rodzina · 10 min czytania
Rozmówki przy kuchennym blacie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZMÓWKI PRZY KUCHENNYM BLACIE
Ciach, ciach, ciach. Odsuwałem rytmicznie palce przed ostrzem noża. Prawie jak jeden z tych kulinarnych geniuszy na ekranie telewizora. Byłem z siebie dumny. Cebulka była załatwiona. Teraz ogórek, pomidor, przyda się też rzodkiewka. Sałata odsączała się w sitku. Czas oczekiwania można zabijać na różne sposoby. Także przy kuchennym blacie. Sposób równie dobry, jak każdy inny. Z głębi mieszkania doleciał jakiś rumor. Oczekiwanie dobiegło końca... Odetchnąłem. Nienawidzę czekania na nieuniknione. Strzeliłem sobie łyk kawusi. Łee... wystygła. Nie dość, że na czczo, to jeszcze zimna. Do kuchni weszła moja lepsza połowa. Bardzo zamaszyście. Dla dociekliwych pozostała do rozwiązania kwestia, gdzie spędziła noc. W zoo, czy po prostu na leśnej polanie. Z jednej strony włosy wskazywały na atak nietoperza, z drugiej coś najwyraźniej uwiło sobie w nich gniazdko. Nie należałem do dociekliwych. Już od dawna. Pod jednym z oczu pojawiło się coś sinego. To też ciekawe. Limo, czy pozostałość wyjściowych barw ozdobnych. A mówią, że te specyfiki robią teraz wodoodporne. Nie będę się mądrzył, nie znam się na tym. Tak jak i na kobietach. - Chryste, ale mi się chce pić... - wymamrotała przybyszka. - Też się cieszę, że cię widzę - Pełna kultura. Ogarnęła na sobie podomkę, zakręciła się wokół bez wyraźnego celu. Zajrzała do lodówki. Spojrzała krytycznie na moją partaninkę. Nalała sobie wody do szklanki, przy okazji zraszając obficie, moją odsączoną sałatę. Nic to. Wyschnie. Czekałem spokojnie na pierwszy etap. - Słuchaj, skocz do sklepu. Kup mi ćwiartkę. Uuu...Tym razem obeszło się bez próbnych baloników. Przypuściła atak bezpośredni. Sytuacja musiała być krytyczna. Odsunąłem sprzed oczu wielkie, mięsiste liście doniczkowej roślinki. Była tu potrzebna jak wrzód na dupie. Zabrałem się do dziabania rzodkiewki. - Dała ci Bozia nóżki? - Zobacz jak wyglądam, nie mogę tak wyjść na miasto. - Nie na miasto, tylko do sklepu na dole, poza tym przed paroma godzinami twój wygląd ci nie przeszkadzał. Pocierała nerwowo usta. Łyknęła wody, skrzywiła się z obrzydzeniem. Jasne, nie na takie płyny oczekiwał organizm. - To pójdziesz, czy nie? Spojrzałem na nią niechętnie. Co za upierdliwa baba...Poszedłem do lodówki. Wyjąłem musztardę. Dijon. Popatrzyłem po pustawych półkach kuchennej szafki. Nie było źle. Znalazłem bazylię, oregano, no i pieprz, rzecz jasna. Wróciłem na swoje miejsce delektując się pełną napięcia ciszą. Ciszą oczekiwania. Sypnąłem po łyżeczce przyniesionego dobra do michy i zaprawiłem solidną porcją musztardy. Polizałem łyżkę. Mocna. Dobra. Dołożyłem, co sobie będę żałował. - Nie. Szklanki zagrały na suszarce, poruszone falą uderzeniową, wzbudzoną przez zatrzaśnięte drzwi kuchni. Spokojnie. To dopiero pierwsza runda. Na ciąg dalszy nie będę musiał długo czekać. Nalałem trochę wody do miseczki. Mieszając zawzięcie złapałem łyk kawy. Wystygła zupełnie. O, już jest. Usiadła na taborecie. Wysupłała papierosa z paczki. Zaciągnęła się głęboko. Nie smakował jej. Spoglądała na mnie co i raz, machała nerwowo założoną na kolano nogą. Czekałem, z której mańki zaatakuje. - Wiesz co? Nie mogę już na ciebie patrzeć - Aha, czas na konkluzje estetyczne. - Popatrz sobie przez okno. - Rzygać mi się chce, jak widzę tę twoją świętą gębę. Posąg bez skazy. Myślałby kto... Wyciągnąłem z lodówki piersi. Kurze. Ładne były, duże. Za duże. Położyłem je na desce. Wziąłem nowiutki, błyszczący, ostry jak brzytwa, nóż do mięsa. Słoneczne światło pięknie zagrało na nierdzewnym ostrzu. Bez oporu rozcinał mięciutkie tkanki. Podobał mi się. Naprawdę dobry zakup. Razem z nim nabyłem zgrabniutki, mały tasaczek. Właściwie, nie wiem po co. Ostatecznie nie ćwiartowałem tu wołów. Wisiał sobie nad kuchenką i mrugał zalotnie. Z trudem oderwałem od niego wzrok. Pociąłem piersi na mniejsze kawałki. - Żebyś czasami potrafił coś z siebie wykrzesać. - Na przykład? - pracowicie oblepiałem mięso swoją marynatą. Cholerny kwiatek pchał mi liście w oczy. Mała ta kuchenka. To nie oranżeria, coś będę musiał zrobić z tym zielskiem. - Nie wiem. Coś. Nie mogę tu ciągle siedzieć, wyglądać przez okno, jak sobie tego życzysz. Jestem jeszcze młoda, chcę żyć! Chcę się bawić! Oddychać pełną piersią... - Może spróbujesz iść do jakiejś pracy? Gdyby spojrzenia mogły zabijać, leżałbym już pod stołem wijąc się w śmiertelnych skurczach. - To twoja jedyna propozycja? - Przyniosłabyś parę złotych, mógłbym więcej z siebie wykrzesać - mówiłem już do pustego stołka. Koniec rundy drugiej. Powróciła gdy zacząłem rozgrzewać na patelni oliwę. Extra virgin. A co! Jak szaleć to szaleć. Słyszałem jak zajmuje swoje miejsce. Napiąłem się cały. Cholera, tyle lat, a nadal brak mi luzu i dystansu. Nie mogłem się powstrzymać. - Gdzie byłaś tym razem? Roześmiała się, dość obrzydliwie. Wyczułem w jej rechocie sporą dawkę satysfakcji. Psiakrew, miałem już nigdy nie zadawać tego pytania. To było silniejsze ode mnie. - Co cię to obchodzi? - Trochę