Filozofia · 7 min czytania
Rozmowa przed snem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozmowa przed snem
Mowie wam, nie spałem dobrze. Zjadłem troche kiełbasy przysmażanej i popiłem to piwem i colą. Paliło mnie w żołądku, nie spałem dobrze. Na dodatek zachciało mi się sikać w momencie gdy już prawie przekroczyłem tą cienką granicę między jawą a snem. Nie zapalałem światła, nadziałem pampucie i poczłapałem do wc. Grzecznie umyłem ręce, wracałem do łóżka gdy dotarło do mnie że żołądek wciąż mnie troche pali. Doraźna pomoc to mleko, mleko jest w lodówce, lodówka w kuchni stoi. Udałem się więc w wiadomym kierunku. Zaświeciłem światło, przecieram oczy, kche kche, kaszłem sobie nieco. Nagle patrze, i widze jak środkiem kuchni sunie karaluch. A Feeee, jak ja nie lubie robactwa. Częściowo chociaż zadowolony że jestem w kapciach przymierzam się żeby prasnąć podeszwą szkodnika, gdy nagle usłyszałem cichy pisk: - Nie rób tego. „zwariowałem?” pomyślałem. - Kto do mnie mówi? – zapytałem z niedowierzaniem. Patrząc na karalucha który zatrzymał się i wlepiał we mnie swoje ślepia, jeśli w ogole jakieś miał czułem że czas zatrzymuje się. Patrzyłem na robaka poruszającego nerwowo czułkami i zastanawiałem się czy nie zjadłem czegos czasem podejrzanego wcześniej. - Ja mówie, co daje Ci prawo mnie zabijać? – zapytał robak. Stałem tak sobie przecierając oczy, patrzyłem w dół i zastanawiałem się co się dzieje. Stan umysłu rozespanego nie jest tym samym co znamy na jawie gdy jedziemy samochodem przez miasto, albo stoimy w kolejce po toto lotka, byłem w stanie zaakceptować dużo więcej. Po chwili poddałem się, podsunałem krzesło, pochylając się nad karaluchem rzekłem. - To moje mieszkanie, jestem władny uśmiercić tutaj każdego robala. - ty tak myślisz, nie jesteś władny odbierać życia nikomu, wielkośc nie daje władzy jeszcze” – odrzekł robak. - Kradniesz przeciez moje jedzenie, cholera te wszystkie okruszki które spadają, skórki od kiełbasy, kradniesz to wszystko, roznosisz choroby, nie można was tolerowac” – kontrowałem robaka. - A czy tobie się wydaje że mi nie zależy na tym aby przeżyć, niedługo będę miała młode, musimy mieć coś do jedzenia. - Nosz, cholera, zaraz cie rozdeptam, nie będziesz mi tu się zalegac w domu ścierwo jedne” – uniosłem się i dam głowe że już wtedy chciałem rozgnieść ten gadający dziw natury. „Cholera jeszcze będę miał dookoła siebie wszedzie dogadające karaluchy” pomyślałem. - Myslisz ze my nie chcemy zyc i rozmnażać się, tak samo jak ty, zyjesz sam ale na pewno musial istniec taki moment w którym chciałeś mieć potomstwo, i na pewno nie chciałbys aby ktos rozdeptal twoje dzieci” – odrzekl karaluch. - Z taka polemika trudno się nie zgodzić, nie mniej jednak cholera wiadomo jaka jest rzeczywistość, nikt nie chce mieć w domu robaka. – odparłem - Zastanów się przez chwilę, jesteś wierzący ? – zapytał karaluch „Wkraczamy na śliskie grunty” – pomyślałem. -Tak, jestem, a przynajmniej staram się być, przestrzegać systemu wartości. – powiedziałem Zaczałem huśtać się na krześle wahając wzrokiem to na lampe to na robaka na dole, tak sobie wspominam ten właśnie moment. Pomyślałem wtedy że to wszystko nie ma takiego dużego sensu jak wtedy gdy leży się na trawie, po głowie biega lekko piwo a noc będziesz spędzać z miłą panią. Tak, wtedy przyszłość i wszystko wygląda składniej. Siedząc w kuchni, gadając z robakiem, nie czułem się jak cześć otaczającego mnie świata, raczej jak biomasa. - Czy uważasz że wolno zabijać, co mówi twoja religia, co z miłosierdziem? – zapytał robal. - Tak to jest jedna strona…