Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 21 min czytania

Różowa znajomość

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Usiadł tam gdzie zwykle. Przedtem, tak jak zwykł, powiesił płaszcz na wieszaku, zamówił piwo. Wsparty jednym łokciem o oparcie krzesła, drugim o kant stołu, założywszy nogę na nogę, obserwował otoczenie. Jeszcze wszystkie stoliki nie były zajęte. Samo w sobie pomieszczenie spowijał półmrok. Tylko stojące na stolikach lampki z ozdobnymi kloszami oświetlały wymalowane twarze kobiet i uwydatniały zmarszczki mężczyzn. Owszem, jak się szło, dostrzegało się, gdzie się stąpa, ale już nie to, co dzieje się pod obrusami. Dlaczego tutaj, jak zwykle, przyszedł? Bo owa knajpa stała się ostatnim miejscem, które nie poddało się Internetowej modzie szukania „drugiej połowy”. Jakby trafiali tutaj ludzie z poprzedniej epoki – spotykało się wdowy, rozwódki, stare panny, które zorientowały się, że już mają (...) lat, kawalerów, rozwodników, wdowców… Singli, czarne płyty, stare/złote przeboje – poznać na żywo, bez mamiącej zmysły sztuczności zero-jedynkowego makijażu, osoby. Od czasu do czasu przewinie się i jakiś studencina, ale tylko w dni, kiedy jest karaoke albo występuje jakiś kabaret, np. „Starszych Panów”. Ogólnie, średnia wieku klientów nie spada poniżej czterdziestki. Czego tutaj szukał? - Było to pierwsze pytanie, które wraz z łykiem chłodnego piwa zalewało jego świadomość. Potem, niczym tratwa ratunkowa, wyłaniała się odpowiedź – tylko piwa – i rozbitek tonął, bo tratwa okazywała się być dziurawa. Jak zwykle zawiesił wzrok na portretowym zdjęciu uśmiechniętej Merlyn Monroe. Ponownie przy ustach pochylił kufel – „Twoje zdrowie!” – szepnął i połknął, co powiedział. Dopiero kiedy do jego uszu dobiegła melodia czarnej muzyki, wiecznego Jazzu, zorientował się, że dziesięć minut słuchał tylko pomruków, chichotek i szeptów ludzi w około. Spokojny fortepian z saksofonem, niczym dym haszyszu, uspakajał jego duszę. Tym razem, jak zwykle, jego oczy powędrowały w stronę wejścia. Mocno zacisnął powieki i, jak zwykle, wypowiedział cicho, ale wyraźnie, niczym zaklęcie – „wejdź”. Zaklęcia czasami działają. Na fali domniemanego mrozu – zima się nie udała, niestety – do knajpy wtoczyła się kolejna partia melancholijnego towarzystwa w wytartych płaszczach, z beznadzieją w oczach rozglądającego się za jak najbardziej ukrytym stolikiem.

Między nimi zamigotała różowa futrzana uszanka, z werwą zszarpnięta z fryzury koloru czekolady. Właścicielka niecodziennego nakrycia głowy siadła w kącie, zadziwiająco nie pasując do flegmy otoczenia. Akurat tego dnia, obudziwszy się jak zwykle o szóstej zero trzy stwierdziła, że jej życie nie ma sensu. Pijąc czarną kawę – jedyne, co znalazła w miarę pasującego na śniadanie - uważała już, że nigdy go nie miało. Walcząc z zacinającym się zamkiem wspominała z nostalgią swojego byłego, który doskonale sobie radził z tego typu problemami. Biegnąc na autobus doszła do wniosku, że może lepiej było się przemęczyć, urodzić temu łajdakowi jakieś dziecko i do końca życia mieć spokój z naprawami, przy okazji oszczędzając na rachunkach? Tłocząc się w ósemce uświadomiła sobie, że nie miała nic do gadania, bo to przecież ten idiota nie docenił jej wdzięków i odszedł do pięć lat starszej i dziesięć kilo puszystszej wdowy z trójką dzieci, która może i nie robiła „kariery” w zakładach przetwórstwa mięsnego, ale przynajmniej zawsze czekała z obiadem. Tak, kiedy myślała o tym kretynie, mózg jej się gotował pod różową czapeczką. Dojeżdżając do swojego zakładu pracy, zakładając biały fartuch i kalosze, a potem idąc do swojego biura, by dokładnie o ósmej rano zacząć nieustanną kontrolę jakości produkcji i produktów, była już pewna, że życie jej po prostu nie wyszło. I z tej okazji, kilka godzin później, weszła do nieznanego sobie lokalu, by urżnąć się jak świnia i zapomnieć o tym… degeneracie… który ją tak potwornie zdradził i nawet nie zadzwonił, żeby złożyć życzenia urodzinowe. Bo, niestety, imię sobie przyniosła z urodzinami. Mogło być gorzej. Tego samego dnia imieniny obchodzili Adolf, Dobiesław i Auksencjusz. Już z czworga złego lepszy ten Walenty.

Jak ja nie cierpię różowego koloru – pomyślał. Zawsze działał na niego jak mucho zol na muchy. Przyssał się zdenerwowany do kufla. – Merlin się ze mnie znalazł, jego mać… - Nie zdążył odstawić pustego naczynia na stół, gdy zamówił od przechodzącej obok kelnerki kolejne piwo. – Kim ona w ogóle jest? Pierwszy raz ją tu widzę – różowa uszanka rozpaliła płomyki wściekłości w jego oczach. Już chciał podejść do nieznajomej i ją wyprosić z tego miejsca, gdyż niczym puszczony cichaczem pod stołem bąk, zepsuła atmosferę. – Jeszcze to futerko, jakby pieprzonego pudelka miała na głowie. Co za debil wymyślił taką modę?! – Nie mógł oderwać oczu od nieznajomej. Bezceremonialnie walił palcami o blat. – Gdzie jest moje piwo? – Poziom zdenerwowania niedługo miał przekroczyć stan alarmujący… Nagle cud. Irytujące nakrycie głowy, niczym zardzewiały klosz, odkryło jednak coś, co okazało się być smakowitym, pięknie pachnącym daniem – włosy koloru czekolady. Bębnienie palców ustało. Serce już nie waliło jak młot o kowadło, tylko niczym skrzydła złotego smoka o powietrze – majestatycznie, mocno, a zarazem tak spokojnie. Wstrzymał oddech, zamknął oczy. Policzył do dziesięciu i wypuszczając powietrze spojrzał na świat z nowej perspektywy. W międzyczasie nieznajoma zajęła miejsce w kącie, niedaleko wejścia do toalety. Płaszcz powiesiła na wieszaku, a różową czapeczkę wsadziła chyba do rękawa. Kelnerka postawiła przed nim kufel. Wymamrotał „dziękuję” i szybko przyssał się do naczynia. Wytarł spod nosa piankę – muszę działać – pomyślał. Wyjął z kieszeni prochowca automatyczny ołówek i notes z kartkami w kratkę. Zawsze zapisywał w nim, co ma zrobić, jak i ciekawe zdania czy sentencje, które słyszy na ulicy. Wyrwał ostatnią stronę, trochę nierówno, ale co z tego i starając się nie bazgrać napisał – „Postawię Ci drinka, jak się ze mną prześpisz. Wszystkiego najlepszego, Damo dzisiejszej nocy. [podpisano] Morfeusz.” Nie zapisał numeru telefonu, e-maila czy jakiegokolwiek innego kontaktu. Zdawało mu się, że czuje jej aurę, wie, że od dzisiaj, do momentu aż się ujawni, będzie przychodziła codziennie albo ucieknie na zawsze. – Wóz albo przewóz – uśmiechnął się do złotego napoju, po czym przyjrzał się dnu naczynia. Ruszył w kierunku toalety. Kobieta tak była zajęta kontemplowaniem swojego ducha, że nawet go nie zauważyła, pomimo iż przelotnie na niego spojrzała. – Podobasz mi się – stwierdził i zręcznie, jak za młodych lat, wsadził do kieszeni jej płaszcza złożoną karteczkę.

Kiwała się nad entym kuflem, zastanawiając się, czemu tym razem nic jej nie bierze. Gdyby była pewna, że potem trafi do domu, zaryzykowałaby coś dużo mocniejszego. Stwierdziła, że równie dobrze może spędzić ten wieczór w najlepszym możliwym towarzystwie – swoim własnym – pijąc do telewizora. Wyjęła swoje imponujące nakrycie głowy i założyła płaszcz. Zapłaciwszy, wyszła z tego przybytku, obiecując sobie, że już nigdy, nigdy tu nie wróci. Przy drzwiach wejściowych do domu zanurzyła rękę w kieszeni, żeby wyjąć klucz. I wtedy jej palce natrafiły na karteczkę. „Ki diabeł?” pomyślała i uniosła ją do mdłego światła klatki schodowej. Przeczytała z niedowierzaniem. Co z cham, co za prostak! Za bardzo się szanowała, aby oddać się pierwszemu lepszemu pijusowi, który zaczepi ją w barze. Nawet, jeśli zaczepi w tak niekonwencjonalny sposób. „Dobrze, skoro tak, to tym bardziej moja noga nie postanie w tej spelunie” – z werwą otworzyła drzwi wejściowe i niepewnie usiadła przez telewizorem. Była naraz zdenerwowana i zdziwiona, że ktokolwiek mógł stosować taki naraz prosty i oryginalny sposób by wyrywać w barach panienki. Nawet, jeśli aktualnie nie była panienką. Z westchnieniem chwyciła za pilot. To miała być długa noc, urozmaicana jakimiś podrzędnymi filmami i niedużo lepszym trunkiem.

Ale szybko pije! – Pomyślał i sięgnął po czwarte piwo. On znał swoje możliwości. Czterdzieści osiem lat po tym padole ziemskim chodził, z czego co najmniej trzydzieści dwa lata pił. Życie go do tego zmusiło, otoczenie. Mimo wszystko był niezwykle zdolny. W podstawówce i liceum, kiedy pojawiał się na lekcjach, miał najwyższe oceny z matematyki, fizyki i innych „ścisłych” przedmiotów. Tylko historia i języki go drażniły i je zaliczał ledwo, ledwo. Studia przeminęły mu jak z bicza strzelił, nim się zorientował miał już trzydziestkę na karku i dwa doktoraty, z matematyki i fizyki. Habilitacja „zrobiła się sama”, objął katedrę na uczelni. Niby był wykształconym, ustatkowanym człowiekiem, jednak zawsze przedkładał piwo nad kobietę. Pewnego razu, mając czterdzieści sześć lat, w jednej z wielu uniwersyteckich łazienek, usłyszał regularnie powtarzający się delikatny jęk i mruczenie. Sapanie i jęknięcia. Wtedy, przemywając nad umywalką twarz, zrozumiał, że pomimo iż tyle dokonał, tak wiele stracił. Wieczorem, tego samego dnia, wracając, jak zwykle, piechotą do domu, zauważył szyld nad jednym z wejść, które do tej pory wydawały mu się zwyczajne, z napisem – „U Kota Behemota”. – Jak u Bułhakowa – pomyślał. Przekroczył próg i wkroczył do innego świata. – Dwa lata tutaj piwko sączę, ale takiego cuda jeszcze nie widziałem. Urżnie się jak dzika świnia, nie ważne, że na beczkę piwa dają dwa wiadra wody… - Kończył piąte piwo, gdy nieznajoma podniosła się, zachwiała, włożyła płaszcz i „martwego, farbowanego pudla” na głowę, po czym chwiejnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Długo się nie zastanawiał. Dopił piwo, wszak zostawić cokolwiek to grzech, rzucił pięćdziesiąt złotych na blat, niemalże wskoczył w prochowca i pobiegł w stronę wyjścia. – Lepiej będę cię pilnował, jeszcze sobie krzywdę zrobisz, a szkoda by było – i tak, idąc parędziesiąt kroków za nią, śledził ją pod drzwi mieszkania. Po drodze kobieta odwiedziła całodobowy sklep monopolowy, zaopatrzyła się w jakąś szklaną butelkę. Zdziwił się, że są u niego na osiedlu i to niedaleko jego domu, bo dwie klatki schodowe dalej. Wyczaił gdzie mieszka jego „ofiara”. – Tak, tak zrobi bóg poezji, a co mi tam? Wóz albo przewóz! – i popędził do całonocnej kwiaciarni. Zaopatrzył się w jednego żółtego tulipana z kokardką. Wsparty o drzwi do jej klatki schodowej, wyczytawszy na liście mieszkańców jej imię i nazwisko, napisał na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%