Zbrodnia · 10 min czytania
Rozejść się po łokciach (3)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Dosyć tych błazeństw, to przestaje być śmieszne, a zaczyna być straszne. Przyjaciel nerwowo sączył wspomnienie po tym takim pomarańczowym, które seksualnie drapało go w przełyk. Jego ZŁY przetrawiany był właśnie alkoholem etylowym w nieznacznych stężeniach. Odprężył się nieco, rozprostował, przestał rzucać na boki nerwowe spojrzenia. Na schodach słychać było coraz głośniejsze szuranie wielu stóp. W każdym miejscu miasta wszyscy wybiegali w panice z domów i pędzili do takich bram, w obawie że zacznie się bez nich. Co jest bzdurą oczywistą. Nic się nie kończy, nic się nie zaczyna, przyjaciel jest wstawiony, potem skazany będzie pijany, potem fikołek będzie trzeźwiała, potem już nic nie będzie, można przewrócić na pierwszy rozdział i zacząć czytać od początku. A teraz wszyscy starają się kogoś znaleźć, takie liche alibi swojej nagłej ucieczki, siadają i zapalają papierosa, rozglądają się dookoła. Przyjaciel skracał obrzędowości knajpiane do niezbędnego minimum. Nic a nic się nie rozglądał. - Dość już tych błazeństw - powtórzył. - Przyjaciel, nie bądź miętki - rzucił pojednawczo Skazany - nikt tu nikomu nie ma za złe wczorajszej nocy, a powinien, cholera, z tym kurhanem to było przegięcie. - Sam nie bądź miętki. Taki kurhan to jest dobry, porządny literacki motyw. Nie obesrany przez ptaki nagrobek, nagrobek sobie w rzyć wsadzić można, ale kurhan, nawet kurhanik...mocna rzecz. Podszedł do nich kochanek i zamówił takie zielonkawe o smaku płynu do płukania ust. - Cześć chłopaki, przysiądę się to pogadamy. Widziałem właśnie śliczną dziewczynę. - Zawsze podobają ci się nieciekawe dziewczyny. - Bo patrzysz swoimi przekrwionymi oczami starego kurwiarza, i nic dziwnego, że nic nimi wypatrzyć nie możesz, rutyna zabija twórczy zachwyt. Chodzi o to, żeby patrząc na dziewczynę pomyśleć o czymś naprawdę dobrym i ważnym, jakiejś miłej melodii albo przyzwoitej książce. Jak ci się takie skojarzenie utrwali i w ciebie zapadanie, to taką dziewczynę możesz oglądać potem godzinami z takim bolesnym kłuciem AUĆ! pod mostkiem. I możesz o niej układać limeryki, albo myśleć, jakby było fajnie gdyby teraz z tobą była. Skazanego czoła przekreśliła rysa, zwana przez niektórych bruzdą rozwagi i namysłu. - Kochanek, ty już dawno nie ...wiesz? - Nie...- Kochanek trzepotał rzęsami nerwowo - nie... co? - Nic, nieważne. - Nie, kochanek w tym co mówi ma jakąś swoją rację - wtrącił przyjaciel - i taka piękna to jest racja, taka trochę muzyczna i trochę poetycka. Z takim jeleniem na rykowisku mi się ta myśl kojarzy, i zachwyt serce ściska. Sęk w tym, że od dawna już nic mnie nie zachwyca, nic mi się nie podoba, niczego tak naprawdę mi się nie chce, i refleksje kochanka się jakoś mnie nie czepiają. I takie piękno niewinności w wykonaniu kochanka umrze i spłonie wśród nas, bo już ostentacyjna kurwistość skazanego bardziej do mnie trafia. - Widzisz? - skazany się rozbudził - Stary, słuchaj mnie uważnie. Wszystkie kobiety poza moją mamą ... zresztą moja mama chyba też. - Skazany, twoją matką jest wódka, więc nigdy nie waż się źle o niej wyrażać, chamie jeden - oburzył się przyjaciel.- Matka, jest jedna. Skazany zasępił się momentalnie, i przepastne popularne oczy zaszły mu mgłą, może to śpioszki były. A może to był jeleń.
Bo skazany mamy jako takiej nie posiadał, był obarczony alchemicznym niejako pochodzeniem. Dla odróżnienia od owiec wyczyniających sztuki w próbówce, Skazany spłodził się w sumiennym, uczciwym kielichu czystej. Dla miasta skazanego charakterystycznym był natłok sławnych i szanowanych. Po ulicach spacerowali sławni, ulicami jeździli szanowani, wszędzie blichtr i dyskretny urok burżuazji. W tym jednak osobliwym mieście każdy ze sławnych rodził się w bólu późnej nocy, pączkowany przez zmieszanie niewłaściwych, zakazanych prawem alkoholi. I każdy miał tę samą twarz, ten sam chód elegancki, ruchy identycznie subtelne. Nawet żony mieli podobne, takie wysokie, szczupłe, opalone, wymieniali się tymi żonami wedle upodobania. Gorsze mieszanki win rodziły sławnych pośledniejszych. Tacy cieszyli się poważaniem tylko w gronie swojej najbliższej rodziny. I podczas takiej nocy księżycowej jedynej, w mieszance upojnej i czarownej w której krystaliczne alkohole mieszały swoje aromatyczne soki, w takiej mieszance zabrakło jednego bąbelka, jedna reakcja skrewiła na samym finiszu, a może znów barmani oszukiwali na ukraińskim spirytusie. I zrodził się Skazany, niczym wiecznie pijana Wenus z piany. Skazany obdarzony przez promile facjatą szlachetną, twarzą zabójczo przystojną, profilem jak John Wayne. Ale za jego fizys niemal mityczną ciągnęło się fatum bycia ostentacyjnie nieznanym,