Zbrodnia · 10 min czytania
Rozejść się po łokciach (10-ost)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy przyjaciel pokonywał trzema chłopięcymi krokami trzy strome schodki prowadzące do sali. Pierwszy krok zadedykował szczeniackiemu brakowi rozwagi. To właśnie to gówniarstwo i brak umiaru wtrąciły go na te trzy schodki, i serdecznie je teraz przeklinał. Drugi krok chciał zadedykować okresowi przejściowemu w życiu każdego mężczyzny, kiedy rzeczywistość otaczająca zaczyna się powoli skoszmarniać. I dobrze mu wyszedł ten krok, potknął się i zamiast trzeciego kroku efektownie wyrżnął w posadzkę. Przytłoczony dosadnością tej metafory zbierał się przez parę sekund niezgrabnie masując stłuczone kolano. Poprawił w lustrze mankiety i kołnierzyk, rozpiął guziczek pod szyją. Pustka zaczynała się po jego prawej ręce a kończyła po jego lewej ręce. Wszystkie najgorszej nawet maści rozpustnice i kurwiarze poszli spać, tylko na przyjaciela jeszcze czekała mama. I na dużego, niech przeklęte będzie jej łono plugawe. Duży stał przed przyjacielem na środku sali. Bezbłędnie skalkulował właściwe miejsce, jego cień odciskał się na przyjacielu wyjątkowo dosadnie. Pomiędzy nimi parę kulistych krzaków preriowych szwendało się bez celu w podmuchach wiatru. Przyjaciel śpiewał głośno w myślach wesołą melodie na banjo, ktoś obok zagwizdał dźwiękiem modulowanym. Obydwaj zamarli. Żyła na czole dużego wyskoczyła nagłą pulsacją. Źrenica przyjaciela zwężyła się do rozmiarów kropki grafitu do ołówka. Przestrzeń między nimi zgęstniała i pociemniała, parujące oddechy zmieszały się ze sobą jak pomięta taśma magnetofonowa, taśma z wyjątkowo fatalną muzyką. Postali tak jeszcze przez parę minut i nic się nie wydarzyło. Przyjaciel stwierdził że przestaje być groźnie, a zaczyna być głupio. - Dobra, wychodzimy. Bicepsy dużego zakołysały się pod kurtką. - Dobra. Prowadź. Przyjaciel prowadził się całkiem nieźle, lekko utykają na stłuczone lewo kolano. Duży za nim głośno tupał, starając się wzbudzić strach w przeciwniku. Stanęli w powszechnej szarości bardzo wczesnego poranka. Padał ten sam beznadziejny deszcz, latarnie świeciły blado i z wstrętem do sytuacji rozgrywającej się pomiędzy ich żelaznymi słupami. - Wiesz co, jakoś ...- zaczął przyjaciel uprzednio przygotowanym tekstem ,ale nie skończył, bo dostał w twarz. Impet przeniósł go trzydzieści centymetrów ponad chodnikami, zarył się ciężko w twardy bruk i nakrył nogami. Duży odchrząknął, roztarł pięść i ruszył w jego kierunku. Przyjaciel wstał z niemą pomocą latarni, spróbował kopnąć Dużego, odbił się od jego korpusu jak piłka i znowu przewrócił. Duży chciał kopnąć go w głowę, poślizgnął się na kratce ściekowej i plasnął na chodnik obok przyjaciela."2:1" pomyślał przyjaciel i z całej siły uderzył go w jądra. Jego przeciwnik stęknął, zmarkotniał i wstał ciężko opierając się o tą samą latarnię. Latarnia niewyraźnie pod kloszem obraziła ich przodków. Duży sięgnął po srebrnego motyla, lecz ten tkwił mocno w pękniętej czaszce kochanka, rozciągniętego w poprzek pleców tej, którego imienia nie wymieniono. Strzelił za to Przyjaciela w ucho i cały świat rozbłysnął tęczą bajeczną. Chciałby tak przez chwilę postać i popatrzyć na kolorowe kontury, ale dostał się pomiędzy dwie ręce jak imadła. Duży zaczął go dusić, jego ręce ściskały przyjaciela w poprzek, przyjaciel czuł, że zaraz imploduje. Po raz trzeci tego wieczoru oczy zaszły mu czerwoną mgłą. Bąbelki w jego płucach zaczęły jeden po drugim pękać przebijane łamanymi żebrami, serce zachłysnęło się i zamarło. Pogłaskał Dużego po krótkiej szczecince na potylicy, zgodnie z chrześcijańską zasadą przebaczania wrogom. I umarł. Wróć. Byłby umarł. Z piskiem opon spoza zakrętu wyjechał czerwony wyścigowy bolid. Uderzył w zwartą masę jaką stanowili przyjaciel i duży, wdarł się lakierowanym metalem w białko i węglowodany. Przez moment obydwoje znaleźli się na masce, wiatr we włosach, panika w oczach, przyjaciel poczuł jak grawitacja nieubłaganie znosi go w kierunku kół. Duży obok niego też zaczął się ześlizgiwać, rysując paznokciami gładką jak szkło karoserię. Ich nogi tarły o uciekającą w zawrotnym tempie nawierzchnię. Przyjaciel stracił równowagę, runął w dół rozpaczliwie machając rękami, poczuł pod palcami metalowy słup mijanej latarni i uczepił się go z całej siły. Siła rozpędu wyrwała go spod śpiewających radośnie kół, przed oczami zamigotał mu Duży znikający pod czerwoną maską. Rozległ się trzask i biologiczny chrzęst rozdeptywanego ślimaka, a mama dużego czekała jeszcze długo. Koła czerwonego bolidu pisnęły z triumfem, pojazd zarzucił tyłem na obydwie strony i znieruchomiał. Przyjaciel ciężko dysząc klęczał na mokrym chodniku. Przez zroszoną kropelkami deszczu przednią szybę ujrzał kasztanowe loki i piwne oczy, wpatrujące się w niego z rozbawieniem. Promocja siedziała na kolanach smukłego latynoskiego torreadora, który z nonszalancja palił