Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 38 min czytania

Rufus

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

DO EWENTUALNYCH CZYTELNIKÓW.

Nie lubię fantasy. Wszyscy jednak ten gatunek hołubią, czytają i… piszą. Też chciałbym być popularny i poczytny. Opowiadanie czysto fantasy przez pióro mi nie przejdzie, to wiem. Wymyśliłem sobie dużą historię dziejącą się w świecie równoległym, albo rzeczywistości alternatywnej. Jak kto woli. Niech nikt się nie doszukuje w niej prawdy historycznej, bo jej nie znajdzie. Tylko realia życia i walki są zapożyczone z rzeczywistości. Ma to być opowieść o prawdziwych mężczyznach, przewrotnych kobietach, paskudnych władcach i TAJEMNICY. To, czy będę ją kontynuował zależy w dużej mierze od Waszych opinii.

Chwile poprzedzające zmierzch przynoszą, albo uspokojenie natury, albo dziwne jej podekscytowanie. Tego dnia szara godzina nie zapowiadała nocnego odprężenia. Woda niosła ze sobą dalekie pohukiwanie rogów, jazgot piszczałek i natarczywy łomot bębnów. To nie było normalne. Hałaśliwe zazwyczaj wodne ptactwo zmilkło zalęknione, ustał też plusk rzucających się w nurt żab i wyskakujących z jego głębi, w poszukiwaniu zdobyczy, ryb. Działo się coś niecodziennego…

Nad brzegiem rzeki puszcza rosła nieprzebytą ścianą. Zwały próchna, butwiejących drzew, porośniętych kożuchem mchów i grzybów, sięgały dorosłemu mężczyźnie do pasa. Rozliczne strugi wpadające do nurtu zatrzymywały się w tych gnijących zawaliskach, tworzyły cuchnące moczary. Rzeka płynęła szeroko, acz leniwie, zamulona gnijącym od lat listowiem, zwalonymi pniami, rybią i zwierzęcą padliną. Po roztopach wlewała się głęboko w bór; tworzyła bajora grubo pokryte rzęsą, zawiłą sieć zatok i bocznych odnóg. Zanikała zupełnie granica między nurtem, a brzegiem. Woda wdzierała się w ląd, a ten niezliczonymi wyspami i mieliznami wpychał się w rzekę. Gdzieniegdzie, na wyniosłościach, można było znaleźć dogodny dostęp do wody, tu i ówdzie, przecinał ją piasek brodu. Tędy wędrowali kupcy, tędy też przechodziły wrogie armie. Miejsc tych, po obu stronach granicznego nurtu broniono i strzeżono, dzień i noc.

Marcus Sulpicius Rufus nie mógł wracać żadną z tych dróg. Nigdy zresztą nie miał takiego zamiaru. Prowadził swój oddział brodząc niemal po pas w cuchnącej, mętnej wodzie kolejnego z forsowanych rozlewisk. Tak właściwie, drogę wskazywał im barbarzyński przewodnik. Sami nigdy nie znaleźliby ukrytych wśród wodnych meandrów łodzi. Naciągnęli na głowy kaptury opończy, nie z powodu zimna, było wręcz za ciepło, ale dla ochrony przed bezlitośnie gryzącymi owadami. Rzuciły się na nich dzikimi falangami, gdy tylko zmącili zieloną toń bajora. Jedynie trójka skrepowanych brańców nie posiadała żadnej ochrony, a nie mogąc się nawet oganiać od napastników, była kąsana bez litości. - Marcusie, jesteś pewien tego dzikusa? – Aulus Valerius otarł pot z twarzy. Był zbudowany niczym Herkules i coraz większym trudem wyciągał nogi z grząskiej topieli. W końcu odrzucił na plecy kaptur. Czarne włosy, dla których połysku nazywany był Corvusem, czyli krukiem, oblepiły mu twarz, niczym po wyjściu z parowej łaźni. Odgarnął je do tyłu ruchem wywołującym nerwowe drżenie u niejednej dzierlatki. - Nigdy do tej pory nie zawiódł. – Marcus nie odwrócił się nawet w kierunku przyjaciela. Obserwował uważnie przedpole, choć wprawnemu obserwatorowi nie uszłyby uwagi jego nerwowe spojrzenia, rzucane w kierunku zachodzącego z wolna słońca. - Niewielka to pociecha. – Olbrzym musiał złapać się wierzbowej kępy, by wyrwać nogi z mętnej toni. - Możesz być pewny, że jeśli nas złapią, jego los będzie o stokroć gorszy od naszego. - Czyli? - Gdy będą z nas rwać pasy, obejdzie się bez sypania solą. - Ostrzysz swój dowcip wraz z klingą gladiusa? – Poczucie humoru Aulusa wyraźnie nie podlegało wspomnianej przez niego czynności. - Wcale mi nie do śmiechu. To błąd, że wybraliśmy się tutaj w czasie pełni. - Marcus spojrzał za siebie, na dwóch towarzyszących im kapłanów. Młodość dawno pozostawili za sobą i wędrówka po bagniskach wyraźnie dawała im się we znaki. Brnęli do przodu z coraz większym wysiłkiem. - Pomóżcie im! – głosem nie przyzwyczajonym do sprzeciwu warknął w kierunku trzech, ciągnących się na końcu grupy, legionistów. Żołnierze pospiesznie dobrnęli do starców i chwyciwszy ich pod ramiona pociągnęli do przodu; bez specjalnej zresztą subtelności. Cały czas rozglądali się nerwowo wokół. Nadciągający zmrok zaczął już zaciemniać słoneczne prześwity między drzewami i krzakami mokradeł. Przestrzeń jakby kurczyła się wokół uciekinierów, a za zapadającą szarówką czaił się budzący dreszcze niepokój. - Fulbercie! Daleko jeszcze? – Barbarzyńca odwrócił się na moment. Marcusa zaniepokoił wyraz jego twarzy. Była napięta, blada i spocona; gdyby go nie znał, stwierdziłby, że przewodnik jest bliski popadnięcia w panikę. - Już niedaleko panie, ale musimy się śpieszyć. Noc jest blisko. - To ci odkrycie – mruknął w przerwach między przekleństwami Aulus. - Nie możemy tu zostać po zmroku. - Nie raz walczyłem w nocy – Marcus wydał pogardliwie wargi. Tchórz, jak oni wszyscy. Potrafili atakować tylko z pułapki. - Dotąd walczyłeś z ludźmi, panie. – Fulbert nie wyjaśnił dziwnej odpowiedzi. Ruszył przed siebie z największą możliwą w tych warunkach szybkością. Marcus wymienił spojrzenie ze swoim najlepszym centurionem. Byli zatwardziałymi weteranami, ale nie na darmo ciągnęli ze sobą podstarzałego luperka i jeszcze bardziej niedołężnego, etruskiego haruspika. Ostatnie wydarzenia mówiły im, że w tej wojnie nie o wszystkim zadecyduje ostrze miecza. Co prawda Rufus w swym cynizmie niespecjalnie wierzył w ich możliwości, ale zazwyczaj nieustraszony, lecz zabobonny Aulus, patrzył na ich dziwaczne poczynania z nabożną czcią. Cóż dopiero prości legioniści. - Są! – Fulbert krzyknął z niekrytą ulgą i radością. Faktycznie. Między kępami oczeretów, ledwo widoczne, tkwiły dwa czółna. Rzucili się ku nim zapominając o zmęczeniu i trwodze. Pędzili rozbryzgując wodę, nie zważając na ostrożność i zachowywanie ciszy. Marcus zagryzł wargi ze złością. Nie był przyzwyczajony do takiej niesubordynacji. Podwładni brnęli w kierunku zbawczych czółen nie zważając na nic, co działo się wokół. A nie działo się nic dobrego… Nikt oprócz niego nie zwrócił uwagi, że Luna wysunęła już swoją twarz nad horyzont; zrobiła to niemal równocześnie z zachodzącym słońcem. Księżyc żniwiarzy, choć nie był to wrzesień. Nie było go jeszcze widać znad zwartej ściany puszczy, ale już prześwietlał ją upiornym, trupim blaskiem. Marcus zamarł bez ruchu. Coś usłyszał… Zrzucił z głowy kaptur. Wpatrywał się w las wciągając powietrze rozdętymi nozdrzami, niczym gończy pies. Gałązki młodych drzewek i krzewów porastających skraj zalanego boru w wielu punktach poruszyły się delikatnie. W tak bezwietrznym powietrzu nie mógł być to naturalny ruch roślinności. Prefekt nie miał wątpliwości. Pościg w końcu ich dopadł. Obejrzał się. Jego ludzie wyciągnęli już łodzie z gęstwiny i niemałym wysiłkiem próbowali je przez nią przepchnąć na otwartą wodę. Czujny Aulus napotkał wymowne spojrzenie dowódcy. Mimo protestów towarzyszy natychmiast przerwał pracę i pobrodził w jego kierunku. - Co się dzieje? - Jednak nas dognali. Na razie czają się w zaroślach. - No to nie obejdzie się bez bitki. - Olbrzym bezzwłocznie wyplątał z fałdów płaszcza swój miecz. O dziwo, świadomość nadchodzących kłopotów sprawiła mu wyraźną satysfakcję. Marcus spojrzał na broń z powątpiewaniem. - Nie wiem, czy akurat w tej sytuacji żelazo na wiele się zda. Centurion zerknął zaskoczony na twarz dowódcy, a potem powędrował wzrokiem za jego spojrzeniem. Zrozumiał. W przejmująco rozjaśnionych księżycowym blaskiem chaszczach, złowrogo połyskiwały niezliczone punkciki. Każdy, kto spędził wiele nocy w lasach i na stepach wiedział, że to oczy. Ślepia drapieżników. Tylko jakich i skąd ich, aż tyle? - Wilki? - Aulus zadał beznadziejnie retoryczne pytanie. - Chciałbyś. - Marcus wyglądał na mocno zaniepokojonego. To nie było u niego normalne. W tym samym momencie nocna tarcza wychynęła ponad wierzchołki drzew. W jednej chwili głuche dudnienie bębnów zostało zagłuszone przez posępne, rozdzierające zmysły wycie wydobywające się z dziesiątków, a może i setek gardzieli. Po momencie potępieńczy skowyt zaczął przeradzać się w pełne wściekłości warczenie. Jednocześnie ukryte dotąd w gęstwinie sylwetki zaczęły się z niej wyplątywać i wchodzić do wody. Nie było ich z tej odległości dokładnie widać, ale w ich ruchach kryło się coś, nie do końca... ludzkiego. Prefekt spojrzał szybko za siebie. Łodzie były już prawie wypchnięte na rzekę, ale pościg zbliżał się bardzo szybko. - Dawaj tu tego etruskiego szarlatana! - warknął do Aulusa. - To znaczy kogo? - Na bogów! To ma być primi ordines? Kto cię nim mianował? - Ty prefekcie. - Każdy popełnia w życiu błędy. Przyprowadź Casusę! Marcus odwrócił się w stronę nadchodzącego zagrożenia. Zrzucił z siebie krępującą ruchy opończę. Nie miał zbroi; nie założyli ich, by nie krępowały ruchów podczas wykonywanej misji. Zacisnął mocniej dłoń na rękojeści gladiusa. Zważył niezawodne do tej pory ostrze, skrzywił się; pomyślał, że dawno już nie czuł się tak bezradnym. Złowieszczy blask księżyca oświetlił twarz oszpeconą rozległymi bliznami po poparzeniach, wysrebrzył ognistorudą w świetle dnia barwę krótkich włosów. O uda zaczęły mu się obijać lekkie fale wzbudzone przez mrowie zbliżających się napastników. Prefekt obejrzał się zniecierpliwiony. Aulus ciągnął za sobą Casusę niemal unosząc go w powietrzu. - Rufusie! To gwałt! Jestem członkiem najwyższego kolegium kapłańskiego! – Starzec miał wytrzeszczone i rozbiegane z przerażenia oczy. Trząsł się nawet w żelaznym uścisku Aulusa. - Dawaj go tu! – Marcus przytrzymał kapłana niezbyt delikatnie postawionego przez centuriona. - Czas na twoje sztuczki. Przydaj się wreszcie na coś, starcze! - Co ty mówisz? Uciekajmy póki jeszcze jest to możliwe! – Luperk próbował zawrócić w stronę zbawczych łodzi. Marcus chwycił go za gardło. Kapłan zakrztusił się, bardziej ze strachu, niż podduszenia. - Tak myślisz? Spójrz! Nie zdążymy nawet wypłynąć na rzekę. – Prefekt obrócił siniejącą twarz Casusy w stronę nadchodzącej grozy. Prześladowcy byli już w odległości strzału z łuku. Widać było wyraźnie ich muskularne, włochate ciała, błysk wyszczerzonych we wściekłej furii, potężnych zębów. Luperk zwiotczał w uścisku. Marcus puścił go, wiedział, że starzec zrozumiał powagę sytuacji. Kapłan zrzucił tunikę. Pod spodem miał jedynie koźlą skórę opasującą lędźwia. Wyciągnął zza niej splot krótkich rzemieni i nóż. - Potrzebna jest ofiara, głupcze – spojrzał na dowódcę, tyleż z determinacją, co pogardą. Prefekt nie odpowiedział. Ruszył ku skupionym wokół łodzi ludziom. - Na co czekacie? Ruszać się! – ryknął wściekle. Wszyscy natychmiast wrócili do przerwanej pracy. Podszedł do jeńców. Oszacował ich krótkim spojrzeniem. Zdecydował. Chwycił za długi warkocz młodą brankę. Szarpnęła się przerażona, ale jej opór był daremny. Rufus powlókł ją za sobą nie zwracając uwagi na przeraźliwy krzyk. Przez chwilę zimnym wzrokiem popatrzył na luperka. Potem spojrzał w wytrzeszczone, jasne oczy kobiety. Tak naprawdę pewnie jeszcze nią nie była, nie przeżyła wielu wiosen. Ta była jej ostatnią. Z kamienną twarzą przeciągnął mieczem po jej gardle. Krew spłynęła niemal czarną strugą po szyi dziewczyny. Szarpnęła się jeden, jedyny raz i zwiotczała. - Masz swoją ofiarę, kapłanie. – Casusa może chciał coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie w oblicze oficera wystarczyło, by zachował swe komentarze dla siebie. Bez słowa zanurzył ostrze rytualnego noża we krwi. Dotknął nim swego czoła, głowy Marcusa i stojącego obok Aulusa. Szybko starł te ślady. Zaśmiał się opętańczym chichotem. Prefekt spojrzał z niedowierzaniem na swego centuriona. Olbrzym wyglądał na zupełnie oszołomionego, z nabożnym podziwem obserwował poczynania kapłana. Dowódca wzruszył ramionami. Zorientował się, że nadal trzyma w ręku włosy martwej dziewczyny. Puścił je. Ciało przez chwilę unosiło się na wodzie, by w końcu zniknąć w jej odmętach. Nie rozmyślał o niej. Nie takie rzeczy już widział i robił. Wypełniła swoją rolę. Każdy przychodzi na świat, by jakąś odegrać. Luperk zaczął dziki i dziwny taniec. Wywijał batogiem smagając wyimaginowane postacie. Zawodził wysokim głosem niezrozumiałe dla Rzymian inwokacje. Marcus nic z tego nie rozumiał. Etruski nawet dla niego był już kompletnie martwym językiem. Bardziej interesował go efekt tych działań. A był on niespodziewany. Sfora napastników stanęła jak wryta. Wojowniczy skowyt zamienił się w bolesny jęk. Zabrzmiał jak skarga potraktowanego batogiem psa. Włochate stwory stanęły, a potem zaczęły się cofać. Zawodząca litania luperka sięgnęła szczytu. Mimo swych lat poruszał się żwawo, na tyle, na ile pozwalała mu sięgająca pasa woda. Brodził w niej, w zapamiętaniu recytując niezrozumiałe strofy, wymachując w kierunku wilczych prześladowców batem. Zaskoczony Marcus patrzył, jak dzikie watahy cofają się do lasu. Ocknął się. Nie czas było na fascynację starożytnymi obrzędami. Ruszył w stronę łodzi. Po drodze trzepnął w głowę zahipnotyzowanego niemal Aulusa. Wielkolud drgnął wyrwany z transu. - Do łodzi!– Warknął krótko prefekt. Legioniści zdołali je już wypchnąć na głęboką wodę. Marcus szarpnął za ramię jednego z pozostałych jeńców. Był to stary mężczyzna z długimi, siwymi włosami i równie imponującą brodą. Wyglądał na druida lub żerca. Drugi z pozostałych był ledwo nastolatkiem. - Aulusie, bierz starego i dwóch ludzi. Pamiętaj o sygnale, gdy przepłyniesz środek nurtu. Dwie płonące strzały. - Nie zostawię cię tu! - To rozkaz! - Tak jest prefekcie! – Centurion już bez słowa wyznaczył dwóch legionistów i pociągnął jeńca za sobą. - Pamiętaj! Przynajmniej ten jeden musi pozostać przy życiu. Odpowiadasz za niego głową! Marcus nie oglądał się już na przyjaciela. Wiedział, że jego polecenie będą wykonane co do joty. Wrócił do luperka. - Dość już kapłanie. Starzec wyglądał na kompletnie wykończonego. Po skurczonej w bolesnym grymasie twarzy spływał pot. Ledwie trzymał się na nogach. Prefekt chwycił go wpół. Prawie siłą pociągnął za sobą. - Nie mamy dużo czasu – wyszeptał Casusa. – Nie utrzymam ich długo. - Dałeś nam go wystarczająco dużo. Ruszamy! Fulbert wciągnął osłabłego na pokład. Rufus rozejrzał się jeszcze wokoło, nim poszedł w ślady kompanów. Prześladowcy zatrzymali się na linii lasu. Nie odchodzili w jego głąb. Błyszczące punkty drapieżnych oczu wpatrywały się w napięciu w uciekinierów.

O żadnej innej porze roku rzeka nie była tak szeroka i bezdenna. Rozlała się, aż po horyzont. Przeciwległy brzeg rysował się w oddali wątłą kreską. Marcus chwycił wiosło. Razem z Fulbetem wparli je w dno rzeki. Czółno z wolna ruszyło przed siebie. Gdy wypłynęli na czysty nurt, oddał je legioniście. Podszedł do Casusy. Kapłan był śmiertelnie wyczerpany; drugi ze świętych mężów podpierał go ramieniem. - Odpowiesz za to prefekcie. Ofiary z ludzi są w Rzymie zakazane. - Czyżby? – Rufus obdarzył rozmówcę obojętnym spojrzeniem. – A kim jesteś ty i my wszyscy, jeśli nie ofiarnym bydłem? - O czym mówisz Marcusie? - Myślisz Larth, że imperator wierzył w nasz powrót z tej eskapady? Jesteśmy tylko pionkami w wielkiej grze. Gdybyśmy przepadli wyznaczyłby następnych. Ja jednak mam zamiar wrócić, więc milcz! - Przecież się udało. Spójrz – haruspik wskazał na oddalającą się linię brzegu. Wilcze hordy, choć widać było tylko ich niewyraźne cienie, stały bez ruchu wpatrując się w oddalające się łodzie. Rufus roześmiał się; rozciągnięte w grymasie rozbawienia blizny nadały jego twarzy wręcz upiorny wygląd. - Stary jesteś, a tak głupi. Woda nie powstrzyma tych psich synów. Szykuje się coś innego. To nie koniec, magiku. Jakby na zawołanie łajba zachybotała się gwałtownie. Marcus rozstawił szerzej nogi. Badawczo wpatrywał się w nurt rzeki. Woda była spokojna, nie marszczyła się nawet najmniejszą falą… Wiosłujący legionista zdążył wydać tylko urwany krzyk! Prefekt nawet nie zauważył, co wywlekło żołnierza za burtę. Rzucił się ku miejscu zniknięcia nieszczęśnika, ale zobaczył jedynie kotłującą się wodną kipiel. Cofnął się. Podniósł upuszczone wiosło. - Uwaga! – krzyknął. – Trzymajcie się środka łodzi. Razem z Fulbertem natarli ostro rudlami. Łódź Aulusa wyprzedzała ich znacznie; przekraczała już niemal połowę nurtu. Nie było w tym zresztą niczego dziwnego. Atleta osobiście popychał ją do przodu mocarnymi pociągnięciami. Nagle Marcus zobaczył u burty jego czółna wynurzającą się z wody pokraczną sylwetkę. Nie dostrzegał w nocnych ciemnościach szczegółów, ale istota wyglądała szkaradnie, miała przedziwnie cienkie odnóża i wielką, pokrytą splątanymi kudłami głowę. Chciał krzyknąć ostrzegawczo, gdy nagle usłyszał rozpaczliwy alarm na pokładzie własnej łodzi. Larth krzyknął cienkim, niczym u kastrata, głosem. Prefekt obrócił się błyskawicznie. Na krawędzi burty przycupnęło przedziwne stworzenie. Pokryte pomarszczoną, siną skórą, miało nienaturalnie długie, jakby rozmiękłe odnóża. Najgorsza była jednak twarz. Otoczona gęstym splotem zielonych, poruszających się niczym żywe stworzenia włosów, wytrzeszczała na pasażerów łodzi blade, pozbawione tęczówek i źrenic oczy. Były białe, niczym brzuchy śniętych ryb. Wywinęło wąskie wargi, ukazując szeregi cienkich, szpilkowatych zębów. Zanim Marcus zdążył zareagować potwór prawdziwie żabim skokiem runął na Fulberta. Przewodnik, zaskoczony gwałtownym atakiem, zdążył tylko jęknąć. Stwór zacisnął szczęki na jego gardle; zaczął go ciągnąć w kierunku burty. Marcus ciął szerokim, wyćwiczonym przez lata, ruchem. Szkaradna głowa stwora odpadła od reszty ciała, ale nie przestała zaciskać śmiertelnego chwytu. Fulbert nie miał szans. Przez chwilę spazmatycznie rzucał całym ciałem, po czym zamarł bez ruchu. Bezgłowy korpus poczwary wił się po dnie próbując wyszukać oślizłymi kończynami kolejną ofiarę. Jednocześnie ponad krawędź łodzi wychynęły głowy dwóch jego pobratymców. Rufus uderzył po zaciśniętych na deskach burty palcach. Obdarzone płazimi przylgami kończyny opadły na dno. Ohydne czerepy zniknęły na chwilę, by po jej minięciu ukazać się znowu. Brocząc czarną juchą okaleczone dłonie wciągnęły rozmiękłe ciała na pokład. Napastnicy wykrzywili twarze w parodii uśmiechu. Zaniosły się demonicznym chichotem. Nie wydawało się, by doznane obrażenia zrobiły na nich jakiekolwiek wrażenie. Marcus nie rezygnował. Nie bez powodu był uznanym fechmistrzem. Upiorne stwory nie miały żadnej możliwości uniknięcia zabójczych ciosów; tylko, czy te, rzeczywiście były zabójcze? W każdym bądź razie intruzi skowycząc zniknęli w wodzie. Rufus spojrzał za siebie. Zobaczył jak Aulus ciska przeciwnikami w czarne odmęty rzeki. Dwaj dodani mu legioniści stali dzielnie u jego boku, ale napastników wciąż

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%