Komedia · 7 min czytania
Rozmowa kwalifikacyjna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak już wiecie, życie pisze najlepsze scenariusze, a więc pokrótce opowiem Wam, jak to się dziś wybrałam na rozmowę w sprawie pracy. Zakładowe "INICJAŁY" zostały zmienione na potrzeby owego filmu, każda zbieżność z rzeczywistymi jest zupełnie przypadkowa. Jednakże w razie wątpliwości zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą (albo inną, niedorzeczną osobą... instytucją) gdyż każda literka niewłaściwie stosowana może (ale nie musi) zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu!
Tytuł: "Rozmowa kwalifikacyjna" jest już zajęty, więc pozostaje powyższy. :SAD:
Dziś wybrałam się na rozmowę sprawie pracy i owszem - odbyłam ją, ale jakaż to była rozmowa?! No ja PIER... takiej jeszcze nie miałam (a dużo w życiu przeżyłam, widziałam, "prześmiałam").
A więc...!
Wsiadam do autobusu i JADĘ na... drugi koniec miasta, a właściwie to poza miasto. Czas "trwania" - ponad godzina, ale pal licho. Jadę i mulę, mulę i jadę, końcu, przy akompaniamencie narzekań osób starszych (i nie tylko) na DOSŁOWNIE WSZYSTKO i kisząc się jak ogór w słoiku, dojechałam. Wysiadam na jakimś zadupiu. Najpierw 309 tysięcy przecznic (pojechałam przystanek za daleko i zatoczyłam koło, bo przecież nie mam nic lepszego do roboty) i gdzie ja, do cholery, jestem?! Idę, i idę, i idę i widzę... budynek (O MAMO, CYWILIZACJA!!!), a w budynku... kanciapie... kurcze, w portierni, do cholery - dwie baby (banan, trzy jabłka, cztery kanapki, dwie kawy i coś tam jeszcze) - tak się przepracowywać to grzech. A zresztą, mam to w dupie, niech se żrą!! Staję w progu i pytam: - Gdzieś tu przyjmują do pracy do pakowania, widzą panie może, gdzie? No to baby... baba... jedna: - A do której firmy? Więc się spowiadam: - Do "PD". - Na pakowanie? - Tak. "A może ona chce tam, a może tam...? Ale nie, na pewno tam, tam też biorą, to ta pewno tam..." - rozpoczyna się iście błyskotliwa, bardzo praktyczna i jakże pomocna mi w tej chwili dyskusja, bo co one biedne...? Przecież nie powiedziałam im, jakiego zakładu szukam, więc skąd mogą wiedzieć? NO ŻESZ...! - Ale tu są trzy firmy, to na pewno na śrubki? - w końcu przestały mędrkować. "Tak, na śrubki, do "PD". - Ale na pewno do "PD"? Tu biorą też z tego i z owego, i z ch... wie jeszcze, jakiego, do pracy (znów mi podaje nazwy stu trzydziestu ośmiu zakładów, które są mi w tej chwili bardzo potrzebne) - może krzywo i ułomnie wyglądam, przytrzymana jakaś jestem, czy jak? A na zewnątrz, w pizdu, 800 stopni C, a ta pier... co jej ślina na język przyniesie (może te jabłka nie są pierwszej świeżości?). NO ŻESZ KUR.. JEGO W DUPĘ WYJ... MAĆ!!! TAK, "STARA TORBO" - przeżułam w myślach - do "PD", NIE ROZUMIESZ, BABO, PO POLSKU, CZY MAM WADĘ WYMOWY?!!!" - mało brakło, żebym jej tak wyjechała. No tępa jak powojenna siekiera, widać OSTREGO rżnięcia jej brak (do tego nie trzeba używać mózgu!). Pokierowała mnie (W KOŃCU) na jakiś pierdolnik - "Tam, pójdzie pani w prawo, taki DUŻY biurowiec, widać go stąd" - pokazuje paluchem, ale, kurwa, nic nie widać, bo zasłania go budynek. No i pięknie, kroczę więc, dygu, dygu, dyg! Wylazłam zza winkla (według sugestii wkurwiającego blond drogowskazu) i szukam DUŻEGO biurowca. Nie ma! Po lewej tylko dwupiętrowy, długi budynek z