Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Zbrodnia · 15 min czytania

Rozejść się po łokciach (7)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przyjaciel spojrzał na zegarek i wydało mu się, że już czas. Odczekał jeszcze parę minut do momentu w którym już na pewno będzie za późno, ponownie spojrzał na zegarek i przekonał się, że już czas. Nic nie miało go ominąć tego wieczoru. Zimne powietrze buchało przez drzwi wejściowe kłębami gęstej mlecznej pary. W wilgotnych obłokach pojawiały się sylwetki gości wieczoru, śmierdzących jeszcze zimową wieczorną spaliną, przyróżowionych na policzkach. Krople pary wodnej ściekały przyjacielowi po nosie i kapały na podłogę, złamał już trzeciego papierosa i miał mokre nogawki. Trudno mu było oddychać przez to skłębienie gęste, w płucach czuł wielką suchość i ciężkość. W gęstniejącej mgle sylwetki gości zaczęły mu się zamazywać. Najpierw zniknął stolik na drugim końcu sali przy ścianie, potem dziewczyna która czekała na ubikację, i tak krok za krokiem, ręka za dłonią, noga za stopą zniknęło wszystko, a przyjaciel został sam. Czuł obecność innych, gdzieś za szarym mokrym parawanem słyszał stłumione głosy i śmiechy, ale przyjaciel już kroczył sam i za wszelką cenę starał się nie oglądać. I nagle tuż przed sobą, na granicy widzialności zobaczył dłoń, a może nawet cień dłoni w długiej skórzanej rękawiczce. Od razu poznał palce i paznokcie, opuszki i linie papilarne znał na pamięć. W takim kształcie był jedwab, perły, tęcza, i krawędź żyletki. Takie ręce miała tylko chińska promocja. I zdawało mu się że spoza kłębów pary patrzy na niego dwoje oczu, a ręka go wabi nieznośnie, skręca się ku niemu ale dosięgnąć go nie może. W uszach miał szum i syk, krew tłukła mu się w membranie. Więc skąd ten szept „porwij mnie" na granicy słyszalnej częstotliwości, skąd te westchnienia, może tylko kapanie wody. Postąpił krok do przodu ale mgła zaczęła go dusić, wpiła mu się w usta namiętnym pocałunkiem, nie zadowoliła się językiem lecz zlała się do płuc i zdusiła serce. W głowie kołysało mu się wielkie spiżowe serce dzwonu i uderzało o pulsujące skronie, oddech chwytał coraz płycej. Cień sylwetki zbliżył się do niego. Czuł na wargach słodką woń perfum i balsamów, zamknął oczy i zawirował. Ktoś kopnął drzwi z zewnątrz i lodowy podmuch przeszył przyjaciela, uderzył w salę i zmroził rząd butelek wódki nad barem. W dzikim przeciągu srebrnym deszczem gwałtownie skropliła się mgła i spadła na podłogę, pofrunęły szaliki i czapki kolorowe, Fikołek blada w białej powiewającej sukience krzyczała :"zamknijcie kurwa drzwi". Przyjaciel zatoczył się i osunął na krzesło. Czuł jak przez te drzwi upojonym magicznie klientem otwarte wpełza wielkie zimno i wielki chłód, a w przyjacielu coś zamarza i już nie odmarznie. Cień szary zniknął bez śladu, choć w powietrzu zostało ciemne i ciepłe po nim wspomnienie Spojrzał na zegarek i wydało mu się że już czas.

Ze zmrożonym sercem i ściętymi lodem źrenicami szedł niespiesznie chodnikiem. Przybliżając każdym krokiem koniec pisanej mu roli. Kwadratowy kształt zatknięty pod podszewkę kurtki obijał mu się boleśnie o żebra. Wydawał się tym faktem lekko poirytowany. Z żalem pomyślał o zasmarkanym i zasikanym dzieciństwie, kiedy podczas każdych świąt bożego narodzenia Przyjaciel biegł radośnie z walącym sercem rozpakowywać prezenty. Myślał o młodości durnej i górnej, kiedy z szaleństwem na wargach pocałował dziewczynę, po czym posiadł ją w krzakach bzu w księżycową jasną noc, przy narkotycznym zapachu kwiatów i z patykiem wbijającym mu się w pupę. Myślał o rozdzierającym pękaniu serca, kiedy widział tę samą dziewczynę całującą innego przyjaciela. Przypominał sobie kiedy niósł hostię za księdzem, jak ukradł tacie gazetę pornograficzną, kiedy po raz pierwszy wydobył ze struny dźwięk tłusty i lepki, pierwszą wódkę uderzającą mu do głowy tęczową, opalizującą fontanną. Cały chodnik zostawiany w tyle za przyjacielem pokryty był jego smutkami i radościami. Teraz zaś szedł zwarty i gotowy, z planem wariata telepiącym mu się między uszami i nie czuł nic. Nic. Zupełnie nic. Żadnego mrowienia w palcach, łaskotania w krzyżu, nieśmiałej erekcji. Odpowiednikiem nastroju przyjaciela były notowania giełdowe z ostatniego wtorku. - Będzie zwyżkować - mruknął do siebie i powlókł się dalej.

A oni siedzieli zwarci, zbici, w masie twardej i ciemnej. Miękkołydcy intelektualiści omijali ich strumieniem bojaźliwie bystrym. Bo też wszystkie te okulary, długie smukłe palce i wystające obojczyki nijak się miały do twardych pięści, krótkiej połyskliwej szczeciny i tłustych oczu. Od razu widać było kto tu jest na górze, a kto od niej spieprza: z jednej strony umierająca kultura, dekadencka jak konający Rzym, a z drugiej strony barbarzyńcy u bram, zamiast pochodni trzy paski. Wzięli się tutaj z fatalnej pomyłki kontynentów, kręcących się w kółko bez żenady w najbardziej głupich kierunkach. I jak cieśninę Beringa można w szczególnie surowe zimy przebiec truchtem po kruchym lodzie, tak oni weszli i usiedli, a tłum rozstąpił się przed nimi. Usiedli w kącie. Smród machorki zepsuł aromat drogich i szlachetnych papierosów. Poszło w tłum parę gęstych dowcipów ociekających kurwą i cipą, a tłum rozstąpił się jeszcze bardziej. Skazany, Kochanek i Fikołek pochylili się nad szklankami przy najbardziej oddalonym stoliku, plecami do tej której imienia nie wymieniono. - Coś się popsuło. - zauważyła blada fikołek - nie powinni tutaj przychodzić. - Fakt, z towarzystwem coś się popsuło Chyba ci goście coś poważnie pomylili. - Ten taki duży, który siedzi obok chińskiej promocji, podobno jest naprawdę ...Duży. Przyjaciel zdaje się coś od niego chciał - próbował sobie przypomnieć Wirtual. - Goście zdecydowanie sobie coś pomylili, ale będę ostatnim który im to powie - Skazany pochylił się nad stolikiem - duszę się już od tej machorki. Obok nich przeszedł smukły intelektualista trzymający się za krwawiący nos, w ręce trzymał rozbite okulary. - Ty, spójrz, Janka pobili - zapalił się kochanek - Jak mogli pobić Janka? Janka nie można bić, Janek jest nasz. - No, mówiąc szczerze... - Co? - Nigdy go specjalnie nie lubiłem. - Skazany ważył długo słowa - może lepiej że ktoś mu wreszcie wytłumaczył. - Co wytłumaczył? - Że go nigdy specjalnie nie lubiłem Fikołek pociągnęła sprawiedliwy łuk pomarańczowego mętnego i wzięła głęboki oddech, bo to co miała powiedzieć było ze wszech miar ważne. - Tu zupełnie nie o to chodzi Skazany przez mordę na Sławę, niech ci nazwa lekką będzie. Chodzi o to, że my mamy tutaj rolę do spełnienia, ciążą niczym niechciana ciąża na nas pewne, jak by to, obowiązki. Odpowiedzialność. Odpowiedzialność na nas też ciąży. Mamy słabe, anemiczne członki, ale szybkie, rzutkie skojarzenia i puentę, i dowcip, i bon-mot. I przez ten kontrast, przez to zestawienie, nas właśnie, nas... - Co nas? - zainteresował się kochanek. - Nas bić nie wolno. - dokończyła dobitnie fikołek. - bo my się bić nie umiemy. Ostatnia partia pomarańczowego spotkała wszystko co fikołek wypiła jeszcze tego wieczora i fikołek złapała jazdę. - Ty spójrz na nią jaka fajna dziewczyna. -kochanek spojrzał w kąt ciemny i fatalny. W kącie na lewo od pulsującej na ramieniu żyły, obok śmierdzącej wodą "brutal" pachy, w refleksie odbitym od łysej czaszki siedziała chińska promocja. Odwrócona lepszym profilem, bawiła się kasztanowym ( dzisiaj ) lokiem swoich włosów. Profil (lepszy) miała zaskakująco regularny, oczy stały w pół drogi pomiędzy ciepłym wiosennym zachodem słońca a Milesem Davisem w najlepszej formie. Szmaragdowe paznokcie wnosiły lekko drapieżny, koci akcent,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Rozejść się po łokciach (7) — czytnik · opowiadania