Historia · 18 min czytania
RYBA OD OŚCI NADPSUTA?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
UMIARKOWANE POWSTANIE W GRANICACH PRAWA
Cz. II Ryba od ości nadpsuta?
Ryba jaka jest, każdy niby widzi, ale czy aby na pewno zawsze psuje się od głowy? Kiedy smętnie dyndające na haczyku historii Powstanie Listopadowe zdjąć z niego i przystąpić do patroszenia, wzrok pada na ości i od razu widać, że coś nie tak z nimi. I to nawet bardzo. O ile narzekania na rządowo-generalską głowę należą do tradycji, to zwykło się przechodzić do porządku nad tym, iż podchorążackie ości same być łbem mogły, lecz się nim nie stały.
Dlaczego? Czemuż to powstańcy nie zagarnęli władzy leżącej na tym samym bruku, na którym ścierali się nocą z rosyjskim żołdactwem? Jak to się stało, że zamiast ująć ster we własne ręce, szamotali się w tunelach ulic i na widowniach teatrów błagając dawno zepsutą już głowę, by łaskawie raczyła komenderować walką, której przecież była zagorzałym przeciwnikiem? Gdy podobnie postępują inicjatorzy ruchawek na Seszelach czy w Zanzibarze, parskamy śmiechem, ale wspominając Noc Listopadową - nie. Przez pamięć kajdan Łukasińskiego, odwagi (bo nie intelektu) Wysockiego i krwi zabitych pod Arsenałem - nie mamy ochoty na chichot. Tylko historia sobie złośliwie rechoce, a i to w kąciku, bo rzecz jest niestety beznadziejnie i tragicznie prosta: panowie spiskowcy spaprali robotę! I jeśli powstańcza ryba Wisłą przez ponad dziesięć miesięcy pływała mając głowę zdradą chorą, to nadpsuła się właśnie od ości! Ości bohaterskich, a jakże, i patriotycznych, lecz dyletanckich, gdyż głową zostać nie chciały pozwalając swym idolom ze „sfer” ogolić wąsy powstańczej ciotce, wąsy imponująco sumiaste.
Listopadowa tragedia omyłek zaczęła się jeszcze za Napoleona. Wbrew bajaniom sierot po Bonapartem, cesarza wcale tak u nas powszechnie nie wielbiono. Jak by Mickiewicz nie ponaciągał rzeczy w „Panu Tadeuszu” - „II wojna polska” roku 1812 była dla Koryskanina olbrzymim rozczarowaniem. Cesarz naiwnie uwierzył w możliwość zrywu na Litwie na wielkopolską skalę z roku 1806, a tymczasem napływ ochotników z zaboru rosyjskiego był ledwie symboliczny. Pojawił się też problem z aprowizacją Wielkiej Armii, gdyż książę Adam Czartoryski namówił miejscowych posesjonatów na wywóz żywności w głąb Rosji (przydała się potem Kozakom). Co by nie mówić - polska szlachta z ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego en masse stanęła po stronie rosyjskiej. Czy da się to wyczytać ze szkolnych podręczników? I dlaczego nie?
Motywacja „panów braci” była rozczulająco egoistyczna i banalnie przyziemna: car słusznie jawił się im ostoją społecznego status quo i basta. Broń Boże, nie chodziło o irracjonalną niechęć do niskich łysiejących brunetów, dziwacznego trzymania ręki za pazuchą, ani tym bardziej do śmiesznych kapeluszy. Po prostu - to Aleksandra I słusznie uznano za gwaranta intratnego dojenia chłopstwa po wsze czasy, a nie rzekomego rewolucjonistę, 'apokaliptyczną bestię 666” – Napoleona B. Kiedy się pomyśli, iż francuski sukces w 1812r. musiał przemienić Księstwo Warszawskie w niepodległą, aczkolwiek silnie uwiązaną do Paryża, Rzeczpospolitą, nóż się w kieszeni otwiera. Z drugiej strony, w myśl zasady „miej serce i patrzaj w serce” zakochanych wypada zrozumieć. Zakochanych bez pamięci.
Przeogromnej zaiste miłości polskich elit do cara nic nie mogło zachwiać, co nie powinno dziwić, gdyż Aleksander I był kochankiem wspaniałym, sławnym w całej Europie. A jaki piękny i młody! Jaki utalentowany! I aktor - pierwsza klasa! Napoleon to ostatnie dostrzegał bez pudła, Książę Pan Adam Czartoryski jakoś nie. Skąd u tak wybitnego statysty niemniej wybitna polityczna ślepota? Łojkowe tłumaczenie, iż biologicznym ojcem księcia był niesławnej pamięci ambasador Katarzyny II Riepnin, wydaje się strzałem obok tarczy. Czy wyjaśniają rzecz inne związki Adama Czartoryskiego z dworem carskim? Tkwiąc latami w Petersburgu książę ze zlikwidowanej Polski z reguły był na wozie (przyjaźń z następcą tronu), ale raz znalazł się pod nim z powodu żony infanta-przyjaciela. Uczynny Aleksander zachęcił ks. Adama do skorzystania z wdzięków swej ślubnej. W dziewięć miesięcy później dziecko przyszłej carycy urodziło się „dziwnie” podobne do Polaka i posiadanie copyright na noworodka kazało Księciu Panu wiać przed gniewem psychopaty cara-ojca, gdzie pieprz rośnie.
Część 22 / 2
Uprawy te nie znajdowały się widać daleko, gdyż kiedy już tylko Aleksander zaaranżował uduszenie swego tatusia, Czartoryski spokojnie powrócił, by przez dwa lata (1804-1806) dzierżyć tekę ministra spraw zagranicznych Rosji. Na stanowisku tym jeszcze skuteczniej mógł roztaczać przed polską szlachtą miraże rzekomej carskiej przychylności. Kulminacyjnym punktem tej komedii była wizyta Aleksandra I w Puławach i liczne - nazwijmy to oględnie - tańce z polskimi damami. Było pięknie, elegancko i radośnie. Nie wiadomo, czego pałętało się więcej po puławskich salonach - zakochanych w imperatorze Polek z wyższych sfer, czy rzucanych na lewo i prawo carskich obietnic odrodzenia Polski pod berłem Romanowów, m. in. kosztem Prus. Czar powinien prysnąć (a nie prysnął!!!), kiedy Aleksander pognał do Hohenzollerna, by związać się z nim sojuszem. W wianie dostarczył niemieckiemu koledze spis poddanej Berlinowi polskiej szlachty, z którą dopiero co „knuł o Polskę”. Kupę śmiechu mieli z tego moabiccy klawisze, ale jakoś nie ostudziło to serduszek towarzyszy Księcia Pana, ani jego samego. Czartoryski wprawdzie przestał być ministrem, ale nadal nadzieje pokładał w swym cynicznie wiarołomnym przyjacielu carze. Czemu mimo to uważa się Adama Jerzego za polityka wielkiego formatu - może kiedyś zrozumiem. W każdym razie - nawet już bez teki nadal gorliwie siał ziarno, z którego bujnie rosła nieodwzajemniona polska miłość do Aleksandra I. Jej robaczywymi owocami stały się późniejsze ponure listopadowe konsekwencje. Na marginesie - stosunkowo najmniej zakochanych w carze było wśród ubogiej szlachty pozbawionej praw politycznych Konstytucją 3 Maja, a pełniącej przecież obowiązki motoru napędowego wszystkich zrywów niepodległościowych przez cały wiek XIX!
Kiedy po napoleońskiej klęsce na polityczne szczyty Królestwa Kongresowego wdrapała się wielbiąca Aleksandra elita, o wiele łatwiej Czartoryskiemu hodowało się i szczepiło w umysłach maluczkich mit „rozszerzenia wewnętrznego”. Polegać ono miało na dołączeniu do ziem Królestwa Kongresowego terytoriów zaboru rosyjskiego i złączeniu ich pod berłem Romanowów.
Co ważne - twór taki nie miał być integralnie zrośnięty z Rosją, lecz rządzony podług wymuszonej przez Kongres Wiedeński konstytucji. Żyć narodowo, nie umierać - jak na ówczesne warunki, tym bardziej, że docelowo monarchą widziano nie samego cara, lecz kogoś z bocznej linii petersburskiej dynastii. O ileż to piękniejsza perspektywa, niż status prywatnego rancza Wielkiego Księcia Konstantego! Był tylko jeden szkopuł: w odróżnieniu od Warszawy w Petersburgu nikt nigdy sprawy tej poważnie nie traktował, a większości decydentów-Moskali nawet się o uszy nie obiła. Całe „rozszerzenie wewnętrzne”, choć zapisane w Traktacie Wiedeńskim, było bowiem w wielkiej mierze tworem imaginacji „tytana” naszej dyplomacji - Adama Jerzego Czartoryskiego. Jak na wielkiego polityka (nawet w opinii Łojka!) przystało, Książę Pan zbudował swe miraże na podstawie kilku zdań rzuconych mu mimochodem przez cara-przyjaciela, gdy ten mu się tłumaczył, dlaczego to odrywa od Księstwa Warszawskiego Galicję i Wielkopolskę. Romanow raczył się zastrzec, że „jeżeli coś oddaje, to natomiast 7 milionów nam dodaje [ludności polskiej zaboru rosyjskiego - JK]”.
I to wystarczyło, by uradowana nasza „gwiazda” (zapominając o losie przefrymarczonej do pruskich więzień szlachty), z godną lepszej sprawy skutecznością szczepić poczęła w głowach swoich adoratorów ideę „rozszerzenia wewnętrznego”. Rychło w fatamorganę uwierzyło całe już społeczeństwo. Nie dziwota, sacre bleu - skoro Jaśnie Książę ręczył!
„Rozszerzeniowe” złudzenia przez lat kilkanaście skutecznie odwodziły kongresowiaków od marzeń o pełnej niepodległości, od pragnienia całkowitego zerwania z caratem. I to nie przypadek, gdyż taki i tylko taki układ polityczny gwarantował społeczne status quo, a o to właśnie elitom chodziło, i jeśli nie tylko, to przede wszystkim. Nikt, tylko car posiadał odpowiednie narzędzia do trzymania za pysk radykałów, którym i jakaś niepodległość się roiła w gorących głowach i - apage satanas! - społeczne fanaberie.
O ile postawa establishmentu nie zaskakuje, to dziwić musi koncepcyjna mizeria spiskowa. Kiedy się zna skalę łamania przez Rosjan konstytucji Królestwa, szpiclowsko-policyjną wszechobecność oraz codzienną brutalność Konstantego - ciężko to zrozumieć, a wytłumaczyć da się tylko nadzieją na „rozszerzenie wewnętrzne”, której ziszczeniu niepodległościowe czyny mogły zaszkodzić. Gołym okiem widać, w czyim de facto interesie (nieważne, czy do końca świadomie) tłoczył Książę Pan (na fałszywej licencji Aleksandra) oliwę skutecznie uspokajającą wzburzone fale narodowych umysłów i studzącą głowy. Skuteczniej chyba niż obawa…