Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 23 min czytania

Rozwiązanie systemowe

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZWIĄZANIE SYSTEMOWE

Drgnął wyrwany z zamyślenia głuchym, metalicznym dźwiękiem. Pancerna osłona wielkiego, panoramicznego okna z niemal wyczuwalnym wysiłkiem zaczęła sunąć ku górze. Przez rosnącą lukę wdarł się do środka ostry blask słońca. Stało w zenicie. Jasność tężała z każdym centymetrem powiększającej się szczeliny Mortimer podniósł się ostrożnie z krzesła. Z niepokojem spojrzał w stronę ochroniarzy siedzących w narożnikach poczekalni. Zwrócili głowy w jego stronę. Mężczyzna uniósł dłonie w pokojowym geście. Chciał im dać do zrozumienia, że ma niewinne zamiary. Pragnął jedynie podejść do okna. Nie spostrzegł żadnej reakcji: ani dezaprobaty, ani zezwolenia. Cóż, co nie jest zakazane jest dozwolone. Stanął przed ogromną płaszczyzną szkła zanim płyta metalu dokończyła swą wędrówkę. Całym ciałem odczuwał wywołane przez mechanizmy wibracje. Wprawiały w lekkie drżenie nawet kolosalny monument miasta. Budynek dygotał niczym starzec zmuszony do wysiłku ponad nadwątlone wiekiem siły. Mortimer ujrzał strużki oleju płynące po szkle z nieszczelności siłowników, na głowę posypały mu się drobiny złuszczonego lakieru. Gmach sypał się mimo wysiłków armii konserwatorów. Mortimer uśmiechnął się gorzko. Przegrywali. Wojny z tym przeciwnikiem jeszcze nikt nie wygrał. Czas był niepokonanym gladiatorem. Mrużąc oczy wyjrzał na zewnątrz. Potworny mróz zaczął natychmiast malować na szybach. Okna nie były już tak szczelne jak niegdyś. Na szczęście ich ogrzewanie nadal działało i szybko zakończyło artystyczne zapędy natury. Nie zobaczył niczego, co mogłoby go zaskoczyć. Nieskazitelna płaszczyzna bieli ciągnęła się aż po horyzont, niezmienna w swej hipnotyzującej monotonii. Gdzieś na granicy pola widzenia rysowały się dwa niebosiężne groty bliźniaczych wieżowców-miast Pasa Równikowego. Tylko tu dało się jeszcze żyć. Ziemia nie po raz pierwszy zamieniła się w wielką śnieżkę, ale tym razem było jasne, że to ludzkość sama ściągnęła sobie na głowę kłopoty. Nie zwracając uwagi na oślepiający blask odbitego od powierzchni lodu światła słonecznego, Mortimer starał się z całych sił ujrzeć coś, co mogłoby urozmaicić przygnębiającą jednostajność. Nic z tego. Zapragnął popatrzeć na coś kolorowego, niezmiennie zaskoczony tym, jak bardzo ludzka percepcja nastawiona jest na widok zieleni. Odwrócił się w kierunku wielkich szklanych pojemników wypełnionych aeroponicznymi uprawami. Zastawiony był nimi każdy wolny skrawek miasta. Wszelki rodzaj żywności był na wagę złota. Jadalne zielsko uprawiano wszędzie, gdzie tylko możliwy był dostęp światła i doprowadzenie instalacji żywieniowych. Zbliżył twarz do szkła szklarni. Pomidory. Ekskluzywne frykasy. Nie dla takiego szaraka jak on. Nic dziwnego, że rosły właśnie tu, w pomieszczeniu o wzmocnionym nadzorze. Kradzieże żywności zdarzały się bezustannie. Popatrzył na bladawe owoce. Starania naukowców o jak największą wydajność nie szły w parze ze smakiem, ani urodą. Mortimer był wystarczająco stary by znać smak tych, rosnących jeszcze na powietrzu. Pomidor…Pożyteczne warzywo, ale… Chciałby jeszcze kiedyś zobaczyć prawdziwą różę. Pamiętał jak wyglądały. Chwilami wydawało mu się, że czuje ich zapach… W tym świecie nie było miejsca na uprawę czegoś, czego nie da się zjeść. Znów poczuł lekką wibrację. Szkło terrariów zawibrowało nerwowo. Mortimer wiedział co było tego powodem. Nadeszła pora karmienia. Ruszyły pompy tłoczące odżywki do upraw glonów w ogromnych szklarniach na dachu miasta. To była żywność dla plebsu. Potrzebowała tylko dziennego światła i czegoś dostarczającego minerałów. Tym czymś były głównie ścieki i odpadki. Krótko mówiąc…gówna. Gówniany koniec gównianej cywilizacji. Podobno jesteś tym co jesz…

Wezwanie przyszło kilka dni temu. Nie był zaskoczony. Spodziewał się go, a nawet gdyby zapomniał, Johnatan z pewnością by mu o tym fakcie przypomniał. Kochany synek… Siedział w swoim pokoju skulony pod kocem. Kocem… Tkanina wykonana z roślinnych włókien niewiele miała wspólnego z wełnianym pledem. Tak jak i cała jednorazowa odzież, nie dawał wiele ciepła. O bawełnie, skórach czy nawet syntetykach można było tylko pomarzyć. Ekran komunikatora rozjarzył się blaskiem wywołania. Mortimer odebrał połączenie bez entuzjazmu. - Witaj – twarzy syna też go nie wykazywała. - Dzień dobry synku – dosyć złośliwie zaakcentował ostatnie słowo, od pewnego czasu ich kontakty dalekie były od harmonii. Dokładnie rzecz biorąc od czasu powrotu potomka z Północnych Zagłębi. - Jutro mija termin. Dostałeś wezwanie? – mężczyzna na ekranie uciekł wzrokiem w bok. Nie on jeden tęsknił za starym dobrym telefonem, łącznością bez obrazu. - Odzywasz się tylko po to, żeby mi o tym przypomnieć? Cisza. Mortimer pokiwał głową. - Tak, dostałem. Zresztą doskonale pamiętałem o terminie. Myślisz, że będę próbował uciec? A może chciałbyś? – Mortimer poczuł nagłe zmęczenie. Cała ta sytuacja była nienormalna. – Otrzymałeś odpowiedź? Jego syn pociągnął po oszpeconej bliznami twarzy dłonią bez dwóch palców. - Dostałem. Oczywiście odmowną. - Mówiłem żebyś tam nie jechał? Co zyskałeś prócz odmrożeń? - Wiedziałem na co się decyduję. Nie wiedziałem tylko, że System postanowi zmienić w tym czasie przepisy - dwuletnia praca w położonych na terenach dawnej Europy i Syberii kopalniach, miała dawać pewne przywileje. Za harówkę w nieludzkich warunkach, w zimnie przekraczającym zdolność pojmowania, młody mężczyzna mógł się starać o pozwolenie na posiadanie dziecka. Mortimer opuścił głowę. - System ciągle coś zmienia. Odbiera nam kolejne prawa i przywileje – mruknął bardziej do siebie niż do syna. – Miałeś już dziecko. Chcesz znów próbować? Chcesz narażać siebie i Laurę na kolejny cios? Pierwsze dziecko Johnatna wykazywało poważne odchyłki genetyczne. Ciążę natychmiast przerwano. Mutacje zdarzały się coraz częściej, nie wiadomo czy z powodu wzmożonego promieniowania kosmicznego, czy może wsobnego rozmnażania. W każdym bądź razie zanotowanie takiego przypadku poważnie utrudniało uzyskanie kolejnego pozwolenia. - Chcę. I pozostaje mi tylko jedna szansa. Wiesz o tym? – Johnatan spojrzał ojcu twardo w oczy. Tym razem to Mortimer uciekł wzrokiem. - Wiem i nie każ mi zacząć żałować, że kiedyś dostałem takie pozwolenie…

Robot lekarski przesuwał się bez pośpiechu wzdłuż ciała mężczyzny. Mortimer drżał trochę z nerwów, a trochę z zimna, gdy dotykał go metal manipulatorów i skanerów automatu. Każdą przeprowadzaną operację mechaniczny lekarz potwierdzał przenikliwym piskiem. Za szklaną przegrodą operator urządzenia natychmiast reagował stawiając odpowiednie notatki w protokole badania. Mortimer leżał bardziej bezradny niż niemowlę, liczył tylko na to, że organizm jeszcze raz go nie zawiedzie. Spróbował spojrzeć w bok. Nie było to łatwe, został solidnie unieruchomiony na stole diagnostycznym. Biomedyczny automat natychmiast przerwał pracę. Drewniany głos zatrzeszczał ostrzegawczo z głośnika. - Nie ruszać się. Każda zmiana pozycji spowoduje konieczność powtórzenia procesu. Dalsze niestosowanie się do ostrzeżeń zostanie potraktowane jako odmowa współpracy i może pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje. - Dobra, dobra – mruknął pod nosem Mortimer. Chciał tylko zobaczyć co się dzieje w sąsiednim boksie. Położyli tam Stanleya. Pracowali razem wiele lat. Spotkał go w holu poczekalni. Nie wyglądał najlepiej. Nie był też dobrej myśli.

- Czuję, że tym razem mi się nie uda. - Daj spokój Stan. Udało ci się sześć razy, niby dlaczego teraz miałoby się coś zmienić - Mortimer nie był do końca szczery. Nigdy nie wiedział co powiedzieć w takich sytuacjach. - Nie oszukuj mnie Mort. Ja sam wiem najlepiej jak się czuję. Nie może się wiecznie udawać – nie mogło. Stanley miał już sześćdziesiąt sześć lat, był starszy od Mortimera.

Wyszedł z ulgą z aseptycznych pomieszczeń ośrodka medycznego. Mijał pospiesznie liczne drzwi sal transplantacyjnych. Starał się nawet nie patrzeć w ich stronę. Z ulgą dotarł z powrotem do holu. Usiadł na krześle otulając wokół nóg poły kusej koszuli w którą go ubrano przed badaniami. Szeleściła jak papier i pewnie z niego była zrobiona. Był pod nią goły i nie czuł się zbyt komfortowo. Miał nadzieję, że wkrótce oddadzą mu ubranie. Rozejrzał się. Stanley nie wyszedł z ośrodka.

Słońce bezlitośnie wydobywało na widok ukryte w sztucznym świetle objawy degradacji miasta. Śnieżnobiałe niegdyś ściany zszarzały, a po kątach coraz śmielej panoszyła się pleśń i grzyb. Metalowe ścianki pokrywały na złączach liszaje rdzy. Tak zawsze dzieje się w pełnych wilgoci, słabo wentylowanych pomieszczeniach. Mimo, iż wysłużona klimatyzacja pracowała pełną parą, wprawiając w drżenie mniej stabilne sprzęty, gdzieniegdzie po ścianach spływały strumyczki wody. Tak było w całym budynku, no może poza siedzibami patrycjatu i funkcjonariuszy Systemu. Mortimer powrócił do okna. Lubił zewnętrzny widok mimo jego złowieszczości i monotonii. Dla kogoś kto spędził całe życie w zamkniętych pomieszczeniach nawet on miał nieodparty urok. Przez chwilę zazdrościł Johnatanowi jego pobytu na dalekiej północy. Potem przypomniał sobie oszpeconą twarz syna i tęsknota trochę go opuściła. Zauważył na zewnątrz jakiś ruch. Z kompleksu ponurych budynków stojących w środku trójkąta tworzonego przez bliźniacze wieże miast, wyjechała kawalkada pojazdów. Ciężkie poduszkowce powoli zbliżały się do budynku ostrożnie omijając lodowe wykroty i śnieżne nawisy. Była to zmiana załogi stacji odbiorczej elektrowni solarnej, przesyłającej z orbity wiązką lasera energię na ziemię. Nie było innej możliwości zasilania miast. O podział mocy trwały wieczne targi pomiędzy trójką wież. Mortimer pomyślał, że charakter człowieka nie zmieni się w żadnej sytuacji. Konflikt czasami ocierał się o starcie zbrojne. Nie chciał myśleć, co stanie się gdy rozlecą się satelitarne elektrownie, rozsypią kosmiczne stacje lub ustanie możliwość wymiany ich załóg. Podejrzewał jednak, że to już nie będzie jego problem.

Mortimer otulił się jeszcze szczelniej namiastką koca. Ściany budynku trzęsły się pod naporem wichury w dzikim, fertycznym tańcu. Czuł jak smagana wiatrem wieża kołysze się. Nic dziwne-go. Znajdował się niemal osiemset metrów nad poziomem gruntu. Na szczęście nadbiegające po zachodzie słońca znad biegunów orkany traciły część swej potęgi po drodze, ale Mortimer był pewny, że w końcu zmogą ludzkie konstrukcje. Nie można wygrać z potęgą natury. To już wiedzieli. Komunikator ożył niemal natychmiast po rozłączeniu rozmowy z Johnatanem. Ekran śnieżył i tracił ostrość. Jak to stary grat. Nowego sprzętu było jak na lekarstwo i nie każdy mógł się starać o jego przydział. Na pewno nikt tak mało ważny jak Mort. Domyślał się kto to. Nie pomylił się. Dobrze wyglądała. - Witaj – odezwał się pierwszy. - Dzień dobry Mort. Świetnie się trzymasz – tego typu komplementy zwykł lekceważyć. Tyle, że ten wypłynął z ust Sary. - Jonathan rozmawiał z tobą? – zawsze była bezpośrednia. Aż do obrzydzenia. Pewnie również i dlatego nie byli już z sobą. - Jak ci z tym? - A jak myślisz? Poczekaj rok, a sama się dowiesz – Sara miała dopiero pięćdziesiąt dziewięć lat. - To nie było zabawne – nie miała już tak uprzejmego wyrazu twarzy. - I nie miało być. Przez chwilę się nie odzywała. Tylko przez chwilę. - Co masz zamiar z tym zrobić? Mortimer…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Rozwiązanie systemowe — czytnik · opowiadania