Inne · 16 min czytania
Rozdział VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział VI
Do spotkania z Joanną miał jeszcze trzy godziny. Wyjął stare zdjęcia, dokumenty. Przeglądał je kolejny raz. Chciał powiedzieć prawdę Joannie. Trudno mu było żyć z nią samotnie. Teraz ogarnęły go wątpliwości. -Może prawda jest zbyt trudna dla niej. Może jeszcze nie nadszedł czas, aby poznała prawdę. A jeśli odbierze ją zbyt gwałtownie, co wtedy? – pomyślał. Nie był już zadowolony ze swojego pomysłu. Chciał odwołać spotkanie. Dzwonił i dzwonił, ale na próżno. Czas naglił. Odłożył telefon. Wyszedł z domu. - Diabeł chyba mnie podkusił. Nie powiem jej prawdy. Wymyślę coś na usprawiedliwienie. W końcu zjawi się bez kija bejsbolowego– pomyślał i uśmiechnął się. Dokumenty zostawił w bezpiecznym miejscu. Jechał na spotkanie z Joanną już w lepszym nastroju. Wszedł do kawiarni. Joanny jeszcze nie było. Zamówił kawę i czekał. Zadzwonił telefon. - Dzień dobry Tom. Muszę ci przekazać wiadomość od Joanny. - Kto mówi? - Wisia – koleżanka Joasi. - Pamiętam. - Joanna prosiła, abyś był za godzinę na Manhattanie – tam gdzie zawsze. - Manhattan. Muszę tam jechać godzinę. - Metrem bliżej i szybciej. Zostaw samochód. - Co to za maskarada? -Tak trzeba. Nie mam więcej nic do przekazania. Zrobisz jak zechcesz. - Powiedz Joannie, że odwołuję spotkanie. Nie mam już czasu, ani chęci na konspiracje. Muszę wracać do domu. Pozdrawiam i do widzenia. Odetchnął. Popatrzył na ludzi, którzy sączyli kawę, jedli obrzydliwe ciastka z wielką ilością kremu. Paplali i śmieli się. Ich beztroska go drażniła. Oni nawet nie podejrzewali, jakie rzeczy dzieją się poza ich zasięgiem. Westchnął. Pozazdrościł im ich niewiedzy. Zwiesił smutno głowę. Gdzieś w kąciku oka zaczaiła się niebezpiecznie łza. - Czy kiedyś będę miał takie normalne, ludzkie życie, jak oni? – zapytał cicho. Trudno było mu czasami zrozumieć, dlaczego odebrano mu prawo nie tylko do prywatności, ale i intymności. Czasami miał wrażenie, że chodzi za nim jakiś cień. Zawieszono go między światami i kazano walczyć. Przypomniał sobie słowa swojej matki: - Jesteś inny niż twoi koledzy i musisz to ukrywać. Będziesz spotykał się z różnymi ludźmi twojego pokroju i mojego. Oni nauczą cię więcej. Nie łatwo mu było z tą „innością”. Myślał, że przyzwyczaił się do tego, ale dopiero teraz zrozumiał, jaki to jest dla niego ciężar. Poczuł znużenie. Zawołał kelnerkę. Uregulował rachunek. Zbierał się do wyjścia i wtedy ktoś do nie podszedł. - Cześć Tom! - Nie znam ciebie – odpowiedział Tom. - Jestem Ben. Teraz już mnie znasz. - A ten drugi? - On do pomocy. Grzecznie wyjdziesz z nami. Jesteśmy przecież starymi znajomymi. Bez żadnych zbędnych ruchów, bo mogę poturbować. Tom pożałował że nie pojechał na spotkanie z Joanną. Teraz było za późno. Wyszli. - Wsiadaj do auta – warknął. - Zostaw go. Szef chce go mieć żywego i całego – powiedział drugi. - Dostał tylko w główkę na uspokojenie. Taki środek odurzający. - Powiedziałem, żebyś go zostawił.. W biegu z auta na ulicę przecież nie wyskoczy. A jak go za bardzo poturbujesz, to szef ci przywali i będziesz miał problem. Zwiąż go tylko mocniej. - Dobra. Może i masz rację. - Jeszcze się wyrywa? - Trochę. Ben, ręka mi świerzbi, żeby mu przyłożyć. - Dawno nie ćwiczyłeś boksu? - E tam. Niedawno lalunię trochę poturbowałem, ale jakoś zbyt szybko przestała oddychać.. Miałem ją nastraszyć tylko, ale chyba za bardzo przytuliłem, że wykitowała. Niezła była. - Wydupczyłeś ją? - Trochę za mało – powiedział i zaczął śmiać się. - Jego nie ruszaj. Zaraz dojedziemy. - Nie będę. Nie ma cycek., Tak to przynajmniej bym pomacał, a tutaj co do macania? Nic. - Ty jednak jesteś zboczony – powiedział Ben. - Nie, tylko nadpobudliwy – odpowiedział John. - Odstawimy gogusia do szefa i pojedziemy do Viviany. Zabawimy się tam trochę. A teraz sprawdź, czy ma dobrze zawiązane oczy. Dojeżdżamy. - Wszystko jest w porządku. - Przyjechaliśmy z ładunkiem – zakomunikował Ben przez domofon. Brama otworzyła się i wjechali na dziedziniec wielkiego domu. - Zaprowadź go do izolatki. Niech sobie posiedzi sam. Później do niego przyjdę. - Tak. Chciałbym jednak jeszcze dzisiaj wrócić przed zmierzchem do domu. Nie lubię jeździć nocą. Z Johnem wybieramy się na dziewczynki – oznajmił Ben. - John zostaje. - Dlaczego? - To nie twoja sprawa. Szef kazał go zatrzymać. Ty możesz wracać. Ben zrozumiał, że John idzie na odstrzał. Nie chciał być na jego miejscu. Zdał sobie sprawę, że jego położenie było również tragiczne. Wzdrygnął się. Podwoił czujność. Miał jeszcze nadzieję, że uda mu się wyjechać cało, zabierając ze sobą przyjaciela. - Co tak gapisz się? Szef chyba wyraźnie ci powiedział, gdzie masz go zaprowadzić. Chyba nie tęsknisz za Johnem? - Nie. Idę. - Masz Murphiego i Leo do pomocy. Teraz Ben i Tom byli mniej więcej na jednakowej pozycji. Obaj nie mieli pewności, czy nie zasilą ziemi swoimi szczątkami. - Człowiek nie może jednak przewidzieć wszystkiego. Może uda mi się wysłać wiadomość – pomyślał Tom. - Na chwilę zostaniesz sam. Wy, obaj wychodzicie. Zostanie on i pies. Tom popatrzył w kierunku wskazanym przez swojego oprawcę. Pod ścianą stał osiłek ubrany na czarno z wielkim karabinem i wielkim psem. Obaj nie wyglądali na łagodnych. - O widzę, że upodobnili się do siebie – powiedział Tom. - W pewnym sensie. To urodzeni zabójcy. Zabiją każdą, ruszającą się zwierzynę. Dla ciebie lepiej żebyś nie uciekał, jeśli nie chcesz zostać bez ręki – przynajmniej bez jednej. - Widziałeś kiedyś, żeby ktoś uciekł z tego pokoju? - Nie, ale mówię ci to na wszelki wypadek, jeśli chcesz mieć całe gardło, przynajmniej na razie. - Zrozumiałem. - To dobrze. Tom liczył na coś więcej niż pozostawienie go w spokoju przez parę minut. Miał nadzieję, że odwiążą mu ręce. - Może później mi się uda – nie tracił nadziei. Rozejrzał się po pokoju. W pokoju nie było okien. Drzwi były obstawione przez uzbrojonego mężczyznę w pistolet i psa uzbrojonego w potężne kły. Przejść przez ścianę nie potrafił. Poczuł strach. Skóra mu ścierpła. Był w potrzasku. Nigdy nie przypuszczał, że to mu się przydarzy. Poczuł zapach śmierci. Perspektywa straszna. Słyszał jak bije mu szybko serce. Poczuł chłód w kończynach. Jedyna szansa wyjść stąd. - Czy mogę do WC?- zapytał. - Zapytam szefa – odpowiedział. Szefie przesyłka chce do WC. - Zaczekaj na Jima. Zaraz ci go przyślę. Po chwili obaj prowadzili Toma do toalety. Brytan wszedł za nim. - Nie kombinuj. Stąd nie ma ucieczki. – wycedził przez zęby i zaczął śmiać się histerycznym śmiechem. Między śmiechem, a chwilą wytchnienia szepnął mu do ucha -Wytrzymaj. W nocy uciekniesz. Tom popatrzył na niego ze zdumieniem. Nie wiedział, czy Brytan żartuje, czy mówi prawdę. - Nic ci teraz nie wyjaśnię. Później. Tom nie pytał o nic. Podszedł do pisuaru. Szybko przycisnął guzik, w którym miał zamieszczony nadajnik. Trzy szybkie, jeden długi, i sygnał został wysłany. Teraz miał tylko wytrzymać i czekać na odsiecz. Pod eskortą Brytan i i Jimiego wrócił do izolatki. Tam już na niego czekali. - Tom przejdę od razu do sedna. Masz dwie opcje. - Jakie? - Oddać nam dokumenty i zgodzić się z nami na współpracę. - Albo.. - Nie oddać nam dokumentów i poczuć jak smakuje cement. - I tak zacementujecie mnie. -Ale dużej pożyjesz, a tak… - O jakie dokumenty chodzi? – przerwał mu Tom. - Staje się chyba rozmowniejszy. O stare fotografie i nie tylko. Stałem się sentymentalny i tęsknię za przeszłością, a nie mam starej fotografii wujka. Chciałbym ją mieć. - Nie mam żadnych fotografii. - Masz, masz, ale nie tylko o fotografie mi chodzi. Mam też sentyment do strych dokumentów. Wiesz one są teraz w cenie. Dobrze za nie płacą. - Dalej nie wiem o co chodzi. - Jeśli nie wiesz to… - i nie dokończył. Siarczysty cios wylądował na policzku Toma. - Dobrze, że nie wziąłem tych dokumentów ze sobą. Teraz byłyby w ich rękach, a tak są w bezpiecznym miejscu. Może jednak przeżyję. Nie zabiją mnie, jeśli im nie powiem gdzie są – pomyślał Tom. Bił go przez kilka minut. Tom stracił w końcu przytomność. - A jeśli nie wytrzyma? Musi. Teraz nie mogę mu pomóc – pomyślał Brytan. - Zostaw go. Niech trochę