociaż jeszcze wtedy nie znałam takiego określenia. Bił i znieważał wszystkich, którzy nie byli w stanie dać mu tego czego żądał, groził wszystkim razem i z osobna. Kiedy odjechał nie uspokoiłam się ani na chwilkę czułam wewnętrzny niepokój, coś niedobrego wisiało w powietrzu a ja nie miałam pojęcia co. Byłam tylko małym dzieckiem... Tamtej nocy obudził mnie przeraźliwy krzyk, gdy otwarłam oczy uświadomiłam sobie, że w wiosce coś się dzieje, na zewnątrz panował okropny gwar. Powoli podniosłam się z mojego siennika i nastawiłam uszu, w izbie pomimo hałasów na zewnątrz panowała cisza. -Mamo. –Szepnęłam ledwo słysząc swój własny głos ale nikt nie odpowiedział. Przestraszyłam się a łzy cisnęły mi się na policzki, chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się taka samotna. Powoli podniosłam się z posłania i przeszłam przez ciemną izbę. Sienniki rodziców i rodzeństwa były puste, gdzie oni się podziali? Poszli gdzieś beze mnie? Zostawili mnie samą w te ciemną noc? Jak to? Jak...? Uchyliłam ciężkie drewniane drzwi i wyjrzałam na podwórko, było tak jasno czyżby słońce zaczynało już wschodzić? Nie, na niebie błyszczał jeszcze księżyc to płonąca stodoła dawała tak dużo światła. Ile ludzi! Każdy biegł w swoją stronę krzycząc głośno prosząc o łaskę i ratunek. Co się działo? -Mamo... –Szepnęłam i pobiegłam przed siebie prosto pod kopyta jakiegoś rosłego konia. Ktoś złapał mnie za kołnierz koszuli i podniósł do góry. Tym razem nie wytrzymałam i zaczęłam płakać próbując uwolnić się z uchwytu. Mężczyzna na koniu roześmiał się gromko a ja wrzeszczałam jakby mnie ktoś ze skóry obdzierał. -Zostaw, to tylko dziecko. – Usłyszałam głos innego mężczyzny na koniu. -Dziecko nie dziecko mamy rozkaz, nie? -Może i jestem mordercą ale mam swoje zasady, jak mowie puść to znaczy puść. -Masz za miękkie serce. Już po chwili na powrót stałam na ziemi i nie oglądając się z siebie pobiegłam w stronę bramy. Nie tylko obora stała w płomieniach, wiele domów trawił ogień a ludzie próbowali uciekać przewracając się i popychając. Miedzy nimi kręcili się mężczyźni na koniach śmiejąc się głośno co jakiś czas podnosili do góry miecz i cieli...tak dużo krwi... Niedaleko bramy zauważyłam mężczyzn stojących przy ogromnej klatce przypiętej do dwóch koni. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego, pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to polowanie na jakiegoś zwierza ale nie, w klatce siedzieli ludzie! Tyle znajomych twarzy...a wśród nich... -Mama! –Wyrwało mi się z piersi ale chociaż tak bardzo chciałam pobiec do niej i się przytulić to jakiś instynkt zatrzymał mnie w miejscu. Dostrzegła mnie! Usłyszała mój głos! Patrzała na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami teraz tak strasznie smutnymi. -Uciekaj. –Odczytałam niemy ruch jej warg. –Uciekaj kochanie jak najdalej i nie daj się złapać. Stałam tak jeszcze przez chwilę nie bardzo wiedząc co z sobą zrobić, tak bardzo się bałam jedyna myśl jaka kołatała się w mojej głowie to obraz mamy zamkniętej w tej strasznej klatce. Tak bardzo chciałam żeby wzięła mnie za rękę, przytuliła i powiedziała, że to tylko zły sen, że wcale nie musze uciekać i nic złego mi nie grozi. Byłam małym dzieckiem, które nagle obudzone w środku nocy musi biec przed siebie im dalej tym lepiej, tym bezpieczniej... Zerwałam się do biegu, gnałam przed siebie ale nie do głównej bramy osady, nie tam byli ci mężczyźni, złapaliby mnie i zamknęli do takiej klatki jak jakieś zwierze. Dziura! Dziura w drewnianym ogrodzeniu osady! Ta którą dzieci zwykle wymykały się do lasu...ale to było w dzień a teraz...teraz była noc a w nocy w lesie jest dużo dzikich, niebezpiecznych zwierząt. Tylko co mi pozostało? Zostać tu i dać złapać się do okropnej klatki czy uciekać przez las? Nie zastanawiałam się długo, przemknęłam się miedzy płonącymi lepiankami do części osady najbardziej wciśniętej w las, za starą komórką na narzędzia niemalże przyklejoną do ogrodzenia była niewielka dziura ukryta grubą warstwą gałęzi. Odgarnęłam je szybko i przecisnęłam się przez otwór. Po chwili byłam już poza osadą. Za sobą zostawiłam mężczyzn z klatką a przede mną wyrósł ogromny, ciemny las pełen dzikich zwierząt. Znów zaniosłam się histerycznym szlochem. Szłam ścieżką nie widząc nic z powodu ciemności i zalanych łzami oczu. Ile zdołałam przejść? W tamtej chwili nie myślałam o tym, padłam pod drzewem i zasnęłam gdy już zaczynało świtać. Byłam tak bardzo zmęczona, że było mi wszystko jedno. Nie usiadłam, nie położyłam się tylko po prostu padam twarzą w zieloną trawę...

-Zobaczcie budzi się! Słyszałam czyjś głos jakby z oddali. Czyżbym umarła? Czy może jestem w tej strasznej klatce na zwierzynę? Nie, chyba nie umarłam bo widzę swoje palce u dłoni, jak bym nie żyła to chyba nie miałabym rąk. Klatka? W klatce też nie byłam żadnych krat wokoło mnie nie było. Leżałam na dużym sienniku, czułam świeży zapach słomy wiec czy to był tylko zły sen? -Mama. –Szepnęłam ledwo słyszalnie. -Obudziłaś się! Aleź nam stracha napędziła dziecko! Jużem myślała, żeś zasnęła na dobre. – Gruby głos ale raczej kobiecy mówił do mnie a ja jakoś nie umiałam spojrzeć do góry na twarz tej osoby. Chciałam spać najlepiej w ramionach mamy. -Mama... -Nie dziecko, nie ma tu twojej matki. Samaś leżała pod tym drzewem. Skądś ty przyszła? Przecie najbliższa wioska pół dnia drogi stąd. Zaczęłam płakać, ale tym razem cichutko, było mi tak zimno, czułam się taka samotna bo chyba wtedy dotarło do mnie to co się stało. Mamy już nie ma, już jej więcej nie zobaczę, zostałam sama na tym okropnym świecie. -Ej mała co się stało? – Kobieta podeszła bliżej otoczyła mnie dużym ramieniem –No już dobrze, już jesteś bezpieczna. -Tak bardzo się bałam, oni wszystkich zamknęli w tej klace, zabijali jak świnie w naszej wiosce! Mama! Zamknęli ją w tej klatce a ona była taka smutna! Przytuliłam się do tej obcej kobiety, tak bardzo potrzebowałam ciepła i chociaż odrobiny czułości. Zostałam sama na tym świecie, gdzieś w głębi serca czułam, że nigdy więcej nie zobaczę już mojej rodziny. Czy obcy ludzie chociaż tak życzliwi mogli dać mi to co dawała mi moja mama? Ta kobieta chociaż taka ciepła pachniała zupełnie inaczej, chociaż było mi dobrze w jej ramionach to w sercu czułam ból. Mała dziewczynka zostawiona samej sobie. Nie chciałam być sama! A od tamtej pory samotność kroczyła za mną jak cień...

-Te nowa! Ruszno te swoją chłopską dupę i przynieśno trochę wody ze strumienia! –Ryknął rudy chłopak, nie pamiętałam jak miał na imię ale należał do tej robotniczej elity. We wsi panował dziwny wewnętrzny podział na klasy, robotnicza elita mieszkała w tych lepszych domach ze względu na to, ze mieli więcej pól co było równoznaczne z większą ilością plonów a no i pracy było więcej wiec ludzie mniej zamożni(jeśli w ogóle można mówić o zamożności wśród chłopów) mieli obowiązek pomagać elicie przy zbiorach. Ja jako, ze trafiłam do domu Nene, jednej z chłopek niższego rzędu musiałam pracować w sadzie przy zbiorach jabłek. Wcale mi się to nie podobało i nie zamierzałam się z tym kryć. No może nie odmawiałam…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Rozdział pierwszy "Malowany ptak" I — czytnik · opowiadania