przygoda · 1 godz. 18 min czytania
Rysa na szkle – Tom 1: Zwiędłe kwiaty (fr.5)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rysa na szkle - Zwiędłe kwiaty. tom 1 (fragment piąty- ostatni )
Zaczęły się wygłupy. Marek i Michał, mimo swoich "bojowych" urazów, zaczęli odstawiać dziwne układy taneczne, przypominające ruchy komandosów w dyskotece, co doprowadzało dziewczyny do łez ze śmiechu. Thomas, zazwyczaj powściągliwy, pod wpływem whisky zaczął uczyć Monikę kroków, które podpatrzył kiedyś na eleganckich przyjęciach, tyle że teraz wychodziło to znacznie zabawniej. W pewnym momencie Monika, z psotnym uśmiechem, postawiła pustą butelkę po whisky na środku dywanu. — Dobra, koniec rozgrzewki. Gramy w butelkę! Prawda czy wyzwanie? Ale ostrzegam, nie ma litości. Wszyscy usiedli w kręgu na miękkim dywanie. Pierwszy zakręcił Marek. Butelka wirowała szybko, aż zatrzymała się szyjką w stronę Michała. — Prawda czy wyzwanie, szwagier? — zapytał Marek, mrużąc oczy. — Prawda, bo boję się, że każesz mi robić pompki na jednej ręce z Wiktorią na plecach — zaśmiał się Michał. — Dobra... powiedz szczerze: czy jak wchodziłeś do tej piwnicy, to bardziej bałeś się o Thomasa, czy o to, co Wiki ci zrobi, jak wrócisz z kolejnym siniakiem? Michał spojrzał na żonę, potem na Thomasa i uśmiechnął się szeroko. — Bałem się, że jak Thomas zobaczy moją minę, to pomyśli, że przyszedłem go dobić, a nie ratować! — pokój wypełnił się głośnym śmiechem. Potem kolej przyszła na Anię, która musiała wykonać wyzwanie: "Zatańczyć solo do najbardziej kiczowatego hitu lat 90.". Gdy tylko Marek włączył muzykę, Ania ruszyła na środek, a Marek patrzył na nią z takim zachwytem, jakby była najpiękniejszą kobietą na świecie. — Widzisz, Michał? — szepnęła Monika do brata, gdy na chwilę siedli obok siebie, obserwując wygłupy reszty. — O tym mówiłam. Szczęście. Po prostu szczęście. Wieczór zmieniał się w noc pełną żartów, głośnej muzyki i rozmów, które nie dotyczyły już broni, Davida ani strachu. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. Butelka wirowała na środku dywanu, odbijając refleksy przygaszonych świateł salonu. Wszyscy wstrzymali oddech, aż w końcu szyjka zatrzymała się idealnie na Marku. Monika, z lekko rozpalonymi od whisky policzkami, wyciągnęła talię kart z wyzwaniami, którą Ania przygotowała na „czarną godzinę”. — Dobra, poruczniku... zobaczmy, co dla ciebie przygotował los — zaśmiała się Monika, wyciągając kartę. Przez chwilę panowała cisza, gdy czytała treść, a potem jej uśmiech nieco spoważniał. — „Czuły buziak w usta, trwający powyżej pięciu sekund”. W salonie nagle zapadła cisza. Marek zamarł ze szklanką whisky w dłoni, a jego wzrok odruchowo powędrował w stronę Ani. Był oszołomiony, bo choć to tylko gra, wiedział, jak skomplikowana była ich wspólna przeszłość z Moniką. Ania jednak, zamiast się spiąć, położyła dłoń na ramieniu Marka. Spojrzała na niego z taką pewnością i spokojem, że całe napięcie z niego wyparowało. — To tylko wyzwanie, kochanie. Nie krępuj się, Monika zasłużyła na trochę czułości po tym, co przeszła — szepnęła Ania z uśmiechem, dając mu absolutne „zielone światło”. Marek odstawił szklankę i powoli przysunął się do Moniki. Atmosfera stała się gęsta, niemal intymna. Monika zamknęła oczy, a Marek ujął jej twarz w dłonie i delikatnie złączył ich usta. To nie był drapieżny pocałunek, ale pełen czułości, pożegnalny gest wobec tego, co kiedyś ich łączyło. Sekundy mijały powoli: raz, dwa, trzy... Michał i Thomas patrzyli z powagą, doceniając wagę tej chwili. Cztery, pięć... Marek przeciągnął to jeszcze o moment, po czym powoli się odsunął. Spojrzał Monice prosto w oczy, a ona odpowiedziała mu krystalicznym uśmiechem – to było ostateczne domknięcie ich rozdziału. W salonie rozległy się gromkie brawa i gwizdy Michała. — No, Marek! Oficjalnie zaliczone! — krzyknął Thomas, bijąc brawo. Marek jednak nie zdążył odpowiedzieć, bo natychmiast odwrócił się do Ani. Przyciągnął ją do siebie gwałtownie i wpił się w jej usta z taką pasją i gorącem, że aż zabrakło jej tchu. Ten pocałunek był inny – był deklaracją, krzykiem bez słów, że to ona jest jego tlenem, jego życiem i jego jedyną prawdą. Ania oddała pocałunek, splatając palce w jego włosach, a wszyscy obecni poczuli, że właśnie zobaczyli definitywny koniec wszelkich wątpliwości. — Dobra, gołąbki, bo zaraz będziemy musieli wyjść do ogrodu, żeby dać wam prywatność! — zażartowała Wiktoria, rozładowując napięcie. — Moja kolej! Wiki zakręciła butelką tak mocno, że ta o mało nie spadła z dywanu. Trafiło na Thomasa. — Prawda czy wyzwanie, przystojniaku? — Wyzwanie. Po tym, co zrobił Marek, muszę pokazać, że też mam jaja — odparł pewnie Thomas. — Okej... wyzwanie brzmi: „Zamień się ubraniami z osobą siedzącą po twojej prawej”. Pech (lub szczęście) chciał, że po prawej Thomasa siedział Michał. Salon eksplodował śmiechem, gdy ci dwaj rośli faceci próbowali wcisnąć się w swoje ciuchy. Thomas w przyciasnej koszuli Michała wyglądał jak kulturysta w ubranku młodszego brata, a Michał tonął w marynarce Thomasa. Gdy emocje nieco opadły, butelkę przejął Michał. Trafiło na Anię. — Anka, prawda czy wyzwanie? — Prawda — odpowiedziała, poprawiając szafir na szyi. — Czy jest coś, czego Marek o tobie nie wie, a co mogłoby sprawić, że teraz, w tym momencie, spadłby z krzesła? — Anka, prawda czy wyzwanie? — zapytał Michał, mrużąc oczy znad szklanki whisky. — Prawda — odpowiedziała pewnie, poprawiając szafir na szyi i wtulając się w bok Marka. — Dobra... — Michał zawiesił głos. — Powiedz nam wszystkim: co tak naprawdę pomyślałaś o Marku tego dnia, kiedy lata temu pierwszy raz go zobaczyłaś? Zanim jeszcze te wszystkie wojny i rozstania nas tak urządziły. Ania uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach pojawił się błysk wspomnień. Spojrzała na Marka, który z zaciekawieniem czekał na odpowiedź. — Chcecie prawdy? Pomyślałam sobie wtedy: "Co za niesamowicie pewny siebie i irytujący facet. Myśli, że każdy mundur robi na mnie wrażenie" — wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Marek udał urażonego. — Ale potem... potem zobaczyłam, jak patrzysz na ludzi, na Michała, jak potrafisz o nich walczyć. I wtedy zrozumiałam, że pod tą maską twardziela kryje się ktoś, kogo będę kochać do końca życia. Choćbyś był najbardziej upartym człowiekiem na świecie. Marek uśmiechnął się, przyciągnął ją bliżej i pocałował w skroń. Atmosfera w salonie stała się wyjątkowo ciepła. — Dobra, koniec tych czułości, bo nam whisky wyparuje z zazdrości! — zawołała Monika, chwytając butelkę. — Teraz ja kręcę! Butelka zatrzymała się na Thomasie. — Wyzwanie! — rzucił Thomas, zanim Monika zdążyła zapytać. — Skoro tak... — Monika uśmiechnęła się przebiegle. — Musisz zatańczyć z Markiem "taniec godowy" snajperów. Bez muzyki. Macie udawać, że skradacie się do celu, ale w rytm disco. Salon wypełnił się rykiem śmiechu, gdy Thomas i Marek, dwaj potężni faceci, zaczęli skradać się między fotelami, robiąc komiczne uniki i udając, że celują z niewidzialnych karabinów do butelek na stole, a wszystko to z przerysowaną gracją tancerzy. Nawet Wiktoria, która wcześniej chciała wracać, teraz trzymała się za brzuch ze śmiechu, nagrywając ich telefonem. W końcu, gdy obaj "snajperzy" padli ze śmiechu na dywan, nadszedł czas na poważniejsze pytanie. Thomas, wciąż dysząc, spojrzał na Michała. — Michał, skoro o prawdę chodzi... czy po tym, co David zrobił w piwnicy, naprawdę wierzysz, że to już koniec? Że tacy ludzie jak on po prostu znikają z waszego życia? W pokoju na moment zapadła cisza. Michał odstawił szklankę, a jego twarz spoważniała. Spojrzał na Marka, potem na Wiktorię. — David nie był pierwszy i pewnie nie ostatni — zaczął powoli Michał. — Ale różnica polega na tym, że teraz wiemy, jak bardzo możemy na sobie polegać. Marek i ja... my już nie jesteśmy tylko kumplami z misji. Jesteśmy jedną pięścią. Jeśli ktoś znów spróbuje nas uderzyć, złamiemy mu tę rękę, zanim w ogóle nas dotknie. Także tak, dla Davida to koniec. A dla nas? To początek spokoju, na który zapracowaliśmy krwią. Marek podniósł swoją szklankę w górę. — Dobrze powiedziane, Michał. Za braterstwo! — Za braterstwo! — odpowiedzieli chórem, a brzęk szkła obwieścił, że żadne cienie przeszłości nie mają już wstępu do tego domu. Butelka Moniki zwolniła, aż w końcu jej szyjka nieubłaganie wskazała na Anię. Monika oparła brodę na dłoni, a jej spojrzenie stało się na moment badawcze, choć pozbawione dawnej złośliwości. — Aniu... — zaczęła Monika, a w salonie nagle zapadła cisza. — Powiedz mi szczerze. Czy wtedy na wyspie, na tych wspólnych wakacjach, celowo przyciągałaś do siebie Marka? Czy to wszystko było zaplanowane? Ania poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Przez chwilę bawiła się szafirem na szyi, unikając wzroku reszty. Skłamała, kręcąc lekko głową, choć w głębi duszy wiedziała, że przeznaczeniu trochę pomogła. — Nie, Monia. To był czysty przypadek — odparła cicho, a potem jej głos nabrał pewności. — Pamiętam tę grę w siatkówkę na plaży. Marek stał przy siatce, słońce go oślepiało, a on i tak odbijał każdą piłkę z taką furią, jakby od tego zależało jego życie. Wtedy, w tym jednym momencie, zauważyłam w nim coś, co mnie kompletnie rozbroiło. Ale on był wtedy inny, pamiętacie? Ania uśmiechnęła się smutno do wspomnień. — Był wtedy strasznie zamknięty w sobie. Chodził tymi swoimi ścieżkami, wiecznie zamyślony, jakby wciąż był na misji, nawet mając piasek pod stopami. Nie to co teraz — tu spojrzała na Marka z czułością. — Teraz widzę w jego oczach życie, a wtedy widziałam tylko obowiązek i barierę, której nikt nie mógł przebić. Cieszę się, że tamta Ania z plaży miała dość cierpliwości, żeby poczekać. Monika skinęła głową z wdzięcznością. — Rozumiem to. Dziękuję ci za szczerość, Aniu. Naprawdę. Ania chwyciła butelkę i zakręciła nią energicznie. Los chciał, że butelka zatrzymała się na Marku. Wybrał prawdę, a Ania spoważniała, odstawiając szklankę z whisky. To pytanie wisiało w powietrzu od dawna. — Marek... wróćmy do Paryża. Do tej nocy w motelu, kiedy wasz samolot wojskowy miał opóźnienie i utknęliśmy tam na te kilka godzin — zaczęła, a jej głos drżał minimalnie. — Czy naprawdę kochałeś się ze mną wtedy z potrzeby serca, zanim odjechałeś na misję? I czy... czy naprawdę już wtedy chciałeś kiedyś być ze mną na stałe? Marek przymknął oczy, a wspomnienia paryskiego motelu, deszczu za oknem i ciasnego pokoju uderzyły w niego z całą siłą. Odstawił szklankę i spojrzał Ani prosto w oczy, ignorując obecność reszty przyjaciół. — Tak, Aniu — powiedział głębokim, pewnym głosem. — Tamtej nocy w Paryżu, mimo że wokół nas był chaos, a ja myślami byłem już na froncie, wiedziałem jedno. Kiedy się z tobą kochałem, nie robiłem tego, żeby się pożegnać. Robiłem to, żeby zakotwiczyć się w tobie. To była jedyna noc, podczas której czułem, że nie jestem żołnierzem, tylko mężczyzną, który w końcu wie, z kim chce iść przez życie. Marek wziął głęboki wdech, a jego twarz złagodniała. — Na drugie pytanie odpowiedź też brzmi: tak. Już wtedy, w tym obskurnym motelu, chciałem, żeby to była nasza codzienność. Bałem się tylko, że mój świat – ten pełen Davida, piwnic i broni – zniszczy twoją czystość. Dlatego wtedy odjechałem bez słowa deklaracji. Ale w sercu? W sercu już wtedy był ten szafir, który dziś nosisz na szyi. Ania wypuściła powietrze z płuc, a w jej oczach pojawiły się łzy szczęścia. Marek przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował, nie zważając na to, że Michał i Thomas uśmiechają się pod nosami, a Wiktoria ociera łzę z policzka. — No dobra, koniec tych wyznań, bo nam tu salon utonie w romantyzmie! — zawołał Michał, próbując rozładować napięcie. — Kto kręci następny? Może czas na jakieś wyzwanie, które zmusi kogoś do wyjścia z tej strefy komfortu? Wiktoria chwyciła butelkę. — Moja kolej! Zobaczymy, kto teraz będzie musiał się spowiadać... Wiktoria, widząc zamyśloną Monikę, zakręciła butelką. Trafiło na Monikę. — Prawda czy wyzwanie, Monia? — Wyzwanie. Chcę zmyć z siebie ten paryski kurz — odpowiedziała Monika, prostując się dumnie. — Okej... — Wiktoria uśmiechnęła się przebiegle. — Wyzwanie brzmi: Podejdź do Marka i Ani, weź ich za ręce i powiedz im jedną rzecz, której nigdy wcześniej nie miałaś odwagi przyznać prosto w oczy. W salonie znów zapadła ta specyficzna, "zaciszna" atmosfera. Monika wstała, podeszła do siedzącej na kanapie pary. Marek spojrzał na nią uważnie. Monika wzięła dłoń Ani i dłoń Marka, łącząc je ze sobą. — Przez lata myślałam, że nienawidzę was obojga za to, że macie coś, czego ja nie potrafiłam zbudować — powiedziała drżącym głosem. — Ale dzisiaj, po tym wszystkim z Davidem i po tym, co usłyszałam o Paryżu... Chcę wam powiedzieć, że dziękuję, że nie pozwoliliście mi was zniszczyć. Marek, jesteś najlepszym facetem, jakiego znałam, a Aniu... jesteś jedyną kobietą, która potrafiła go oswoić. Zasługujecie na każdą sekundę tego szczęścia. Brawa Thomasa i Michała przełamały wzruszenie. — No! — zawołał Michał. — To teraz, żeby nie było za słodko, Thomas! Twoja kolej na wyzwanie! Marek nalał kolejną kolejkę whisky. — Thomas, wyzwanie dla ciebie: musisz opowiedzieć najbardziej obciachową historię o Monice, jaką usłyszałeś od niej, odkąd jesteście razem. Bez cenzury! Monika natychmiast schowała twarz w dłoniach, a jej uszy zrobiły się czerwone. — O nie, Thomas, błagam, tylko nie to o tym hotelu w Rzymie! — krzyknęła przez śmiech, ale Thomas już odstawił szklankę whisky i rozsiadł się wygodnie. — Słuchajcie, to było w Rzymie — zaczął Thomas, ignorując protesty Moniki. — Monika uparła się, że znajdzie najbardziej autentyczną, lokalną restaurację, do której nie chodzą turyści. Szliśmy jakimiś ciemnymi zaułkami przez pół godziny, aż w końcu dumnie wprowadziła mnie do lokalu, gdzie siedzieli sami lokalsi. Zamówiła po włosku, gestykulując jak rodowita Rzymianka. Kelner patrzył na nią dziwnie, ale przyniósł jedzenie. Dopiero przy rachunku okazało się, że Monika przez pomyłkę weszła do... zaplecza kuchni pracowniczej sąsiedniego hotelu, a ci ludzie byli tak uprzejmi, że po prostu nas nakarmili, myśląc, że jesteśmy nowymi pracownikami z wymiany! Salon wypełnił się rykiem śmiechu. Marek aż zakrztusił się whisky, a Michał klepał Thomasa po plecach. — Cała Monika! — wykrztusił Marek. — Zawsze musi postawić na swoim, nawet jak ląduje w cudzej kuchni! Gdy emocje nieco opadły, Thomas chwycił butelkę. Tym razem wypadło na Michała. — Prawda czy wyzwanie, szwagier? — Wal wyzwanie, dzisiaj idziemy na całość — odparł Michał, luzując kołnierzyk koszuli. — Dobra. Wyzwanie jest takie: musisz wziąć Wiktorię na ręce i zrobić dziesięć przysiadów, wykrzykując przy każdym, za co ją najbardziej kochasz. Ale jak się przewrócisz, pijesz kolejkę za wszystkich! Michał nie czekał ani sekundy. Wstał, zgarnął śmiejącą się Wiktorię na ręce, jakby nic nie ważyła, mimo że sam wciąż czuł w kościach skutki nocnej akcji. — Raz! Za to, że mnie znosisz! — krzyknął przy pierwszym przysiadzie. — Dwa! Za to, że jesteś najpiękniejsza na tym świecie! — sala skandowała razem z nim. Przy dziesiątym, lekko zasapany, ale szczęśliwy, odstawił żonę na ziemię i skradł jej głośnego całusa. Wtedy butelkę przejął Marek. Spojrzał na wszystkich zgromadzonych, a potem na Anię. — Słuchajcie, skoro już tak lecimy z wyznaniami i wygłupami... Mam propozycję. Niech każdy z nas napisze na małej kartce jedno szalone marzenie na ten wspólny wyjazd w góry, który wygrała Monika. Wrzućmy to do tej pustej butelki po whisky. Kto wyciągnie kartkę na miejscu, ten realizuje marzenie całej grupy. Ania klasnęła w dłonie. — Genialne! Ja już wiem, co napiszę. Marek, daj długopis! Zabawa nabierała tempa, muzyka w salonie grała coraz głośniej, a rozmowy stawały się coraz bardziej chaotyczne i radosne. Nikt już nie myślał o Davidzie. W tym momencie liczyło się tylko to, że butelka whisky była w połowie pusta, a ich serca w końcu całkowicie pełne. Gdy wszystkie skrawki papieru wylądowały w butelce, Marek potrząsnął nią energicznie. W salonie zapanowała ekscytacja, zmieszana z lekkim napięciem. — Dobra, kto wyciąga pierwszy „wyrok” na nasz wspólny wyjazd? — zapytał Marek, wodząc wzrokiem po twarzach przyjaciół. — Daj mi — powiedziała Ania, sięgając po butelkę. Wyciągnęła dwa palce do środka i wydobyła mocno zwinięty kawałek papieru. Rozwinęła go powoli, a gdy przeczytała treść, jej uśmiech na moment zastygł. W salonie zapadła grobowa cisza. Ania podniosła wzrok na Marka, potem na Monikę i Michała. Przełknęła ślinę i odczytała wyraźnie: — „Powrót na wyspę. Całą ekipą. Razem przeciwstawimy się przeszłości i przestaniemy się jej bać”. Szum w uszach Moniki był niemal słyszalny. Thomas mocniej uścisnął jej dłoń, a Michał wymienił krótkie, twarde spojrzenie z Markiem. To była propozycja Marka – jedyny sposób, by definitywnie zamknąć rozdział z Davidem i tamtym piekłem. — Chcesz tam wrócić? — szepnęła Monika, patrząc na Marka. — Do tego miejsca? Marek wstał i podszedł do środka kręgu. — Tak. Ale nie jako ofiary. Wrócimy tam jako właściciele tego czasu. Przejdziemy po tej plaży, zjemy kolację w tym dworku i pokażemy samym sobie, że żadne miejsce na ziemi nie ma nad nami władzy. Zrobimy to dla nas, Monia. Żebyś nigdy więcej nie musiała odwracać wzroku, gdy ktoś wspomni o wakacjach. Ania wstała i stanęła obok Marka, kładąc mu dłoń na piersi. — Jeśli zrobimy to razem... — spojrzała na Wiktorię i Michała — to może to być najpiękniejszy wyjazd w naszym życiu. Odczarujemy to miejsce. Michał powoli wypuścił powietrze. — Dobra. Jeśli snajper uważa, że to bezpieczne, to ja wchodzę w to pierwszy. Wiki? Wiktoria pokiwała głową, choć wciąż była blada. Thomas spojrzał na Monikę, czekając na jej ruch. Monika wzięła głęboki wdech, spojrzała na Marka i po raz pierwszy od wielu godzin uśmiechnęła się bez cienia strachu. — Skoro Marek obiecał mi woskowanie auta, to chyba przeżyję parę dni na plaży. Jedziemy. Atmosfera w salonie nagle pękła jak bańka mydlana – napięcie ustąpiło miejsca dzikiej radości i poczuciu ogromnej siły. Zaczęli planować, co zabiorą i jak tym razem będzie wyglądał ich pobyt na wyspie. To była ta chwila, w której alkohol przestał szumieć w głowach, a zaczęły grać czyste emocje. Siedzieli w kółku na dywanie, butelka z losami leżała porzucona obok, a temat powrotu na wyspę wciąż wibrował w powietrzu jako ostateczny akt odwagi. Ania przysunęła się blisko Marka, splatając swoje palce z jego dłonią. Spojrzała mu głęboko w oczy, ignorując na moment resztę towarzystwa. — Marek... skoro mamy tam wrócić i wszystko odczarować... skoro mamy zacząć zupełnie nowy rozdział — zaczęła cicho, a jej głos nabrał niezwykłej mocy. — Mam propozycję. Zróbmy to tam, gdzie wszystko się zaczęło, ale na naszych zasadach. Weźmy ślub w sali w karczmie moich rodziców. Tam, gdzie pierwszy raz poczuliśmy, że to jest to. W salonie zapadła cisza, ale tym razem była to cisza pełna światła. Marek nie wahał się ani sekundy. Uniósł dłoń Ani do ust i ucałował ją z taką nabożnością, że Wiktorii zakręciła się łza w oku. — Tak. Bez ogródek, tak — odpowiedział Marek, a w jego głosie brzmiała absolutna pewność. — To najlepsze miejsce na świecie. Zrobimy takie wesele, o jakim ta karczma będzie pamiętać przez pokolenia. Monika, obserwując tę scenę, poczuła, jak nagła fala inspiracji i radości zalewa jej serce. Spojrzała na Thomasa, który siedział obok niej, wciąż w tej przyciasnej koszuli Michała, wyglądając komicznie, ale i niezwykle blisko. Są narzeczeństwem od dłuższego czasu, przeszli razem przez piekło Davida, a ten wieczór pokazał im, że życie jest zbyt krótkie na czekanie. — Thomas... — Monika szturchnęła go lekko ramieniem, a w jej oczach pojawiły się iskierki. — A może i my w końcu byśmy się pobrali? Skoro Marek i Ania idą na całość, to może dołączymy do nich jako druga para nowożeńców? Podwójny ślub, podwójna radość... i jeden wielki koniec naszych koszmarów. Thomas spojrzał na nią zaskoczony, ale po chwili jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Odstawił szklankę whisky i objął ją mocno. — Myślałem, że nigdy nie zapytasz, Monia — zaśmiał się Thomas. — Zgadzam się. Karczma rodziców Ani pomieści nas wszystkich. Zróbmy to razem. Michał uderzył dłonią w udo, aż echo poniosło się po salonie. — No i to jest plan! — ryknął z zachwytu. — Dwie pary, jedna impreza, a ja jako brat i przyjaciel będę musiał dopilnować, żeby zapas alkoholu w tej karczmie był liczony w hektolitrach! Wiktoria rzuciła się na szyję Monice i Ani, gratulując im obu. Salon Marka stał się centrum planowania najszczęśliwszego dnia w ich życiu. Mijają dwa miesiące. Rany na ciele Marka i Michała zamieniły się w ledwo widoczne blizny, a te na duszy Moniki przykryła ekscytacja nowym życiem. Karczma rodziców Ani, położona malowniczo na skraju lasu, tętni przygotowaniami. Zapach świeżego drewna miesza się z aromatem pieczonych mięs i polnych kwiatów, które Wiktoria z Anią układały od rana w wazonach. Jest wieczór przed wielkim dniem. Panowie spotkali się w mniejszej sali, by przy szklance czegoś mocniejszego "ustabilizować nerwy". Marek, ubrany w luźną koszulę, siedzi przy dębowym stole, czyszcząc szklankę. Obok niego Michał i Thomas – dwaj mężczyźni, którzy jeszcze niedawno ryzykowali dla siebie życie w ciemnej piwnicy. — No, poruczniku — zaczął Michał, dolewając Markowi whisky. — Jutro o tej porze będziesz już pod pantoflem mojej ulubionej sąsiadki. Jak się z tym czujesz? Jako twój świadek, mam obowiązek zapytać: nie planujesz ucieczki oknem? — Spróbowałbym, gdybym nie wiedział, że jako świadek pierwszy byś mnie dogonił i doprowadził przed ołtarz siłą — zaśmiał się Marek, a w jego oczach widać było spokój, którego dwa miesiące temu tak mu brakowało. — A tak poważnie... nie mogę się doczekać. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, ten ślub to dla mnie jedyna prawdziwa misja, której nie mogę zawalić. W karczmie panował radosny chaos. Zapach świeżo polerowanego drewna i pieczonego chleba unosił się w powietrzu. Michał, jako "stary wyga" w małżeńskim fachu, przejął dowodzenie nad logistyką, rozstawiając dodatkowe stoły na sali. Marek, Thomas i Michał usiedli na chwilę przy barze, gdy ostatni dostawcy kwiatów opuścili budynek. Michał nalał wszystkim po solidnym kieliszku domowej nalewki ojca Ani. — No, panowie — zaczął Michał, patrząc na Marka i Thomasa. — Jutro o tej porze obaj będziecie mieli na palcach obrączki. Jako ten, który już przez to przeszedł, powiem wam jedno: to najlepsza niewola, w jaką dacie się wpakować. — Nie boję się, Michał — odparł Marek, obracając kieliszek w palcach. — Po tym, co przeżyliśmy dwa miesiące temu, stanie przed ołtarzem to czysta przyjemność. Cieszę się, że będziesz stał jutro obok mnie jako świadek. Bez ciebie nie byłoby mnie tutaj. Ani w ogóle by mnie nie było. — Daj spokój, Marek — Michał machnął ręką, choć widać było wzruszenie. — Jesteśmy kwita. Thomas, a ty? Gotowy na zostanie mężem tej mojej zwariowanej siostry? Thomas uśmiechnął się szeroko, patrząc na schody, na których przed chwilą widział Monikę. — Bardziej niż na cokolwiek innego. Marek, dzięki, że zgodziłeś się być moim świadkiem. To dla mnie ważne, że to właśnie ty, facet, który mnie wyciągnął z tamtego lochu, będziesz teraz stał za moimi plecami. — Rodzina trzyma się razem, Thomas. Zawsze — odpowiedział krótko Marek. Dla Marka świadkiem jest oczywiście Michał (najlepszy przyjaciel, brat broni). Dla Moniki świadkową jest Wiktoria (bratowa, która wspierała ją w najtrudniejszych chwilach). Dla Thomasa świadkiem jest Marek (nawzajem dla siebie, co podkreśla ich nową więź). Dla Ani świadkową jest Monika (przyszłe szwagierki, które w końcu odnalazły wspólny język). Ania i Monika siedziały na tarasie, patrząc na las otulony zmierzchem. Wiktoria właśnie weszła do nich z naręczem białych wstążek. — Dziewczyny, suknie wiszą, kwiaty dotarły, a wasi faceci na dole piją nalewkę i udają twardzieli — zaśmiała się Wiktoria, siadając obok nich. — Jak nastroje? — Nie wierzę, że robimy to razem — szepnęła Monika, patrząc na Anię. — Aniu, dziękuję ci, że będziesz moją świadkową. Po tym wszystkim, co namieszałam w twoim życiu z Markiem... to, że teraz siedzimy tu jak przyjaciółki, to dla mnie cud. Ania ujęła jej dłoń. — Przeszłość spłonęła razem z tamtym domem Davida, Monia. Jutro zaczynamy na czysto. Cieszę się, że Wiktoria będzie moją świadkową, a ty moją szwagierką. Wszystko jest tak, jak powinno być. Wiktoria objęła je obie. — Jutro rano fryzjerka przyjeżdża o siódmej, więc żadnego picia wina do rana! Macie wyglądać jak milion dolarów, bo Michał i Marek pewnie padną z wrażenia, jak was zobaczą. Później, gdy dom ucichł, Marek wyszedł na werandę zapalić. Michał dołączył do niego po minucie. — Marek... — zaczął Michał, opierając się o balustradę. — Pamiętasz, jak na misji w Afganistanie marzyliśmy o zimnym piwie i braku piachu w zębach? — Pamiętam — zaśmiał się Marek. — Myśleliśmy, że to szczyt luksusu. — A teraz spójrz. Karczma, dwie piękne kobiety czekające na nas na górze, i żadnych wrogów za płotem. Marek, obiecałeś Ani, że to koniec wojen. I ja cię za to słowo trzymam. Od jutra walczymy tylko o to, żeby one były szczęśliwe. — Masz moje słowo, Michał. Żadnej broni, żadnych piwnic. Tylko to. Marek spojrzał w stronę okna na piętrze. Wiedział, że jutrzejszy dzień nie jest tylko ceremonią. To był triumf życia nad śmiercią, którą David próbował im zasiać w sercach. Sala w karczmie wyglądała obłędnie. Pachniało świeżym świerkiem i białymi liliami, a przez wysokie okna wpadało popołudniowe słońce, tworząc świetliste smugi na drewnianym parkiecie. Goście już czekali, szeptem komentując wystrój, gdy nagle muzyka zmieniła ton na podniosły i radosny. Drzwi otworzyły się szeroko. Jako pierwsi weszli Marek i Thomas. Obaj w nienagannie skrojonych, ciemnych garniturach, wyglądali jak dęby – silni, niewzruszeni, choć Marek nerwowo poprawiał mankiet koszuli, a Thomas co chwilę zerkał na wejście. Obok nich, z dumnie uniesioną głową, kroczył Michał w roli świadka Marka. W pierwszym rzędzie siedzieli rodzice. Rodzice Ani, gospodarze tego miejsca, nie kryli wzruszenia – ojciec Ani dyskretnie ocierał łzę, patrząc na Marka, którego traktował już jak syna. Obok nich siedzieli rodzice Michała i Moniki – matka trzymała mocno dłoń męża, czując ogromną ulgę, że jej dzieci w końcu są bezpieczne i szczęśliwe. Dalej siedzieli rodzice Thomasa, którzy przyjechali z daleka, wciąż nie mogąc uwierzyć, że ich syn wyszedł cało z tamtego koszmaru. Ania wyglądała jak marzenie w sukni z koronkową góra, z szafirem lśniącym na szyi. Monika, w nieco odważniejszej, ale równie eleganckiej kreacji, promieniała spokojem, o który tak długo walczyła. Za nimi, jako świadkowa, szła Wiktoria, uśmiechnięta i dumna z obu dziewczyn. Gdy Marek zobaczył Anię, świat dla niego przestał istnieć. Zapomniał o gościach, o bliznach, o Davidzie. Widział tylko ją. Thomas natomiast, widząc idącą ku niemu Monikę, wziął głęboki oddech, jakby w końcu po miesiącach napięcia mógł wypuścić powietrze z płuc. Po ceremonii, gdy pierwsze gratulacje ucichły i goście zaczęli zasiadać do stołów, Marek poczuł, że musi na moment wyjść. Adrenalina i wzruszenie sprawiły, że potrzebował chłodnego powietrza. Wyszedł na taras i zapalił papierosa, patrząc na las w oddali. W tym czasie wewnątrz sali Ania zebrała Michała, Wiktorię, Thomasa i Monikę w małym kółku. — Słuchajcie — zaczęła Ania, ściszając głos i zerkając przez szybę na samotną sylwetkę Marka na tarasie. — Marek dzisiaj promienieje, ale wiem, że gdzieś tam w środku myśli o swoich rodzicach. Jest tu z nami wasza mama, wasz tata... a on jest sam. — Masz rację, Aniu — przytaknął Michał, poważniejąc. — Zawsze starał się to ukryć, ale w takie dni to wraca. — Pomyślałam sobie — kontynuowała Ania, kładąc dłoń na ramieniu Moniki — że jutro, zanim jeszcze zaczniemy poprawiny, moglibyśmy pojechać tam wszyscy. Całą naszą szóstką. Na grób jego rodziców. Chcę, żeby poczuł, że ich nie ma fizycznie, ale on nie jest sam. Że ma nas. Monika uśmiechnęła się ciepło, a w jej oczach pojawiło się głębokie zrozumienie. — To wspaniała myśl, Aniu. Naprawdę. Marek tyle dla nas zrobił, wyciągnął nas z takiego bagna... pokazanie mu, że jesteśmy jego rodziną również wobec jego zmarłych rodziców, to najpiękniejszy prezent ślubny. — Jestem za — dodał Thomas, ściskając dłoń Moniki. — On stał za mną w piwnicy, ja stanę za nim tam. — Ja też — szepnęła Wiktoria, ocierając oko. — Michał, pojedziemy, prawda? — Nawet mnie nie pytaj — odparł Michał, patrząc na przyjaciela przez szybę. — To jest to, czego mu brakuje do pełnego domknięcia tego rozdziału. Marek stał oparty o barierkę, wypuszczając ostatni kłębek dymu w chłodne, nocne powietrze. Gdy usłyszał za sobą kroki całej piątki, odruchowo wyprostował się, jakby wciąż był na posterunku. — Nie uciekniesz nam tak łatwo, poruczniku — zażartował Michał, stając po jego lewej stronie. Ania podeszła najbliżej, wślizgując się pod jego ramię. Marek spojrzał na nią, potem na Monikę, Thomasa i Wiktorię. Wszyscy mieli na twarzach ten sam, specyficzny rodzaj uśmiechu – mieszankę spisku i głębokiego wzruszenia. — Marek... — zaczęła Ania, bawiąc się szafirem na szyi. — Wiemy, że dzisiejszy dzień jest dla ciebie trudny pod jednym względem. Że patrzysz na nasze rodziny i czujesz tę pustkę. Dlatego wspólnie... całą naszą szóstką, przygotowaliśmy dla ciebie niespodziankę. Marek uniósł brwi, patrząc na Michała. — Niespodziankę? Michał, przecież mówiłeś, że po weselu idziemy prosto na poprawiny i nic więcej nie planujemy. — Skłamałem — odparł Michał z rozbrajającą szczerością. — Pierwszy i ostatni raz, obiecuję. Monika postąpiła krok do przodu i położyła dłoń na ramieniu Marka. — Jutro przed południem, zanim otworzymy pierwsze butelki na poprawinach, jedziemy wszyscy razem w jedno miejsce. Nie jako delegacja, nie jako znajomi. Jedziemy jako twoja nowa rodzina na grób twoich rodziców. Chcemy tam być z tobą, Marek. Chcemy im pokazać, że ich syn nie jest sam i że ma wokół siebie ludzi, którzy skoczą za nim w ogień. Wiktoria przytaknęła, ocierając kącik oka. — Thomas już sprawdził trasę, ja przygotowałam kwiaty, a Ania... Ania po prostu wiedziała, że to jest to, czego potrzebujesz najbardziej, żeby poczuć spokój. Marek milczał przez długą chwilę. Ten twardy facet, który bez mrugnięcia okiem wchodził do piwnicy pełnej uzbrojonych szaleńców, teraz poczuł, że gardło mu ściska niewidzialna obręcz. Spojrzał na Thomasa, który skinął mu głową z męskim porozumieniem. — Chcecie to zrobić dla mnie? — zapytał ochryple. — Jutro, w wasz pierwszy dzień jako małżeństwo? Monia, Thomas... przecież to wasz czas. — Właśnie dlatego, Marek — odpowiedział Thomas głębokim głosem. — Bo bez ciebie nie byłoby żadnego "naszego czasu". Jesteś częścią tej historii tak samo jak my. Marek przyciągnął Anię mocniej do siebie, a potem wolną ręką przyciągnął Michała do krótkiego, mocnego uścisku. — Nie wiem, co powiedzieć... Myślałem, że ten ślub to koniec walki. Ale widzę, że to dopiero początek czegoś, o czym nawet nie śmiałem marzyć. Dziękuję wam. — Nie dziękuj, tylko wracaj na salę — zaśmiał się Michał, klepiąc go po plecach. — Orkiestra zaraz zaczyna twój ulubiony kawałek, a my mamy jeszcze kilka toastów do wzniesienia, zanim jutro rano wyruszymy w tę trasę. Wszyscy wrócili do środka, gdzie światło lamp i dźwięki wesela biły od progu. Ale Marek, przekraczając próg sali, nie czuł już ciężaru przeszłości. Czuł, że jutrzejsze przedpołudnie będzie najważniejszą misją w jego życiu – misją powrotu do korzeni z ludźmi, którzy stali się jego nowym domem. Gwar rozmów i brzęk sztućców nagle ucichły, gdy DJ, po krótkim porozumieniu wzrokowym z Anią, wyciszył dynamiczne rytmy. Światła w karczmie nieco przygasły, przybierając ciepłą, miodową barwę, która idealnie komponowała się z surowym drewnem ścian. Ania spojrzała na Monikę, a ta odpowiedziała jej krótkim, porozumiewawczym skinieniem głowy. Monika jako jedyna wiedziała, jak wiele ten utwór znaczy dla Ani – był on ścieżką dźwiękową jej tęsknoty, nadziei i tych wszystkich nocy, gdy czekała na powrót Marka z misji. Z głośników popłynęły pierwsze nuty „Zwiędłych kwiatów”. Marek, który właśnie odstawiał szklankę na stół, zamarł. Ten utwór uderzył w niego jak fala wspomnień. Spojrzał na Anię, która stała na środku parkietu, wyciągając do niego rękę. Podszedł do niej powoli, a goście instynktownie utworzyli wokół nich krąg. Gdy Marek objął Anię w pasie, a ona splotła dłonie na jego karku, świat wokół nich przestał istnieć. Muzyka wypełniała każdą szczelinę karczmy. — To ten utwór... — szepnął Marek przy jej uchu, prowadząc ją w powolnym, niemal sennym rytmie. — Tak. Słuchałam go setki razy, kiedy cię nie było — odparła Ania, przymykając oczy i wtulając policzek w jego ramię. — Wtedy te „zwiędłe kwiaty” w tekście kojarzyły mi się z naszymi straconymi latami. Ale dzisiaj... dzisiaj ten utwór brzmi inaczej. Jak zwycięstwo. Monika stała obok Thomasa, patrząc na wirującą parę. Czuła, jak gardło jej ściska. Wiedziała, że ta piosenka to nie tylko muzyka – to ich wspólna blizna, która w końcu przestała boleć. Thomas objął Monikę mocniej, widząc, że jej oczy stają się wilgotne. — Oni na to zasłużyli, prawda? — zapytał cicho Thomas. — Bardziej niż ktokolwiek, kogo znam — odpowiedziała Monika, opierając głowę na jego piersi. Michał i Wiktoria stali kawałek dalej. Michał, zazwyczaj skory do żartów, teraz stał w milczeniu, z powagą obserwując przyjaciela. Widział, jak Marek w tym tańcu w końcu "składa broń", jak jego ramiona tracą tę wieczną, żołnierską sztywność. W połowie utworu Marek odsunął się na centymetr, by spojrzeć Ani prosto w oczy. — Aniu, obiecałem ci, że wojny się skończyły. Słuchając tego teraz, tutaj, w karczmie twoich rodziców, czuję, że te kwiaty wcale nie zwiędły. One po prostu czekały na odpowiedni moment, żeby zakwitnąć na nowo. Ania uśmiechnęła się, a jedna samotna łza spłynęła jej po policzku, lądując na szafirze. — Kocham cię, poruczniku. — Kocham cię, Aniu. Gdy utwór dobiegł końca, w sali zapanowała sekunda absolutnej ciszy, po której wybuchły gromkie brawa. To nie był tylko taniec. To był egzorcyzm nad przeszłością. Gdy wybrzmiały ostatnie nuty „Zwiędłych kwiatów”, na sali wciąż unosiła się aura wzruszenia. DJ, zgodnie z wcześniejszym planem, spojrzał na Monikę i Thomasa. Wiedział, że ta para potrzebuje czegoś, co podkreśli ich siłę – to, że po przejściu przez mrok, w końcu odnaleźli światło. Z głośników popłynęły pierwsze, głębokie dźwięki fortepianu utworu „Perfect” Eda Sheerana, ale w tej wyjątkowej, orkiestrowej wersji. To był utwór, który Thomas puszczał Monice w ich pierwszych wspólnych chwilach, kiedy jeszcze oboje bali się przyznać, jak bardzo im na sobie zależy. Thomas ujął dłoń Moniki i z gracją wprowadził ją na środek parkietu. Monika, w swojej lśniącej sukni, wyglądała tej nocy wyjątkowo. Nie było już w niej tej zalęknionej dziewczyny z tarasu dworku – przed wszystkimi stała dumna kobieta, która wywalczyła sobie prawo do szczęścia. — Wyglądasz obłędnie, Monia — szepnął Thomas, przyciągając ją blisko. — Wtedy w piwnicy, kiedy myślałem, że to koniec, widziałem twoją twarz. To ona trzymała mnie przy życiu. — A ja obiecałam sobie, że jeśli wrócisz, nigdy więcej nie pozwolę ci odejść — odpowiedziała Monika, kładąc głowę na jego ramieniu. — Ten taniec to nasze zwycięstwo, Thomas. Nad Davidem, nad strachem, nad wszystkim. Marek i Ania stali z boku, objęci, patrząc na nich z ogromną radością. Marek widział, jak jego dawna miłość, a teraz szwagierka, w końcu odnajduje spokój u boku faceta, który był dla niej gotów na wszystko. — Zobacz, Michał — szepnęła Wiktoria do męża, ocierając oczy. — Kto by pomyślał dwa miesiące temu, że będziemy tu stać i patrzeć, jak oni tańczą jako mąż i żona? — To cud, Wiki — odparł Michał, obejmując ją mocno. — Ale zasłużyli na każdy krok tego tańca. W sali karczmy na moment zapanował radosny zgiełk, ale Thomas, widząc Marka i Michała rozmawiających przy barze, poczuł, że to idealna chwila na jego mały spisek. Podszedł do Ani, szepnął jej coś na ucho, na co ona zareagowała szerokim uśmiechem i czułym całusem w policzek. — Jesteś kochany, Thomas. To będzie dla nich obu bardzo ważne — szepnęła. Thomas podszedł do stanowiska DJ-a, a po chwili z głośników popłynęły pierwsze, rozpoznawalne akordy „Brothers in Arms” Dire Straits. To był utwór, który dla każdego żołnierza, a szczególnie dla tej dwójki, miał znaczenie niemal sakralne. Marek i Michał wymienili porozumiewawcze spojrzenia, prostując się odruchowo. Jednak to nie oni mieli teraz tańczyć ze sobą. Thomas podszedł do Ani, zapraszając ją do tańca, a Monika, lśniąca w swojej ślubnej sukni, podeszła do Marka. — Poruczniku, wolno poprosić? — zapytała z tym swoim łobuzerskim błyskiem w oku, który Marek tak dobrze pamiętał z dawnych lat. Weszli na parkiet. Gdy Marek objął ją w pasie, poczuł, jak ogarnia go fala spokoju. Nie było już napięcia, nie było żalu. Tańczyli powoli, a muzyka Knopflera wypełniała przestrzeń między nimi. W pewnym momencie Marek zauważył coś, co sprawiło, że jego serce na ułamek sekundy zabiło mocniej. Z dekoltu sukni Moniki, tuż obok ślubnych zdobień, wyślizgnął się mały, srebrny wisiorek w kształcie połowy serduszka z grawerem M+.... Marek poczuł ucisk w gardle. Pamiętał, jak jej go dawał, wieki temu, myśląc, że to będzie trwało wiecznie. — Nadal go nosisz? — zapytał cicho, niemal szeptem. Monika spojrzała na wisiorek, a potem prosto w jego oczy. Oparła głowę na jego ramieniu, pozwalając, by zapach jego munduru i whisky na moment przywołał stare wspomnienia. — Noszę — odparła szczerze. — Nie dlatego, że wciąż czekam na tamtego Marka, ale dlatego, że ten wisiorek przypomina mi o jedynej dobrej rzeczy, jaką miałam w życiu, zanim świat oszalał. Byłeś moim ratunkiem, Marek. Zawsze nim byłeś. Jak wiele dla mnie znaczyłeś... tego nie da się opisać słowami. — Ty dla mnie też, Monia — Marek uścisnął ją nieco mocniej, prowadząc w tańcu. — Byłaś moją pierwszą wielką bitwą i najpiękniejszym wspomnieniem z czasów, gdy jeszcze nie wiedziałem, co to wojna. Cieszę się, że teraz jesteś bezpieczna. Że masz Thomasa. Tańczyli tak przez chwilę w milczeniu, celebrując to ostateczne pożegnanie z dawnym uczuciem, które teraz zamieniło się w najgłębszą formę przyjaźni. Monika czuła bicie jego serca i wiedziała, że to serce należy już całkowicie do kobiety tańczącej obok z Thomasem. Ania oparła skroń o ramię Michała. W tej jednej krótkiej chwili, gdy dźwięki „Brothers in Arms” jeszcze delikatnie wibrowały w powietrzu, czas dla niej zwolnił. Zamknęła oczy, a pod powiekami, niczym na starym filmie, zaczęły przelatywać obrazy, które ukształtowały jej życie. Zobaczyła oślepiające słońce nad oceanem i tę pamiętną grę w siatkówkę. Widziała Marka – jeszcze wtedy tak beztroskiego, z piaskiem na skórze, gdy ich dłonie po raz pierwszy zetknęły się przy siatce. Poczuła chłód słonej wody podczas ich nocnych kąpieli, gdy ocean wydawał się należeć tylko do nich. Przypomniała sobie te pierwsze, nieśmiałe dotyki, które szybko zamieniły się w palące pocałunki i namiętny seks na nagrzanym piasku, gdzie szum fal zagłuszał ich oddechy. Potem obraz się zmienił. Czuła zapach deszczu i taniego tytoniu w Paryżu. Widziała ten ciasny pokój w motelu, gdzie każda sekunda ich bliskości była podszyta strachem przed nieuchronnym