przygoda · 45 min czytania
Rysa na szkle – Tom 1: Zwiędłe kwiaty (fr.4)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rysa na szkle - Zwiędłe kwiaty. tom 1 (fragment czwarty- przedostatni )
HUK. Kamera na kasku Marka gwałtownie szarpnęła w górę, pokazując przez ułamek sekundy sufit i żyrandol, a potem obraz zawirował i uderzył w podłogę. W słuchawkach rozległ się głuchy łoskot, po którym zapadła absolutna, przerażająca cisza. Na ekranie widać było tylko fragment nogi sofy i dywan, na którym powoli osiadał kurz. W domu Marka czas się zatrzymał. Ania stała przed telewizorem, zesztywniała, z szeroko otwartymi oczami. Jej mózg odmawiał przyjęcia tego, co właśnie zobaczyła. — Marek? — szepnęła, a jej głos był cienki i drżący. — Marek, odezwij się. To nie jest śmieszne. Marek! Gdy cisza w głośnikach trwała nadal, Ania nagle wybuchła szlochem, który rozdarł ciszę salonu. Osunęła się na kolana, uderzając pięściami w dywan. — Nie! Nie, nie, nie! Marek! — wyła z bólu, a każda komórka jej ciała krzyczała z rozpaczy. — Wróć do mnie! Obiecałeś! Obiecałeś, że wrócisz! Wiktoria zakryła usta obiema rękami, łzy płynęły jej po policzkach kaskadami. Patrzyła na martwy niemal obraz z kamery Marka, nie mogąc uwierzyć, że ten niezniszczalny człowiek padł od jednego strzału. Monika, która jeszcze przed chwilą pragnęła zemsty, teraz tuliła Anię, sama trzęsąc się w niekontrolowanym płaczu. — „Tropiciel”! Odpowiedz! Marek! — w słuchawkach rozległ się spanikowany, wściekły głos Michała, który na dole właśnie usłyszał strzał. — Marek, do cholery, odbiór! Ale z pokoju na górze nie dobiegał żaden dźwięk. Tylko obraz z kamery, leżącej teraz gdzieś przy nieprzytomnej głowie Marka, pokazywał, jak David powoli wstaje z sofy i z bronią w ręku podchodzi w stronę miejsca, gdzie upadł komandos. — Mam cię, ty leśny szczurze... — usłyszały dziewczyny stłumiony głos Davida przez mikrofon Marka. Ania przestała bić w podłogę. Spojrzała na ekran z twarzą mokrą od łez i czerwoną z bólu. W jej oczach strach zaczął zmieniać się w coś innego – w czyste, lodowate szaleństwo. David podszedł do leżącego nieruchomo ciała, a na ekranie telewizora dziewczyny widziały każdy jego krok. Obraz drżał, gdy bydlak pochylił się i szarpnięciem zerwał kask z głowy Marka. Przez chwilę kamera wirowała w jego dłoni, aż w końcu David ustawił ją tak, by pokazać wszystkim twarz nieprzytomnego komandosa. Marek wyglądał jak martwy. Farba maskująca była rozmazana, oczy zamknięte, a z boku głowy, tam gdzie pocisk uderzył w kask, sączyła się strużka krwi. — Patrzcie na swojego bohatera — wycharczał David prosto do mikrofonu, kpiąco uśmiechnięty. — Rozpoznaję tę twarz. To ten mały żołnierzyk z wyspy, tak? Chciałeś się bawić w wojnę, chłopczyku? To masz swoją odpowiedź. Ania rzuciła się w stronę telewizora. Jej dłonie uderzyły w zimne szkło ekranu, jakby chciała przebić się przez matrycę i osłonić Marka własnym ciałem. — Ty skurwysynu! Zabiję cię! Słyszysz mnie?! — wyła w stronę TV, a jej głos był zachrypnięty od szlochu i nienawiści. — Jeśli on nie przeżyje, znajdę cię na końcu świata i własnoręcznie wydrę ci serce! Zniszczę cię, David! Zgnijesz w piekle! Opuszki jej palców błądziły po ekranie, gładząc wyświetlany obraz nieruchomej twarzy Marka. Łzy kapały jej na ramkę telewizora, a całe ciało drżało w spazmach rozpaczy. — Marek... kochanie, otwórz oczy... proszę, nie zostawiaj mnie... — szlochała, dotykając policzka, którego nie mogła poczuć. David tymczasem kpił dalej, domyślając się wszystkiego. — Słyszysz to, Aniu? Wiem, że tam jesteś. Twój kochanek właśnie odszedł na emeryturę. Możesz zacząć szukać czarnej sukienki, bo... Nagle obraz gwałtownie szarpnął. Za plecami Davida, jak cień wyłaniający się z nicości, pojawił się Michał. David nie zdążył nawet dokończyć zdania, gdy potężne uderzenie kolbą pistoletu w tył głowy posłało go prosto na podłogę. David padł jak kłoda, tracąc przytomność w ułamku sekundy. Michał nie tracił ani chwili. Dziewczyny widziały na kamerze kasku Marka (którą David upuścił na sofę), jak „Duch” błyskawicznie krępuje ręce i nogi bydlaka grubymi opaskami zaciskowymi. Robił to z mechaniczną, zimną furią. Michał działał jak zaprogramowana maszyna. Każdy jego ruch był szybki, cichy i pozbawiony zbędnych emocji. Podniósł bezwładne ciało Marka, zarzucił je sobie na barki i ruszył do wyjścia. Na ekranie w salonie dziewczyny widziały już tylko nieruchomy obraz z porzuconego kasku, ale słyszały wszystko przez mikrofony. Usłyszały ciężkie kroki Michała na schodach, a potem dźwięk otwieranych drzwi pick-upa. Michał położył Marka na tylnym siedzeniu. — Thomas, wstawaj. Idź do wozu. Już — rzucił krótko do narzeczonego Moniki. Thomas, chwiejąc się na nogach, posłuchał bez słowa, trzymając się za obolały bok. Michał wrócił do willi. David wciąż leżał nieprzytomny na środku salonu. „Duch” chwycił go za kołnierz i bez cienia litości zawlókł go po schodach w dół, do tej samej piwnicy, w której jeszcze przed chwilą cierpiał Thomas. W piwnicznym mroku Michał rzucił go na metalowe krzesło. Zacisnął plastikowe opaski na jego nadgarstkach i kostkach tak mocno, że wgryzały się w skórę. Na koniec zerwał kawałek taśmy technicznej i brutalnie zakneblował Davidowi usta, tłumiąc jakiekolwiek dźwięki, które bydlak mógłby wydać po przebudzeniu. Gdy skończył, Michał wyprostował się i rozejrzał po pomieszczeniu. Pstryknął przełącznikiem – piwnica utonęła w absolutnej czerni. Michał nie tracił czasu na triumfalne gesty. Wbiegł na piętro, chwycił kask Marka, wyłączył kamerę (obraz w salonie dziewczyn nagle zgasł, zostawiając je w przerażającej ciemności) i zgarnął porzucony karabin snajperski Sako. Przetarł na szybko kilka powierzchni, by usunąć ślady swojej obecności, choć wiedział, że i tak nikt nie odważy się tu wejść przed rano. Wszystko wylądowało w bagażniku: snajperka, kask, reszta oporządzenia. Michał wskoczył za kierownicę, rzucił okiem na bladego Marka na tylnej kanapie i na Thomasa, który trzymał się za głowę. — Trzymajcie się, chłopaki. Wracamy do domu — mruknął pod nosem. Opony zabuksowały na żwirze, a czarny terenowiec wystrzelił z podjazdu willi, zostawiając za sobą pogrążony w ciszy dom, w którym David powoli zaczynał odzyskiwać przytomność w całkowitej ciemnościach. W salonie Marka zapanowała cisza gorsza niż huk wystrzału. Czarny ekran telewizora odbijał tylko przerażone twarze trzech kobiet. Ania wciąż klęczała na podłodze, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbijały się jej w skórę. — Zgasło... Dlaczego zgasło?! — krzyknęła Ania, patrząc na Wiki. — Michał wyłączył system, żeby nikt ich nie wyśledził — odpowiedziała Wiki, choć jej głos drżał. — Powiedział, że wracają. Musimy przygotować wszystko na ich przyjazd. W dworku panowała atmosfera pogrzebowa. Wiktoria, patrząc na Anię, która przestała już nawet krzyczeć i tylko cicho, rytmicznie szlochała w sypialni, wiedziała, że musi sprowadzić wsparcie. Chwyciła telefon Ani i wybrała numer jej ojca. — Tata Ani ? Mówi Wiktoria. Szybko! Do domu Marka! — krzyknęła do słuchawki, gdy kapitan odebrał. — Są kłopoty... z Markiem. Jest bardzo źle! Nie musiała nic więcej dodawać. Kapitan, słysząc ton jej głosu, rzucił wszystko i gnał przez noc, łamiąc wszelkie przepisy. Pod bramą posesji Michał mało nie wyrwał joysticka od pilota. — No szybciej, cholera, otwórzcie się! — warknął pod nosem, uderzając dłonią w kierownicę. Brama przesuwała się dla niego w zwolnionym tempie. Na tylnym siedzeniu Marek poruszył się i wydał z siebie stłumiony jęk bólu. — Michał... — wycharczał, próbując złapać ostrość wzroku. Był potwornie słaby, wstrząśnienie mózgu sprawiało, że świat wirował mu przed oczami, a krew z rozciętej skroni brudziła mu mundur. — Żyjesz, bracie. Trzymaj się, zaraz będziemy w środku — odpowiedział Michał, gasząc silnik. W tym czasie Ania siedziała skulona na podłodze w sypialni, tuląc do piersi poduszkę, która wciąż pachniała Markiem. W jej głowie muzyka „Zwiędłych kwiatów” brzmiała teraz jak wyrok. Myślała, że ten kwiat właśnie się rozsypał, że jej wielka miłość, jej niezniszczalny komandos, zniknął na zawsze przez jej przeszłość. Drzwi frontowe huknęły o ścianę. — Wiki! Pomóż nam! — wrzasnął Michał, podtrzymując Marka pod ramię. Thomas wszedł zaraz za nimi, ledwo trzymając się na nogach. Monika, widząc swojego narzeczonego, wydała z siebie okrzyk, który poderwał Anię z podłogi w sypialni. Wiktoria wybiegła do przedpokoju i widząc Marka, wrzasnęła na całe gardło: — ANIA! ANIA, CHODŹ TU NATYCHMIAST! ON ŻYJE! Ania wypadła z pokoju, potykając się o własne nogi. Zatrzymała się w progu salonu, zapłakana, z twarzą spuchniętą od łez, i stanęła jak wryta. Zobaczyła Michała, który powoli osuwał Marka na podłogę, bo ranny porucznik nie miał już siły stać. Twarz Ani zmieniła się w ułamku sekundy. Rozpacz wyparowała, zastąpiona przez czyste, oślepiające światło nadziei. — Marek... — jej głos był tylko szeptem, ale włożyła w niego całą duszę. Marek uniósł głowę, mrużąc oczy od światła. Gdy zobaczył ją, jego zakrwawione usta wykrzywiły się w słabym, ale najpiękniejszym uśmiechu na świecie. — Mówiłem... że nie dam się... tak łatwo — wykrztusił. Ania rzuciła się przed siebie, padając na kolana prosto na twardą podłogę. Marek, ostatkiem sił, wysunął ręce z uścisku Michała i przyciągnął ją do siebie. Oboje klęczeli na środku salonu, spleceni w tak mocnym uścisku, jakby chcieli zrosnąć się w jedno ciało. Ania chowała twarz w jego zakurzonym, szorstkim mundurze, szlochając teraz z radości, a Marek trzymał ją, jakby była jedyną kotwicą trzymającą go przy życiu. — Nigdy więcej mnie tak nie strasz... nigdy — szlochała mu w ramię. — Przepraszam, kochanie... — mruczał Marek, wdychając zapach jej włosów, który był dla niego lepszy niż jakikolwiek lek. Wiktoria i Michał stali nad nimi, ocierając własne łzy. Thomas i Monika siedzieli na kanapie obok, trzymając się za ręce w milczeniu. Dom Marka, który jeszcze przed chwilą był kaplicą żałobną, nagle wypełnił się życiem, które wygrało z mrokiem. Pisk opon na podjeździe oznajmił przybycie kapitana. Ojciec Ani wpadł do salonu z apteczką w ręku i wzrokiem, który w ułamku sekundy ocenił sytuację: krew, mundury, zapach prochu i dymu. Zobaczył córkę klęczącą przy Marku i choć chciał przejąć inicjatywę, Ania stanowczym gestem wyciągnęła rękę po gazę i środek odkażający. Marek siedział na kanapie, ciężko oddychając, a Ania z niesamowitą delikatnością zaczęła zmywać krew z jego skroni. Ręce jej już nie drżały – działała w transie, napędzana adrenaliną i miłością. — Sykniesz, to cię uderzę — szepnęła z wymuszonym uśmiechem, choć oczy wciąż miała czerwone od płaczu. Marek tylko przymknął oczy, pozwalając jej na wszystko. Czuł pieczenie spirytusu, ale dotyk jej ciepłych palców był dla niego jedynym ukojeniem. Michał stanął przed kapitanem i wyprostował się, choć mundur miał poszarpany. — David żyje. Jest związany w piwnicy swojej willi. Thomas został odbity. Kapitan spojrzał na Michała, potem na pobitego Thomasa, którego Monika podtrzymywała przy wyjściu. — Dziękuję wam wszystkim... — wykrztusiła Monika, patrząc na Anię i Marka. — Uratowaliście mu życie. Uratowaliście nas oboje. Wiki pomogła im wsiąść do drugiego auta, by Thomas jak najszybciej trafił pod opiekę lekarzy. Gdy odjechali, w salonie zapadła ciężka, męska cisza. Kapitan podszedł do telewizora, gdzie wciąż widać było zamrożony obraz z akcji. — Całość jest tutaj? — zapytał, wskazując na dysk i kamerę z kasku Marka. — Każda sekunda, panie kapitanie — odparł Michał. — Od wejścia, przez egzekucję strażników, aż po moment, gdy ten bydlak strzelił do Marka i zaczął kpić z Ani. Ojciec Ani bez słowa odłączył nośnik i schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki. Spojrzał na Marka – swojego przyszłego zięcia – z mieszanką surowości i głębokiego szacunku. Wiedział, że ten dowód w jego rękach to wyrok śmierci dla kariery i wolności Davida, a być może i coś więcej, biorąc pod uwagę jego wpływy w armii. Michał podszedł bliżej Ani i Marka. — Słuchajcie... On tam jest. David. Sam, w ciemności, przywiązany do tego samego krzesła, na którym katował Thomasa. Nikt o tym nie wie. To wasza szansa. Monika i Thomas są bezpieczni, dowody ma kapitan. Jeśli chcecie mu coś powiedzieć... spojrzeć mu w oczy, zanim zajmą się nim "odpowiednie służby"... to jest ten moment. Ania przerwała bandażowanie głowy Marka. Spojrzała na swoje zakrwawione dłonie, potem na zbolałą twarz ukochanego, a w jej myślach pojawiły się wszystkie upokorzenia z wyspy, strach o życie i ten moment, gdy myślała, że Marek nie żyje. Marek chwycił ją za rękę. Mimo osłabienia, w jego spojrzeniu zapłonął ten sam ogień, który widziała na poligonie. — Chodźmy tam, Ania. Razem. Musimy zamknąć ten rozdział, zanim słońce wzejdzie. Kapitan tylko skinął głową. — Macie godzinę. Potem wchodzą moi ludzie i oficjalnie przejmują "znalezisko". Droga do willi upłynęła w gęstej, złowrogiej ciszy. Marek, choć blady i z opatrunkiem na skroni, siedział wyprostowany, trzymając rękę Ani. Gdy dotarli na miejsce, dom wyglądał tak samo, jak zostawił go Michał – martwy, zimny i ciemny. Zeszli po schodach do piwnicy. Każdy krok dudnił na betonie jak odliczanie. Michał pstryknął włącznik. Jaskrawe, surowe światło gołej żarówki uderzyło w oczy Davida. Bydlak zamrugał gwałtownie, próbując złapać ostrość. Gdy zobaczył przed sobą trójkę ludzi, w jego oczach strach zmieszał się z niegasnącą arogancją. Michał postawił stare, drewniane krzesło naprzeciwko Davida. Marek usiadł na nim powoli, ciężko opierając dłonie na kolanach. Wyglądał jak sędzia, który właśnie przybył ogłosić wyrok. Michał podszedł do Davida i jednym, brutalnym ruchem zerwał taśmę z jego ust. David syknął z bólu, splunął krwią na podłogę i zaczął łapczywie chwytać powietrze. Ania nie wytrzymała. Podeszła tak blisko, że dzieliły ich centymetry. Wbiła swój nienawistny wzrok w jego oczy. — Pamiętasz wyspę, David? — zaczęła, a jej głos wibrował od tłumionej wściekłości. — Pamiętasz, jak myślałeś, że możesz mnie kupić? Jak poniżałeś mnie na każdym kroku, jak sprawiałeś, że czułam się jak śmieć, bo nie miałam nikogo? Myślałeś, że ucieczka stamtąd to koniec, ale ty ciągnąłeś się za mną jak zaraza. To, co zrobiłeś Monice, to, co zrobiłeś Thomasowi... to wszystko było po to, żeby uderzyć we mnie. Jesteś żałosnym tchórzem, który potrafi walczyć tylko z kobietami i związanymi ludźmi. David zaśmiał się – był to suchy, obrzydliwy dźwięk. Spojrzał na nią z góry, mimo że był przywiązany do krzesła. — Byłaś tylko ładną zabawką, Aniu. I zawsze nią będziesz. Myślisz, że ten mundur obok ciebie coś zmienia? — David skierował podbródek w stronę Marka, mrużąc oczy. — A ty, żołnierzyku... dziwię się, że jeszcze dychasz. Miałem cię w lunecie mojego pistoletu. Powinieneś być już w drodze do piachu. Masz twardy łeb, muszę ci to przyznać. Ale to nic nie zmienia. Nie wiecie, z kim zadarliście. David zaczął bluzgać, wykrzykując pod adresem Ani najgorsze wyzwiska, jakie tylko przyszły mu do głowy, próbując ją sprowokować, zniszczyć psychicznie nawet w tej pozycji. Michał nie wytrzymał. Złapał Davida za gardło, przyciskając jego głowę do oparcia krzesła, aż tamtemu wystąpiły żyły na czole. — Zamknij ten brudny pysk — warknął Michał lodowatym tonem. — Teraz nie jesteś panem w swoim klubie. Jesteś w polskiej piwnicy, a prawo tutaj ustalamy my. Marek milczał. Obserwował Davida z taką obojętnością, jakby patrzył na martwego owada. Ten spokój był najbardziej przerażający. — David — odezwał się w końcu Marek niskim, spokojnym głosem, który uciszył wszystkich. — Myślisz, że to ja mam problem? Nie. To ty jesteś w pomieszczeniu z trzema osobami, którym zniszczyłeś życie. I jedyną rzeczą, która trzyma cię przy życiu, jest to, że obiecałem ojcu Ani, że oddam cię sprawiedliwości. Ale sprawiedliwość ma wiele twarzy. Ania patrzyła na Davida, czując, jak cała jej trauma z ostatnich czterech lat skupia się w tym jednym momencie. Czuła na ramieniu dłoń Michała, a przed sobą widziała Marka. — On się nas nie boi, Marek — szepnęła Ania, nie odrywając wzroku od kata. — On myśli, że znów mu się upiecze. David uśmiechnął się krzywo, mimo że Michał wciąż trzymał go za gardło. — Bo tak będzie, skarbie. Mam ludzi, o których waszemu kapitanowi się nie śniło. Za godzinę będę pił drinka, a wy... W piwnicy zapadła grobowa cisza, którą przecinał jedynie zachrypnięty głos Davida. Bydlak, czując, że nie ma już nic do stracenia, wypluwał z siebie najgorszy rynsztok. Wyzywał Anię od najgorszych, opisując ze szczegółami, co rzekomo robił z nią na wyspie i co planował zrobić, gdyby jej „żołnierzyk” nie przeszkodził. Każde jego słowo było jak uderzenie biczem, mające na celu sprowokować i upodlić. Ania czuła, jak krew uderza jej do głowy. Wzrok jej zmętniał, a serce łomotało o żebra. Zaczęła desperacko szukać czegoś wzrokiem – czegokolwiek, co mogłoby zakończyć ten potok obelg. Dostrzegła potężny, czarny nóż taktyczny w pochwie przy nodze Marka. Gdy jej dłoń zacisnęła się na rękojeści, Marek gwałtownie złapał ją za nadgarstek. Jego uścisk był jak stalowa obręcz. — Nie, Aniu. To byłoby dla niego zbyt łatwe — mruknął, patrząc jej w oczy. — Puść mnie! — krzyknęła, szarpiąc się. — Zostaw mnie, zrobię, co zechcę! On zniszczył nam wszystko! Chcę, żeby cierpiał! Marek spojrzał na nią z lodowatym spokojem. — Chcesz, żeby cierpiał? Pokażę ci, jak cierpią tacy jak on. Marek wstał powoli. Oboje podeszli do krzesła, na którym wił się David. Twarz Marka była teraz srogą maską, pozbawioną jakichkolwiek ludzkich odruchów. Skinął krótko na Michała, który bez słowa ponownie zakneblował Davida taśmą, by jego wycie nie zaalarmowało okolicy. Marek wyciągnął nóż. Ostrze błysnęło w surowym świetle żarówki. Bez cienia wahania, precyzyjnym ruchem chirurga, Marek naciął skórę na udzie Davida i jednym szarpnięciem odciął jej płat. Uniósł go przed oczy Ani, która drgnęła, ale nie odwróciła wzroku. Potem nóż błysnął przy twarzy bydlaka. Szybkie cięcie i spory kawał policzka upadł na betonową podłogę. Marek pokazał jej krwawy strzęp mięsa. — Chcesz więcej? — zapytał Marek, a jego głos brzmiał jak echo z zaświatów. — Chcesz być taka sama jak ja? O zimnych oczach i sercu z lodu? Chcesz poczuć tę krew na dłoniach? Michał przyglądał się temu z obojętnością, dopóki nie podszedł i nie odebrał Markowi noża. Marek pozwolił na to, cofając się o krok. Michał, myśląc o Monice i tym, co przeszła, zaczął zadawać Davidowi szybkie, płytkie rany na rękach i klatce piersiowej. Na koniec, z furią w oczach, wbił ostrze prosto w krocze Davida. Bydlak wygiął się w łuk, a spod taśmy wydobył się stłumiony, nieludzki skowyt. Jego oczy o mało nie wyszły z orbit, a ciało drżało w agonii. — To za Monikę — rzucił krótko Michał. Marek ponownie spojrzał na Anię. W jego oczach nie było już miłości, którą znała – była tam tylko pustka człowieka, który widział zbyt wiele śmierci. — Nadal tego chcesz, Aniu? Ania stała jak sparaliżowana. Widok krwi i okrucieństwa, którego dopuścili się jej mężczyźni, był dla niej szokiem, ale w głębi duszy czuła, jak lata upokorzeń i strachu wypalają się w tym ogniu. Marek odwrócił się do Davida, który już tylko charczał, odpływając w ból. — Pamiętasz, co ci obiecałem? "Przyjdzie dzień, w którym zobaczysz moje piekło". To witaj w moim piekle. Marek błyskawicznym ruchem dłoni chwycił Davida za gardło. Jego palce wbiły się głęboko w tkankę pod krtanią. Jednym, potężnym szarpnięciem wyrwał mu krtań razem z kawałkiem tchawicy. Krew trysnęła na mundur Marka i na podłogę. David zachłysnął się własną krwią, wykonał ostatni, drgający ruch i znieruchomiał na zawsze. Zapanowała absolutna cisza. Marek stał nad trupem, trzymając w ręku dowód swojej bezwzględności. Ania patrzyła na to wszystko z mieszanką przerażenia i ogromnej ulgi. Ciężar, który nosiła przez cztery lata, nagle zniknął. — Nie, kochanie... — szepnęła w końcu, patrząc na Marka. — Nie chcę być z lodu. Michał wyciągnął telefon i zrobił jedno, wyraźne zdjęcie zmasakrowanej twarzy Davida. To był dowód dla Moniki, że jej prześladowca już nigdy nie wróci. Potem zaczęli sprzątać. Działali rutynowo – zacieranie śladów, zbieranie łusek, usuwanie wszystkiego, co mogło ich powiązać z tym miejscem. Wyszli z willi w milczeniu. Noc była chłodna, a niebo zaczynało powoli szarzeć przed świtem. W aucie panowała cisza, której nikt nie odważył się przerwać. Ania siedziała obok Marka, patrząc na jego profil. Wiedziała już wszystko o jego mroku, a on wiedział wszystko o jej przeszłości. Gdy wrócili do domu, brama otworzyła się bezgłośnie. Jeden zwiędnięty kwiat został wyrwany z korzeniami, by pozostałe mogły w końcu zakwitnąć. W dworku panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara w salonie. Kapitan i Michał zajęli się zabezpieczaniem reszty sprzętu, dając Markowi i Ani przestrzeń, której teraz desperacko potrzebowali. Weszli do sypialni jak cienie. Marek był wyczerpany, a jego mundur był przesiąknięty zapachem prochu, ziemi i krwi Davida. Ania, choć fizycznie nietknięta, czuła na sobie ciężar wszystkiego, co widziała w piwnicy. Bez słowa pociągnęła go w stronę łazienki. Weszli pod prysznic razem, tak jak stali. Ania odkręciła wodę – najpierw lodowatą, by zmyć pierwszy szok, a potem gorącą, parującą, która natychmiast wypełniła kabinę mgłą. Ania zaczęła powoli rozpinać rzepy jego munduru. Materiał był ciężki i mokry. Gdy zsunęła z niego kamizelkę i bluzę, zobaczyła sińce na jego klatce piersiowej i ramionach. Marek stał nieruchomo, pozwalając jej na wszystko. Gdy woda zaczęła spływać po jego twarzy, czarna i zielona farba maskująca zaczęła ściekać ciemnymi strużkami do odpływu, mieszając się z czerwienią krwi z jego skroni. Następnie Ania wzięła gąbkę i delikatnie, centymetr po centymetrze, zaczęła domywać resztki kamuflażu z jego policzków, czoła i szyi. Marek w końcu otworzył oczy. Nie było w nich już tego lodowatego mroku z piwnicy. Był w nich ból, ale i ogromna czułość. Oparł czoło o jej ramię, a gorąca woda bębniła o ich plecy. — Już go nie ma, Marek — szepnęła, czując, jak jej własne łzy mieszają się z kapiącą wodą. — Już nigdy nas nie dotknie. Marek objął ją mocno, przyciągając do swojej nagiej już klatki piersiowej. Jego dłonie, które przed chwilą wyrywały krtań wrogowi, teraz gładziły jej plecy z niesamowitą ostrożnością. — Musiałem to zrobić, Aniu. Musiałem zamknąć to piekło, żebyś mogła oddychać. Stali tak długo, dopóki woda nie stała się zupełnie czysta, a para nie osiadła na lustrach. W tej kabinie, w objęciach, zmywali z siebie