Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 14 min czytania

Rozkaz Pułkownika

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W samochodzie siedziało czterech mężczyzn. Dwóch siedziało z przodu, a dwóch na tyle. Pojazd dotarł właśnie do miasteczka Głogówka. Czterdziestoletni, potężny mężczyzna w marynarce z krawatem zarządził postój na rynku. Kierowca skinął głową i zaparkował samochód obok ratusza. Wszyscy mężczyźni wysiedli. Każdy nosił garnitur albo marynarkę i krawat. Na oczach mieli ciemne okulary. Jeden z nich, ten który zarządził postój, zaczął kaszleć. Widząc to jeden z mężczyzn spytał szeptem: Panie podpułkowniku, dobrze się pan czuje? Nie, kapralu – odparł mężczyzna nazwany podpułkownikiem. - Wszystko ze mną dobrze. Chcę tylko chwilę przejść się po Głogówku, takie piękne to miasto.... Proszę pana, przecież Królowe niedaleko – wtrącił trzeci mężczyzna. Mamy dużo czasu, major spodziewa się nas jutro – odparł podpułkownik. - Możemy chyba chwilę pozwiedzać to miasteczko. Nie znasz jego historii, "Borsuku"? Nie – powiedział "Borsuk". - Nie znam. Moim zdaniem to zwyczajne, spokojne miasteczko, gdzie nic nie ma! Więc dowiedz się, że miasto było przez jakiś czas stolicą Polski! - powiedział podporucznik. - Działo się to podczas Potopu Szwedzkiego. Król z najważniejszymi magnatami schronił się w tutejszym zamku. A gdzie król, tam stolica. "Borsuk" już nic nie powiedział. Mężczyźni szli przez rynek. Było po południu, około siedemnastej trzydzieści. Po mieście chodziło niewielu ludzi. Podpułkownik opowiadał towarzyszom historię miasta i regionu. Po chwili doszli do zamku. Był to duży pałac o kształcie podkowy z jedną dużą wieżą i kilkoma niewielkimi wieżyczkami. Na dziedziniec prowadziła brama z herbem Oppersdorffów – rodziny szlacheckiej, do której dawniej należał Głogówek. Gościem na zamku był niegdyś Beethoven. Niestety, budowla była zamknięta dla wszystkich, więc mężczyźni tylko chwilę na nią popatrzyli i poszli dalej. Przechodzili obok baszty miejskiej i zagłębili się w park zamkowy. Stał tam pomnik Armii Czerwonej. Podpułkownik zacisnął pięści ze złości. Coś takiego! Ludzie budują pomniki ku chwale ich morderców. Armia Czerwona wyrządziła wiele zła Polsce, a tu jeszcze powstają jej pomniki! Wściekły oficer minął pomnik. Minęło piętnaście minut i towarzysze wyszli z parku i skierowali się do dużego kościoła. Akurat odbywała się w nim msza, więc zostali na niej. Później poszli do klasztoru Franciszkanów, obejrzeli go i wrócili na rynek. Już mieli z powrotem wsiąść do samochodu, podpułkownik zdjął ciemne okulary, kiedy ktoś krzyknął: Podpułkownik! Podpułkownik Olechnowicz! "Pohorecki"! Mężczyźni natychmiast odwrócili się w stronę, skąd dobiegał krzyk. To krzyczała jakaś kobieta - brzydka, piegowata dwudziestolatka z rudymi warkoczykami. Na szczęście nikt jej chyba nie słyszał, po rynku nie kręcili się już ludzie, było przed ósmą. Podpułkownik szybko kazał mężczyznom wsiąść do samochodu, a sam podszedł powoli do krzyczącej kobiety i spytał: Co pani mówiła? Pułkownik "Pohorecki"?. Gdzie on jest? Wezwać milicję! Co?! - oburzyła się kobieta. - Pan to nie "Pohorecki"? O, przepraszam. W gazecie było zdjęcie tego draba, mordercy, zbira! Był o nim artykuł! Bardzo przepraszam, pan jest do niego podobny. Ma pani może tą gazetę? Nie znam tego pułkownika, chcę sprawdzić czy jestem do niego podobny i poczytać o nim. Ależ tak! - kobieta wyjęła z torebki gazetę. - Jeszcze raz przepraszam. Do widzenia. - Do widzenia – odparł podpułkownik i wziął od kobiety gazetę. Następnie wsiadł do samochodu. Dobrze sobie pan poradził! - pochwalił go kapral. Naprawdę dobrze – powiedział inny mężczyzna, z bródką i wąsem. - Dziękuję, chłopaki! - odparł podpułkownik. - Trzeba sobie radzić. Poczytajcie sobie co o nas piszą komuchy! Samochód ruszył. Kierował "Borsuk". Kapral i brodacz zaczęli czytać gazetę. Aż parsknęli z oburzenia. Artykuł zawierał niesamowite kłamstwa. Komuniści napisali straszne rzeczy o podpułkowniku. Podpułkownikiem był zaś Antoni Olechnowicz "Pohorecki" komendant okręgu Wileńskiego AK. Pojazd minął wioskę Tomice, potem Szonów. "Pohorecki" wyglądał przez okna, okolica była ładna, po łąkach chodziły bociany. Wsie zaś były małe i brzydkie, gospodarstwa były okropne. Wprawdzie jeszcze dwa lata temu były to Niemcy. Miasteczko Głubczyce, położone niedaleko stąd, dotąd nazywało się Leobschutz i mieszkali tam sami Niemcy. Teraz jednak ta piękna ziemia trafiła do Polski. Samochód dojechał do Klisina. Ta wioska była zdecydowanie większa i ładniejsza od wcześniejszych. W jej centrum królował duży kościół z wysoką wieżą i pałac położony w niewielkim parku, niestety zruinowany. Za Klisinem droga się rozszerzyła. Tuż obok były Kietlice – zupełne przeciwieństwo Klisina. Wieś była mała i brzydka, kościółek dość ładny, ale bardzo mały, ze śmieszną wieżyczką z spiczastym dachem. W Kietlicach skręcili w poboczną drogę prowadzącą do lasu. Droga biegła ostro w dół i była niebezpieczna. Przejechali przez wieś Biernatów i po chwili znaleźli się w Lisięcicach – dużej wsi z posterunkiem MO. Zatrzymali samochód przed starym kościołem, wyjęli plecaki z bagażnika i ruszyli w stronę polnej drogi wychodzącej ze wsi. Szli polem jakieś dwadzieścia minut, aż znaleźli się w ładnej dolince. W tej dolince znajdował się stary młyn z wysokim kominem, był położony nad stawami. Obok płynęła rzeczka i pasły się konie oraz krowy. Ciut dalej stał gęsty las. Jesteśmy na miejscu! - powiedział z dumą "Pohorecki". - To młyn w Królowych... Siedziba majora "Łupaszki"! - dopowiedział brodacz. Mężczyźni zeszli w dół dolinki i zbliżyli się do młyna. Na ławce siedział przed nim młody mężczyzna, lat około dwudziestu z miłą, chłopięcą twarzą i krótkimi, brązowymi włosami. Na widok pułkownika i jego ludzi wstał i wyciągnął rewolwer. Stać! Kto idzie?! - krzyknął. Spokojnie, chłopcze! - odpowiedział "Pohorecki". - Idą swoi. Idź zawiadomić majora, że przybył szef. Pan pułkownik "Pohorecki"? - zdziwił się młodzieniec. - Miał pan przyjechać jutro! Już biegnę po majora. Mężczyźni położyli plecaki na ławce i czekali. Z młyna wyszedł wysoki mężczyzna, brunet z wąsem i srogą twarzą. Na widok podpułkownika stanął, wysrożył twarz, chwycił karabin, wycelował w niego. Podpułkownik cofnął się, a wtedy brunet zaśmiał się, oddał karabin młodzieńcowi, podbiegł do "Pohoreckiego" i uściskał go serdecznie. Antoś! - krzyknął. - Jak tam? Zygmunt! - odpowiedział podpułkownik. - Dobrze ci się wiedzie?! Dobrze – odparł Zygmunt. - Przyjechałeś przed czasem, jak zawsze! Nie miałeś kłopotów po drodze? Tylko w Głogówku małe nieporozumienie. A tak to dobrze. Natychmiast każę "Lali" przygotować kolację! - powiedział Zygmunt. Nie musi pan, panie majorze. - "Pohorecki" nasrożył się. - Sami sobie zrobimy! Nie potrzebujemy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Rozkaz Pułkownika — czytnik · opowiadania