Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 17 min czytania

Rysa na szkle – Tom 1: Zwiędłe kwiaty (fr.3)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rysa na szkle - Zwiędłe kwiaty. tom 1 (fragment trzeci)

Marek położył się na ziemi, a szelest jego stroju maskującego brzmiał w tej ciszy jak skradający się drapieżnik. Wszyscy mieli na uszach profesjonalne słuchawki aktywne – system, który wyciszał huk strzału, ale pozwalał słyszeć każde słowo wypowiedziane szeptem. Gdy Marek zaczął meldować gotowość, Ania poczuła dreszcz. Jego głos w słuchawkach brzmiał inaczej – był głęboki, przesycony absolutnym spokojem i chłodną pewnością siebie. To był głos komandosa, który w pełni panuje nad sytuacją. Był w tym szepcie jakiś mroczny magnetyzm, coś pierwotnego, co mimo strachu, niesamowicie ją podniecało. — Cel namierzony. Pięćset metrów. Korekta na wiatr wprowadzona — szepnął Marek, a Ania aż przymknęła oczy, chłonąc brzmienie jego głosu. Obok dziewczyn stał monitor podłączony do kamery ustawionej bezpośrednio przy tarczach. Widziały na nim wyraźnie zarysowaną sylwetkę „celu”. — Strzelaj — rzucił krótko Michał. Marek wypuścił powietrze i na ułamek sekundy zamarł. PUM! Na ekranie monitora Ania zobaczyła to w zwolnionym tempie dzięki wysokiej czułości kamery. Pocisk uderzył w sam środek głowy namalowanej postaci. Widok był makabryczny – specjalny nabój o dużej sile rażenia nie tylko przebił tarczę, on ją dosłownie rozszarpał, wyrywając wielką dziurę w grubym dykcie i wyrzucając resztki materiału daleko w tył. W tym momencie Ania poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Do tej pory „strzelanie” było dla niej abstrakcją, czymś z filmów. Teraz, widząc tę dziurę na ekranie i słysząc spokojny oddech Marka w słuchawkach, dotarło do niej z całą bezwzględnością: to samo stanie się z Davidem. Pocisk nie pyta o wybaczenie, on po prostu niszczy wszystko, co napotka na drodze. Kości, tkanki, życie. Marek oddał dwa kolejne strzały. Na monitorze widać było, jak kolejne fragmenty tarczy znikają, tworząc jedną wielką, czarną dziurę w miejscu, gdzie człowiek ma serce. — Grupa idealna. Broń gotowa. Cel nie ma szans — zameldował Marek tym swoim niskim, hipnotyzującym głosem. Marek powoli uniósł się na łokciach, odrywając oko od lunety. Przez chwilę nie patrzył na tarczę, tylko prosto na Anię. Przez siatkę kamuflażu i czarne pasy farby na twarzy widać było tylko jego jasne, teraz niemal nieludzkie oczy. Ania stała nieruchomo, trzymając się za naszyjnik po jego mamie. Czuła fascynację wymieszaną z czystym przerażeniem. Wiedziała już, że mężczyzna, który przed chwilą ją całował, jest w stanie zabić bez drgnienia ręki. Marek wstał powoli, otrzepując trawę z „ghillie”. Wyglądał jak potwór z bagien, który właśnie przybrał ludzką formę. Podszedł do Ani, a ona mimowolnie cofnęła się o pół kroku. — To tylko narzędzie, Aniu — powiedział przez interkom, a jego głos wibrował w jej uszach, sprawiając, że nogi miała jak z waty. — Robię to, żeby nikt nigdy więcej nie odważył się podnieść na was ręki. Michał podszedł do nich, wyłączając swój dalmierz. — Czas się zbierać. David właśnie dotarł do willi. Ma ze sobą dwóch ludzi. Ania spojrzała na monitor, na rozszarpaną tarczę, a potem na Marka. Wiedziała, że ta noc zmieni wszystko. Marek dostrzegł ten cień w oczach Ani – ten pierwotny dystans, który pojawił się, gdy tylko oddał strzały. Widział, że ona próbuje pogodzić obraz faceta, który szeptem wyznawał jej miłość, z tym bezlitosnym duchem w trawie. Zdecydowanym ruchem rozpiął pasek pod brodą i ściągnął ciężki kask, rzucając go na trawę. Rozczochrane włosy i ludzka twarz, choć wciąż pocięta czarną i zieloną farbą, sprawiły, że „potwór” natychmiast zniknął. — Hej... — powiedział cicho, podchodząc do niej. — Pod tym całym kamuflażem to wciąż ja. Ten sam, który rano przypalił tosty. Ania patrzyła na niego, powoli wypuszczając powietrze z płuc. — Boję się, Marek. Nie tego, co zrobisz mu... ale tego, że ten głos w słuchawkach i ta precyzja... to jest część ciebie, której nie znam. Boję się, że rozmawiam z kimś, kto za chwilę pójdzie odebrać życie. Marek ujął jej twarz w dłonie, zapominając o masce maskującej. — Robię to, żebyś ty nigdy nie musiała się bać. To jest moja praca, Aniu. Ale wracam stamtąd zawsze do ciebie. Tylko do ciebie. Pochylił się, chcąc przypieczętować te słowa głębokim pocałunkiem, ale Ania, mimo wzruszenia, nagle parsknęła śmiechem i odchyliła głowę, blokując jego usta dłońmi. — O nie, poruczniku! — zaśmiała się, wskazując na jego wytłuszczone pastą wargi. — Kocham cię nad życie, ale nie mam zamiaru chodzić przez resztę dnia z czarnym kamuflażem na ustach! Wiki by mnie wyśmiała! Marek uśmiechnął się szeroko, a białe zęby błysnęły na tle ciemnej farby. Ten krótki moment humoru rozładował napięcie, które gęstniało od rana. Skradł jej tylko szybkiego całusa w czubek głowy, zostawiając tam małą, ciemną plamkę. Michał uściskał Wiki, szepcząc jej coś do ucha, po czym obaj mężczyźni ruszyli do czarnego, terenowego pick-upa. Sprzęt był już spakowany, broń zabezpieczona w pokrowcach. Silnik zamruczał nisko, a żwir zachrupał pod oponami, gdy wyjeżdżali z posesji, kierując się w stronę willi Davida. Dziewczyny nie traciły czasu. Gdy tylko brama się zamknęła, Wiki przejęła dowodzenie – jako żona komandosa wiedziała dokładnie, co robić. — Ania, Monika, do środka. Zamykamy obwód — zarządziła Wiki. Weszły do domu, a Wiki podeszła do panelu sterowania przy drzwiach. Po jednym kliknięciu ciężkie, stalowe rolety zewnętrzne zaczęły opuszczać się z głośnym buczeniem, odcinając dom od świata i zamieniając go w twierdzę. Monitoring na monitorach w salonie ożył, pokazując podgląd z każdego kąta działki. Ania usiadła na kanapie, kładąc przed sobą pistolet, który zostawił jej Marek. Monika usiadła obok, wciąż blada, ale zdeterminowana. — Teraz czekamy — szepnęła Monika, patrząc na ekrany. — Teraz David dowie się, co to znaczy polować na niewłaściwych ludzi. Ania spojrzała na naszyjnik z szafirem i zacisnęła dłoń na rękojeści broni. Czuła, jak w domu zapada cisza, którą przerywał tylko szum wentylatorów w komputerach. Wiedziała, że gdzieś tam, kilka kilometrów dalej, Marek właśnie kładzie się w trawie, namierzając cel. W salonie panował półmrok, rozświetlany jedynie przez błękitną łunę monitorów. Wiktoria, widząc, że Ania trzyma pistolet z wyraźnym wahaniem, jakby obawiała się, że ten sam wystrzeli, delikatnie wyjęła jej broń z dłoni. — Daj, kochana. Michał spędził ze mną setki godzin na strzelnicy. Wiem, jak to obsługiwać, żeby nie zrobić krzywdy nam, a zrobić ją komuś, kto sforsuje te rolety — powiedziała Wiki, sprawnie sprawdzając komorę i zabezpieczając broń. Położyła ją na stoliku kawowym, tuż obok swojej dłoni. Wspomniała też o tym, co Michał szepnął jej na odchodne. Podeszła do głównego telewizora i kilkoma kliknięciami na pilocie przełączyła źródło obrazu. Ekran podzielił się na dwie części. Zobaczyli dwa drgające obrazy z kamer zamontowanych na kaskach chłopaków. Były to kamery termowizyjne – wszystko było czarno-białe, z wyraźnie odcinającymi się cieplnymi sylwetkami drzew. Słyszały ich miarowe oddechy w głośnikach kina domowego. Ania usiadła na kanapie, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu, ale jej myśli wciąż krążyły wokół Moniki. Poczucie winy gniotło ją w klatce piersiowej. — Monika... — zaczęła cicho Ania, ryzykując spojrzenie w stronę siostry Michała. — Tak strasznie mi przykro. Gdybym wtedy na wyspie nie była taką egoistką, gdybym przejrzała na oczy wcześniej... może ten potwór nigdy by cię nie skrzywdził. To przeze mnie on tu jest. Wiktoria nic nie mówiła. Wiedziała, że ta rozmowa musi się wydarzyć bez jej udziału. Sprawdzała tylko co chwilę parametry obrazu z kamer. Monika westchnęła głęboko. Jej twarz, wcześniej tak wyniosła i dumna, teraz wydawała się po prostu zmęczona. Spojrzała na Anię, a w jej oczach nie było już ani grama dawnej nienawiści. — Przestań, Aniu — powiedziała Monika spokojnym, niskim głosem. — Cztery lata temu na tej wyspie wszystkie byłyśmy pionkami. Ja byłam zaślepiona Markiem i swoim statusem, ty byłaś przerażoną dziewczyną, która chciała tylko przetrwać. David... on jest jak drapieżnik. Wyczuwa słabość. Ty mu uciekłaś sprzed nosa, więc znalazł inny sposób, żeby uderzyć w Marka. Wybrał mnie, bo byłam łatwym celem – rozżalona, samotna, szukająca uwagi. Czarny pick-up toczył się leśną drogą, a w kabinie nagle eksplodował dźwięk starego polskiego rocka. Marek, grzebiąc w schowku, trafił na porysowaną płytę Azylu P. Gdy tylko usłyszał pierwsze nuty „Zwiędłych kwiatów” oraz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%