Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 17 min czytania

Rozdział VII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział VII

Kiedy wtajemniczano Steva w arkana działalności laboratorium nikt nie przewidywał, że w tym mężczyźnie o blond włosach i niebieskich oczach drzemie bestia. Kiedy już objął rządy wprowadził rygorystyczne zasady i kto się im nie podporządkował ginął bez śladu. Pierwszą zasadą była praca ponad wszystko. Drugą zasadą był zakaz wychodzenia poza obręb laboratorium. W samym budynku mogli przemieszczać się tylko w godzinach wyznaczonych i za okazaniem przepustek. Byli dobrze pilnowani. System elektromagnetyczny jaki zainstalował Steve wokół jaskiń nie pozostawił nikomu złudzeń. Nie trzeba było strażników, kamer. Po przekroczeniu progu jaskini uciekinier żegnał się z życiem. Przestali w końcu uciekać. Zrozumieli, że lepiej przeczekać. Poczuli brzemię katorżniczej pracy. Żałowali, że kiedyś dali się namówić na wysokie zarobki, które teraz stały się przekleństwem. Na odludziu trudno było je wydać. Poza tym podejrzewali, że ich wypłaty są fikcją. Dostawali odcinki wpłat, ale w dość dziwnym banku. Nikt o nim wcześniej nie słyszał, a sprawdzić nie mieli jak. Próbowali dogadać się z dostawcami towaru do laboratorium, ale to kończyło się niepowodzeniem. Za karę zamykano ich w izolatce. Miesiąc o chlebie i wodzie potrafiło wyperswadować dla opornych szukanie drogi ewakuacyjnej. Stali się niewolnikami z własnej woli. Steve miał swoją wizję panowania nad światem i chciał ją urzeczywistnić. Uważał, że praca nad wynalezieniem panaceum na wszelkie choroby XX wieku da większe możliwości władzy niż broń. Chciał stać się wielkim naukowcem – wielkim dobrodziejem – ojcem narodów, a wszystko to osiągnąłby w sposób pokojowy. Panować nad chorobami i nad ich leczeniem. Niszczyć i tworzyć. Neurotyczna wola bycia Bogiem, a przynajmniej dorównania mu. - Czy kiedyś będzie taki dzień, że będę mogła iść gdzie chcę? - Tak Estero – odpowiedział. - Chyba sam w to nie wierzysz Sam. - Estero są dwie sprawy. Jedna to, że pracujemy nad bronią chemiczną, a druga to, że szukamy medycznego kamienia filozoficznego. Nikt nie uwierzy, że nad światem można zapanować bez wojny. Oni chcą zabijać. Dla nich leczenie ludzi, których chcą tylko zabijać graniczy z idiotyzmem. - I co w związku z tym? - To, że kiedyś dojdzie do ostrej kłótni między synem a ojcem i my to wykorzystamy. - Poza tym musimy rozpracować „elektronicznego mordercę”, żeby móc przejść na druga stronę, a to zajmie nam trochę czasu- dołączył się do dyskusji Andre.

- Włącz Estero radio. Zagłuszy nieco naszą rozmowę. - To nic nie da. Są zainstalowane wszędzie podsłuchy. Lepiej skończmy, bo namierzą nas i będzie koniec. - Kiedy będziemy wiedzieć jak odinstalować pole, to może pójdziemy do przodu. Przynajmniej jedno z nas musi przedostać się na zewnątrz – powiedział Andre - Dobrze mówić. W obliczeniach naszych gdzieś jest błąd -stwierdziła Estera. - Tylko gdzie?- zapytał Sam. - O czym tak rozmawiacie?- zapytał Steve - Że coś robimy nie tak, gdzieś jest błąd w naszych obliczeniach i zastanawiamy się gdzie - odpowiedział Andre, - Może za mało pracujecie? - Nie, raczej ciągle jesteśmy tuż, tuż, i nic. Znów chodzimy po omacku. Zastanawiamy się co jest nie tak, że ciągle jesteśmy o mały krok – oznajmiła Estera. - Myślcie, może coś wymyślicie. Przecież za to wam płacę – stwierdził Steve i odszedł. -Przyjechał Marc –oznajmiła Kate - Wracamy do pracy. Przerwa skończona – powiedział Andre. Wrócili do pracy. Przyjazd Marca nie wróżył nic dobrego. Ojciec i syn nie potrafią żyć w zgodzie. Po każdej kłótni Marc wyjeżdża, a Steve odreagowuje na pracownikach. Tym razem jednak było inaczej. Marc poprosił syna, aby pokazał mu swoje osiągnięcia. - Steve nie możesz odejść od pracy nad bronią. Rozbudowałeś laboratorium, ale bardziej w swoim kierunku. Skąd zatem weźmiesz pieniądze na dalsze badania? –zapytał ojciec. - Przekonam ich. - Oni czekają na broń, a nie na lekarstwo. Nie są zainteresowani za bardzo twoją wizją chyba, że udowodnisz im swoje racje. - Ojcze, ale dając ludziom lekarstwo można panować nad światem w sposób bezwzględny. Można zdobyć fortunę. Wiesz ile zapłaci każdy za lekarstwo na raka, na progerię, czy inne.. Poza tym popatrz. W jednej ręce trzymam zarazki choroby i podsypuję ją podtruwając innych, a w drugiej dłoni mam lekarstwo - sprzedaję je tym co mogą zapłacić. Wielka kasa – wielkie panowanie. To panaceum nabije wielką kasę, a sam zawsze mówisz, że rządzi ten kto ma pieniądze. Reszta się nie liczy. To tłum, który się podporządkuje. Czyż nie można w ten sposób panować? - Steve! – zagrzmiało to groźnie. Dość tych mrzonek. - Może to nie są mrzonki. Może nie próżnowałem w Kanadzie. - To wiem. Aby jednak dalej pójść musisz mieć pieniądze. Skąd je weźmiesz?. - Od ciebie i od innych. ¬ - Steve! Mam zobowiązania. Jeśli nie dostarczę czegoś nowego i skutecznego, to nie otrzymam pieniędzy na żadne badania i zlikwidują laboratorium. - A PV – 4? - To groźna broń. - I chyba wam o to chodzi. - Nie tak do końca. To wymknęło się nam spod kontroli. - Chyba żartujesz! - Nie Steve. Nasi zaczęli chorować. - W czym problem? - Chcemy, żebyś przejrzał nasze wyniki. Może coś przeoczyliśmy. - Dobrze. Zrobię to jutro. A teraz wracając do naszej wcześniejszej rozmowy to poprzesz mnie? - Nie tak do końca. - Dlaczego? - Dowiesz się nieco później. - Kiedy? Dalej kroczycie po ciemku. Chcę inaczej podejść do sedna, a ty mi na to nie pozwalasz. Sam jesteś chory na raka. - Zamknij się gnoju. Jeszcze ciebie przeżyję. - Chyba, że mnie otrujesz. Masz chyba to i owo na sumieniu. - Stul pysk. - Nie ma stołu, więc nie walniesz pięścią. Nie krzycz. Twój czas kończy się, a zaczyna mój. Ty jesteś już za stary. Brak ci nowych pomysłów. Musisz się wycofać. - Nasi sponsorzy nie chcą płacić za twoje mrzonki – powiedział Marc ignorując słowa Steva. - Może zmienią zdanie. - Dobrze. Zapytaj ich. - Kiedy? - Zaraz. Marc włączył wideofon. - Możesz mówić synu – powiedział Marc - Mam propozycję. - Znamy ją, Chcemy ci wyjaśnić, że. nie chodzi nam o zbawienie świata, a panowanie nad nim. To dwie różne rzeczy. - Można sprzedawać lekarstwo i zarabiać wielkie pieniądze.. Kontrolować kraje za pomocą chorób i lekarstwa. - A masz to lekarstwa? - Może mam. Muszę tylko przetestować je i najlepiej na ludziach. Chociaż pierwsze próby już były. - Jak nam to udowodnisz. - Prześlę opis i nazwiska osób, których testowałem. - O! Nie boisz się ryzyka? A jeśli ci nie uwierzymy? - To wtedy zakończę swoje badania. - Może wyrazimy zgodę tylko na częściowe badania w tym kierunku i pod warunkiem, że będą to wtórne badania w stosunku do tych właściwych. To znaczy, że priorytetowe są badania, które rozpoczął Marc. Nie muszę chyba ci ich wyszczególniać. - Nie. Kim jesteście? - Nie ważne kim jesteśmy, ale istotne jest to, że to my płacimy. Musimy mieć czas na zastanowienie. Godzina nam wystarczy. Wyłączyli się. Steve chodził nerwowo o pokoju. - Może usiądziesz na chwilę. Myślisz, że jak będziesz tupał to przyspieszysz decyzję. Powiedzieli, że za godzinę, to wcześniej się nie pojawią. I tak masz szczęście, że tym razem postanowili rozważyć twoja propozycję. - Przepraszam za moje słowa. - Drobiazg. Przecież i tak wiemy obaj, że ty po mnie pozostaniesz. - Kim oni są? Zakapturzeni, w maskach na twarzach. Boją się? - Nie synu, ale nie chcą być rozpoznani, a i dla ciebie tak lepiej. Kiedy zdecydują, że możesz ich zobaczyć, to wezwą ciebie. Tylko nie wiem, czy dla ciebie oznaczać to nie będzie końca. - Nie rozumiem. - Stamtąd się nie wraca. - A ty? - Byłem im potrzebny. - Jako relikt przeszłości? - Steve! - Przepraszam. - A teraz spokój. Wracają - Przemyśleliśmy twoją propozycję i stwierdziliśmy, że to co zaplanowałeś nie jest całkiem pozbawione sensu, więc pozwalamy ci na podjęcie pewnych prób, ale… - Znów ale? - Ale w granicach rozsądnych. - Co to znaczy w granicach rozsądnych? - Że w ciągu miesiąca chcemy mieć pierwsze efekty i dokończone prace nad PV – 4 ,TA-6. W przeciwnym razie cofniemy dotacje. Prace nad wynalezieniem lekarstwa staną się przykrywką dla właściwej działalności laboratorium, ale pamiętaj nigdy odwrotnie. Możesz rozbudować laboratorium o pracę nad lekarstwem. Na to dostaniesz pieniądze. Bierzcie się zatem do roboty. Czas ucieka. - Wyłączyli się? - Tak synu. - Co jest do cholery? Same tylko rozkazy, nakazy. - Oni płacą, więc nie irytuj się. Płacą – rozumiesz? - I tak i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Rozdział VII — czytnik · opowiadania