Filozofia · 11 min czytania
Rozmowa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To był jeden z tych dni, kiedy ma się ochotę wysadzić w powietrze cały świat, a w najlepszym wypadku schować się do mysiej dziury. Bywa, że od momentu przebudzenia napotyka człowiek serię pechowych incydentów, mniejszych lub większych złośliwości losu. Taka czarna data jest najgorszym z możliwych terminów na wizytę u fryzjera. (Zasadniczo, rzadko się zdarza termin odpowiedni na wizytę u fryzjera, choć to raczej cecha przypisana tej grupie zawodowej. Znacie kogoś, kto bywa zadowolony opuszczając miejsce narodzin niemiłych niespodzianek zwane powszechnie salonem fryzjerskim?) Niepomna przykrych doświadczeń po raz kolejny dałam się zwieść podszeptom gorszej części mojej osobowości i znów spędziłam godziny na opłakiwaniu utraconych włosów. Na szczęście dzień miał się ku końcowi. Zaszywszy się w pokoju z interesującą książką w ręce zdołałam odzyskać coś, co od biedy mogłoby zostać nazwane równowagą ducha. Z radia sączyła się cicha muzyka i wyglądało na to, ze nikt nie ma zamiaru zakłócać niemal błogiego spokoju. Przez uchylone drzwi do sypialni wślizgnął się czarny kot, delikatnie stukając łapkami po wykładzinie. Mimo, że mój wzrok wciąż przesuwał się po zbiorach czarnych liter logicznie uszeregowanych, tworzących sylaby, słowa i zdania, myśli wędrowały w różnych kierunkach. Z pozaziemskiego świata moich rozważań wyrwał mnie cichy, niski, przyjemny dla ucha głos: - Nie jest tak źle. Zdziwiona rozejrzałam się po pokoju. Poza kotem, który siedząc na biurku wlepiał we mnie wydłużone źrenice otoczone zielonymi talerzami tęczówek, nie było nikogo. Lekko zaniepokojona o stan mojego umysłu powróciłam do lektury. -Nie udawaj, że nie słyszysz. – Głos nabrał kpiącego tonu. Zamknęłam książkę i powoli podniosłam wzrok. Kot o lśniącej sierści stał teraz naprzeciw mnie, na skraju blatu i nadal wymownie spoglądał. Zastygłam bez ruchu. I trwaliśmy tak, niczym żywy obraz: ja i kot, kot i ja. Po chwili wzajemnej obserwacji on usiadł i z nonszalancką miną rzekł: - Fryzura. Nie jest taka zła. Naprawdę, bywało gorzej. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Usiłowałam sprawdzić czy nie śpię. Tradycyjny test szczypania miał wynik negatywny. Nadal oszołomiona nie byłam w stanie wydusić słowa. - No i co się tak gapisz? Powiedzże coś!- upomniał mnie kot i zaczął lizać prawą łapę. - Maciek, ty mówisz? – spytałam inteligentnie. - No pewnie, że mówię. Przecież słyszysz. A swoją drogą, kto dał mi takie kretyńskie imię? Ja rozumie Garfield, albo, chociaż Pimpek. Ale Maciek? - Ale dziś nie Wigilia.- zauważyłam ni w pięć ni w dziewięć. - Spostrzegawcza to ty jesteś, nie ma, co.-Zadrwił – pewnie, że nie Wigilia. Środek lata, a ty byś Wigilie chciała? - Kocie, ja wcale bym nie chciała żadnej Wigilii. Ja bym tylko chciała zrozumieć, co tu się dzieje. - Ho, ho… a nie za wiele byś chciała? Ty myślisz, że możesz wszystko zrozumieć, wszystko pojąć? – spytał okręcając się ogonem. - A nie mogę? Jest coś, co ty potrafisz ogarnąć swoim kocim rozumkiem, a ja niby nie? A kto tu jest homo sapiens? – muszę przyznać, że własny zwierzak zaczynał mnie irytować. Ta jego pewność siebie… - Na Bastet, mniemanie o sobie to ty masz… no całkiem spore. Jak taka myśląca z ciebie istota to z pewnością sama dojdziesz do tego co się dzieje. Ja już nic nie będę mówić. – to rzekłszy przyjął pozycje egipskiego Sfinksa i patrzył na mnie wyczekująco. Nie mogąc oderwać oczu od zwierzaka, byłam jak pogrążona w letargu. Do głowy nie przychodziło mi żadne wyjaśnienie nietypowej sytuacji. W moim umyśle zatrzepotała jedna tylko myśl, którą bez chwili wahania podzieliłam się z Maćkiem. - No tak, ja zwariowałam. Urojenia mam. Schizofrenia. A ty jesteś zwykłym kocurem, który nic i do nikogo nie mówi. Najwyżej do innych, podobnych sobie, wyliniałych stworzeń. - No, no, ty weź mnie nie obrażaj. Mojemu futerku nie można nic zarzucić w przeciwieństwie do twojej inteligencji. I nie jestem żadnym urojeniem, ani wytworem twojej, trzeba przyznać trochę chorej, wyobraźni. - Jak to nie? Przecież koty nie mówią. Najwyżej miauczą, czasem mruczą, ale nie mówią! Nie chcesz mi chyba wmówić, że tak nagle, ni z tego ni z owego, nauczyłeś się ludzkiej mowy?- zapytałam sarkastycznie. - Słuchaj no, a nie przyszło ci do głowy, że my mówimy zawsze, tylko wy nie potraficie słuchać? I w tym właśnie momencie, ni z tego ni z owego, ty dziwnym sposobem spróbowałaś no i się udało? – rzucił kot niemal napastliwym tonem. - Przecież ja nic nie robiłam. Nic nie próbowałam. I niby jak to możliwe? Tak nagle, bez powodu usłyszeć kota… - Widać nie twoja rzecz wiedzieć, co i jak.-Przerwał mi – A powód może i jest… - Jak jest, to mów, jaki! – Trochę niegrzecznie pospieszyłam zwierzaka jednocześnie przybliżając się do niego. - Ech, tak to z wami jest… - westchnął zrezygnowany – wszystko chcecie wiedzieć, nawet to, czego nie musicie. I ten cały pośpiech. A później się dziwicie, że nie słyszycie… Nawet samych siebie nie słuchacie… - Czy ty, aby nie zmieniasz tematu? Miałeś mi coś wyjaśnić…-przynagliłam. - I znowu… No widzisz, po prostu miałem ochotę na intelektualną rozmowę. A myślę, że jak się trochę postarasz, to da się z tobą konkretnie pogadać. - Ochotę na rozmowę, powiadasz? A skąd ta pewność, że cię…