przygoda · 1 godz. 23 min czytania
Rysa na szkle – Tom 1: Zwiędłe kwiaty (Prolo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rysa Na Szkle... Alternatywna edycja. (zwiędłe kwiaty) PROLOG Słońce nad Oceanem Indyjskim nie wschodziło powoli – ono po prostu eksplodowało na horyzoncie, zalewając plażę oślepiającym złotem. Piasek był jeszcze chłodny, ale powietrze już gęstniało od wilgoci i zapachu egzotycznych kwiatów. Marek stał na tarasie apartamentu, poprawiając szorty. Patrzył na spokojną taflę wody. Z dołu dobiegały już głosy. Michał i Weronika byli rannymi ptaszkami. – Marek! Ruszaj się! Siatka sama się nie rozegra! – krzyknął Michał znad brzegu, machając ręką. Obok niego Weronika, w jaskrawym bikini, właśnie smarowała ramiona olejkiem, śmiejąc się z jakiegoś żartu. Marek uśmiechnął się pod nosem, ale w środku czuł dziwny niepokój. Może to przez Davida. Spojrzał w stronę leżaków przy barze. David już tam był. Wysoki, o nienagannej, sportowej sylwetce i skórze opalonej na mahoń. Miał na sobie drogie okulary przeciwsłoneczne i ten swój protekcjonalny uśmiech, który Markowi od początku działał na nerwy. David był ucieleśnieniem sukcesu, jakiego Marek – skromny chłopak z Polski – nigdy nie potrafił do końca zrozumieć. Obok Davida siedziała Ania. Wyglądała promiennie, choć w jej oczach, gdy zerkała na Davida, było widać pewien rodzaj desperackiego podziwu. Była drobna, z jasnymi włosami rozjaśnionymi od słońca, w zwiewnej tunice, która powiewała na wietrze. W końcu z pokoju wyszła Monika. Podeszła do Marka od tyłu i oparła podbródek na jego ramieniu. – O czym tak myślisz? – zapytała cicho. Pachniała kokosem i słońcem. – O niczym. Po prostu... jest zbyt idealnie – odpowiedział, odwracając się do niej. Monika wyglądała obłędnie. Ciemne włosy miała upięte w luźny kok, a jej skóra lśniła. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to ostatni raz, kiedy patrzy na nią z taką bezgraniczną ufnością. Zeszli na dół. Piasek parzył już w stopy. – Składy? – zapytał Mike, obracając piłkę w dłoniach. – Ja z Weroniką przeciwko wam? – Ja zagram z Markiem i Moniką – wtrącił się David, podchodząc do nich z drinkiem w ręku, którego odstawił na słupek od siatki. – Muszę zobaczyć, jak ten wasz polski temperament radzi sobie z moją zagrywką. Gra była dynamiczna, ale napięcie między Markiem a Davidem było wyczuwalne w każdym skoku do bloku. David grał agresywnie, celowo celując piłką blisko Moniki, by potem „ratować” sytuację, muskając jej ramię w przepraszającym geście. Marek zaciskał zęby. – Spokojnie, to tylko gra – rzuciła Monika do Marka, gdy zmieniali strony. Była zadyszana, krople potu spływały jej po dekolcie. Śmiała się, ale jej wzrok coraz częściej uciekał w stronę Davida, który właśnie popisywał się efektownym serwem. Ania siedziała na boku, kibicując Davidowi. Wołała jego imię przy każdym punkcie, nie zauważając, że on nawet na nią nie patrzy. Jego uwaga była skupiona wyłącznie na Monice. – Dobra, koniec tego palenia słońcem – sapnął w końcu Michał, rzucając piłkę w stronę oceanu. – Czas na kąpiel, zanim się tu ugotujemy! Wszyscy ruszyli w stronę błękitnej wody. Śmiech, plusk fal, beztroska. Nikt nie przypuszczał, że to słońce, które teraz ich ogrzewało, wieczorem stanie się świadkiem końca ich wspólnego świata. Woda w oceanie była jak płynny turkus – ciepła, słona i zdradliwie spokojna. Gdy Michał i Weronika, splatali dłonie i z trudem łapiąc oddech ze śmiechu, ruszyli w stronę hotelowych bungalowów, na placu boju została czwórka: Marek, Monika, David i Ania. Marek zanurzył się po samą szyję, czując, jak chłód wody studzi emocje po meczu. Nagle poczuł gwałtowny plusk tuż obok. To Ania, z mokrymi włosami przylepionymi do policzków, wynurzyła się tuż przed nim, niemal ocierając się o jego klatkę piersiową. – I co, panie snajperze? – zaświergotała, mrużąc oczy od słońca. – W wodzie też jesteś taki sztywny jak na piasku? Myślałam, że chociaż tutaj trochę wyluzujesz. Marek odsunął się o krok, zachowując bezpieczny dystans. – Jestem wyluzowany, Ania. Po prostu nie lubię przegrywać, nawet w siatkówkę. – Oj tam, przegrywać... – Ania machnęła ręką, rozpryskując wodę. – Ważne, kto cię potem pocieszy. David jest zajęty robieniem wrażenia na wszystkich dookoła, więc pomyślałam, że może ty potrzebujesz towarzystwa? Zaczęła krążyć wokół niego, niby to płynąc, niby to dryfując. Jej spojrzenie było aż nazbyt wymowne. Marek kątem oka widział Monikę. Stała kilka metrów dalej, w wodzie sięgającej jej do pasa. David podszedł do niej blisko, zdecydowanie za blisko. – Masz świetną koordynację, Moniko – głos Davida niósł się po wodzie, niski i pewny siebie. – W Maryland brakuje takich kobiet. Tam wszystko jest... sztuczne. Ty masz w sobie coś dzikiego. Monika zaśmiała się, odrzucając mokre włosy do tyłu. – Coś dzikiego? David, to tylko siatkówka plażowa, nie wyprawa do dżungli. – Może. Ale sposób, w jaki patrzysz na piłkę... i nie tylko na nią... sugeruje, że nudzisz się w tym swoim poukładanym świecie – David zrobił krok w jej stronę, a fala uniosła ich oboje, sprawiając, że ich ramiona na moment się zetknęły. Monika nie odsunęła się od razu. Spojrzała w stronę Marka, ale ten był zajęty odpieraniem coraz śmielszych żartów Ani. – Marek! – zawołała Monika. – Idziemy do brzegu? Robi się gorąco! – Jeszcze chwila! – odkrzyknęła za niego Ania, kładąc dłoń na ramieniu Marka. – Właśnie uczę Marka, jak nie być takim poważnym! Marek poczuł ukłucie irytacji. Zdjął dłoń Ani ze swojego ramienia. – Wystarczy, Ania. Monia, idę – rzucił krótko. Wychodzili z wody w dziwnym szyku. Marek przodem, za nim Monika, którą David szarmancko podtrzymał za łokieć, gdy potknęła się o podwodny kamień. Na samym końcu szła Ania, gryząc wargę z niezadowoleniem. – Dzięki, David. Dam sobie radę – powiedziała Monika, ale nie wyrwała ręki. – Wiem, że dasz. Ale po co, skoro ja tu jestem? – odpowiedział z uśmiechem, który nie zapowiadał niczego dobrego. Gdy dotarli do leżaków, atmosfera była gęsta. Marek czuł, że ten idealny dzień zaczyna gnić od środka. W oddali, przy plażowym barze, barman zaczął puszczać głośniejszą, rytmiczną muzykę. Zapach grillowanych owoców morza mieszał się ze słoną bryzą. Tymczasem w bungalowu numer 14 panował zupełnie inny klimat. Michał i Wiki zostawili resztę na plaży, szukając chwili tylko dla siebie. Chłodne powietrze z klimatyzacji było zbawieniem po upalnym dniu. – Jesteś pewna, że nie chcemy iść na tę kolację? – zapytał Michał, rozpinając koszulę i patrząc na Weronikę, która właśnie rzuciła się na wielkie, zasłane białą pościelą łóżko. – Niech jedzą sami – mruknęła, wyciągając rękę w jego stronę. – David i tak będzie zamęczał wszystkich opowieściami o swoich jachtach, a Ania będzie wpatrzona w Marka jak w obrazek. Tu jest ciszej. I znacznie przyjemniej. Michał usiadł obok niej, gładząc ją po mokrych jeszcze włosach. Przez chwilę zapomnieli o napięciach, które narastały w ich grupie. Byli tylko oni, odizolowani od reszty świata ścianami luksusowego apartamentu. Scena była pełna czułości, daleka od brutalności, która miała nadejść. Gdy Michał i Weronika cieszyli się swoją prywatnością, przy barze „Blue Lagoon” zaczynała się prawdziwa impreza. – Cztery tequile! – zawołał David, rzucając banknot na blat. – I nie żałujcie cytryny! Marek stał z boku, oparty o drewniany filar. Czuł się tu obco. Ania, zgodnie z planem, niemal nie odstępowała go na krok. – Marek, no weź, wypij z nami – prosiła, podając mu kieliszek. Jej dłoń celowo musnęła jego palce. – Przecież są wakacje. Co cię tak gryzie? – Nic mnie nie gryzie, Ania. Po prostu nie mam nastroju na świętowanie – odpowiedział twardo, ale przyjął alkohol. Monika stała po drugiej stronie Davida. Widziała, jak Ania "obsługuje" Marka i poczuła nagłe ukłucie... zazdrości? A może irytacji, że Marek na to pozwala? David to wyczuł. Zawsze wyczuwał słabość. – Twój chłopak wygląda, jakby zaraz miał kogoś zastrzelić, Moniko – szepnął David jej do ucha, stając tak blisko, że czuła ciepło jego ciała. – Może potrzebuje lekcji, jak się bawić? A może to ty potrzebujesz kogoś, kto nie patrzy na świat jak na pole bitwy? Monika spojrzała na Davida. Jego oczy, skryte za przyciemnianymi szkłami, obiecywały coś niebezpiecznego i ekscytującego jednocześnie. – On po prostu taki jest – rzuciła krótko, ale nie odsunęła się, gdy David położył dłoń na jej talii, prowadząc ją w stronę parkietu, gdzie pierwsze pary zaczęły już tańczyć. Marek widział to wszystko. Widział dłoń Davida na jej biodrze. Widział, jak Monika przez ułamek sekundy przymyka oczy. Ścisnął kieliszek tak mocno, że kłykcie mu pobielały. W pokoju numer 14 czas jakby stanął w miejscu. Podczas gdy na plaży dudniły basy, tutaj słychać było jedynie cichy szum klimatyzacji i miarowy oddech. Michał leżał na plecach, wpatrzony w sufit, na którym cienie palm rzucane przez zewnętrzne oświetlenie tańczyły powolny balet. Weronika leżała wtulona w jego bok, kreśląc palcem niewidzialne wzory na jego klatce piersiowej. — Myślisz, że u nich wszystko w porządku? — zapytała nagle cicho, przerywając kojącą ciszę. Michał westchnął, splatając palce z jej dłonią. — U Marka i Moniki? Nie wiem, Wiki. Marek jest spięty. Ten wyjazd miał ich do siebie zbliżyć, a mam wrażenie, że z każdym dniem oddalają się od siebie o kilometr. David... David nie pomaga. — David to dupek — rzuciła bez ogródek Weronika, unosząc się na łokciu. — Widzę, jak na nią patrzy. Jakby była kolejnym trofeum do powieszenia nad kominkiem obok głowy jelenia. A Monika... ona jest zagubiona. Marek stał się taki zamknięty w sobie. Czasami patrzę na niego i mam wrażenie, że rozmawiam z murem, a nie z przyjacielem, którego znałam lata temu. Michał milczał chwilę. Wiedział o Marku rzeczy, o których dziewczyny nie miały pojęcia. O misjach, o tym, co widział w celowniku, o nocnych potach, które Marek próbował ukryć przed światem. — Marek po prostu za dużo przeszedł. Potrzebuje czasu. Ale na tej wyspie czas płynie inaczej. Wszystko jest tu... intensywne. — Za intensywne — szepnęła Weronika, przybliżając twarz do jego twarzy. — Obiecaj mi, że my tacy nie będziemy. Że zawsze będziemy ze sobą rozmawiać. Michał uśmiechnął się blado i pocałował ją w czoło. — Obiecuję. My jesteśmy „twardą bazą”, pamiętasz? Przez moment wydawało się, że są bezpieczni. Że ten pokój to schron, do którego nie dotrze jad, który zaczął sączyć się w serca ich przyjaciół na dole. Michał przyciągnął ją mocniej do siebie, wdychając zapach jej skóry – mieszankę słońca, soli i perfum. Nie wiedział jeszcze, że za kilka godzin ten spokój zostanie rozerwany na strzępy, a on sam będzie musiał wybierać między lojalnością a przetrwaniem. Muzyka przy barze stawała się coraz głośniejsza, basy dudniły w rytm uderzających o brzeg fal. Kolorowe światła lampionów rzucały migotliwe cienie na twarze tańczących. David nie marnował czasu. Przyciągnął Monikę blisko, kładąc dłonie na jej biodrach z pewnością siebie, która graniczyła z bezczelnością. Monika, początkowo spięta, pod wpływem alkoholu i dusznej atmosfery, zaczęła poddawać się rytmowi. Gdy ich oczy się spotkały, David zdjął okulary. Jego wzrok był drapieżny. – Widzisz? – szepnął, nachylając się do jej ucha. – Świat się nie zawalił, bo przez chwilę przestałaś być idealną partnerką swojego poważnego żołnierza. Monika nie odpowiedziała, ale jej spojrzenie utknęło w jego oczach na sekundę za długo. To wystarczyło. Marek, po drugiej stronie parkietu, mechanicznie poruszał się z Anią. Ona niemal wisiała na jego szyi, próbując złowić choć cień uśmiechu. Marek jednak patrzył tylko w jedną stronę. Widział, jak dłoń Davida przesuwa się niżej, widział, jak Monika odchyla głowę do tyłu, śmiejąc się z czegoś, co ten jej szepnął. Poczuł nagłe uderzenie gorąca, które nie miało nic wspólnego z tropikalną nocą. To była mieszanka upokorzenia i czystej wściekłości. – Przepraszam, Ania. Muszę odetchnąć – rzucił krótko, puszczając ją niemal w pół kroku. Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i ruszył prosto w stronę ciemnej plaży, z dala od hałasu i świateł. Przeszedł kilkaset metrów, aż muzyka stała się tylko odległym echem. Usiadł na piasku, opierając łokcie o kolana. Słuchał oceanu. Po kilku minutach usłyszał za sobą kroki. Ciche, delikatne. – Wiedziałam, że tu będziesz – Ania usiadła obok niego, nie pytając o pozwolenie. Pachniała drinkami i drogimi perfumami. – Nie patrz tak na nich. To tylko taniec. Marek parsknął krótkim, gorzkim śmiechem. – To nigdy nie jest "tylko taniec", Ania. Znam ją. – A ona zna ciebie? – Ania przysunęła się bliżej, jej ramię oparło się o jego. – Opowiedz mi... jak to się w ogóle zaczęło? Skąd się wzięliście w tym Maryland? Marek milczał chwilę, wpatrzony w horyzont. – Przez Michała. Byliśmy w jednej jednostce. On był moim łącznikiem ze światem, który zostawiłem za sobą. Kiedyś, na przepustce, zabrał mnie na imprezę. Tam była ona. Wyglądała wtedy... inaczej. Tak czysto. Pomyślałem, że to jest to, co uratuje mnie przed tym wszystkim, co robię. – A co robisz, Marek? Naprawdę? – jej głos był teraz niski, niemal prowokujący. – To, o czym nikt nie chce słuchać przy drinku na wakacjach – odpowiedział, odwracając głowę w jej stronę. – Jestem cieniem. Patrzę przez szkło i czekam na ten jeden moment, kiedy świat na chwilę staje w miejscu. Ale dzisiaj to ja czuję się, jakbym był na celowniku. Ania położyła dłoń na jego karku, delikatnie gładząc krótkie włosy. – Biedny, skrzywdzony żołnierz... – szepnęła. – Wiesz, co jest twoim problemem? Jesteś zbyt lojalny wobec kogoś, kto właśnie o tobie zapomina przy barze. Jej twarz była teraz centymetry od jego. Marek czuł gniew, czuł alkohol i czuł zapach Ani, która oferowała mu coś prostego – zemstę lub zapomnienie. W głowie wciąż miał obraz Moniki w ramionach Davida. Ania nie czekała. Pocałowała go – najpierw delikatnie, badawczo, a potem zaborczo. Marek przez sekundę chciał ją odepchnąć, ale narastająca w nim frustracja wygrała. Przyciągnął ją do siebie, pozwalając, by emocje wzięły górę nad logiką. Na tej ciemnej plaży, pod gwiazdami, lojalność, o której mówił Michał, właśnie zaczęła pękać. Ania pchnęła Marka na piasek z siłą, której się po niej nie spodziewał. Upadł na plecy, czując pod dłońmi drobne, wciąż ciepłe ziarna, a sekundę później poczuł jej ciężar. Usiadła na nim, okrakiem, dominując nad nim w tej ciemności. Pocałunki były zachłanne, przesiąknięte smakiem tequili i desperacji. Marek, targany wściekłością na Monikę, oddawał je z brutalną siłą. Jego dłonie odnalazły jej pośladki, mocno zaciskając się na skórze, co wywołało u niej gardłowy pomruk. Ania drżącymi rękami rozpięła biustonosz i rzuciła go gdzieś obok. — Nie myśl o niej... — szepnęła prosto w jego usta, oddychając ciężko. — Teraz jestem tu ja. Marek patrzył na nią w półmroku. Jej ciało było drobne, ale wysportowane, o gładkiej, oliwkowej cerze, która w świetle księżyca wydawała się niemal srebrzysta. Miała niewielkie, jędrne piersi o sterczących sutkach, które teraz dotykały jego klatki piersiowej przy każdym jej oddechu. Ania położyła się na nim całkowicie, przesuwając dłońmi po jego ramionach, pieszcząc napięte mięśnie brzucha, schodząc coraz niżej. Nagle, jakby uderzył w niego piorun, Marek oprzytomniał. Obraz Moniki tańczącej z Davidem, który miał go sprowokować do zemsty, nagle wyblakł, zostawiając po sobie tylko niesmak. — Przepraszam, Ania... nie mogę — wychrypiał, kładąc dłonie na jej ramionach i delikatnie, ale stanowczo ją odsuwając. — Co? Marek, przecież... — zaczęła, zdezorientowana, jej głos drżał od podniecenia i nagłego chłodu. — To błąd. Nie tak to ma wyglądać. Przepraszam cię — powtórzył, wstając i otrzepując piasek ze spodni. Nie patrzył na nią. Ania została na piasku, skulona, czując palący wstyd. Marek odwrócił się i ruszył w stronę świateł hotelu, zostawiając ją samą w ciemności. Ania powoli sięgnęła po porzucony biustonosz. Jej dłonie wciąż drżały, gdy zapinała go na swoich piersiach, które jeszcze przed chwilą pulsowały od jego dotyku. Miała ochotę krzyczeć, ale tylko patrzyła, jak wysoka sylwetka Marka znika w oddali. W końcu wstała, poprawiła włosy i z maską obojętności na twarzy wróciła do baru. Musiała się napić. Monika nie widziała wyjścia Marka, ani tym bardziej jego powrotu. David nie dawał jej chwili wytchnienia. Każdy jego ruch, każde słowo było precyzyjnie wymierzone w jej słabe punkty. — Twój żołnierz uciekł z pola bitwy, Moniko — zakpił David, podając jej kolejnego drinka. — Zostałaś sama na placu zabaw. Monika spojrzała na pusty leżak, gdzie jeszcze niedawno siedział Marek. Poczuła ukłucie żalu, który szybko zagłuszyła kolejnym łykiem mocnego alkoholu. David uśmiechnął się zwycięsko. — Chodź — powiedział, biorąc ją za rękę. — Pokażę ci widok, którego z dołu nie zobaczysz. Mój apartament ma najlepszy taras na wyspie. Monika zawahała się tylko przez ułamek sekundy. Alkohol, złość na Marka i magnetyzm Davida zrobiły swoje. Wnętrze apartamentu Davida ociekało luksusem – marmury, przygaszone światła i zapach drogiego tytoniu. David z wprawą otworzył butelkę szampana, a korek wystrzelił z cichym, satysfakcjonującym mlaśnięciem. – Za wolność, Moniko – powiedział, podając jej kryształowy kieliszek. Pili w milczeniu, patrząc na światła wyspy. David stanął za nią i położył dłonie na jej ramionach, powoli zsuwając je w stronę dekoltu. Jego dotyk był pewny, wręcz władczy. Monika poczuła, jak jej ciało sztywnieje. Nagle obraz Marka – tego milczącego, trudnego, ale autentycznego faceta – uderzył w nią z ogromną siłą. – Nie, David. To błąd – powiedziała, odstawiając kieliszek z głośnym stukotem. – Naprawdę? Chcesz wrócić do tego mruka, który nawet nie potrafi się do ciebie uśmiechnąć? – zakpił, ale ona już była przy drzwiach. Zbiegła na dół, czując na skórze chłodną bryzę. Znalazła Marka przy barze. Siedział nad szklanką whisky, wpatrzony w taflę lodu. Wyglądał na zmęczonego. – Gdzie byłaś? – zapytał, nie podnosząc wzroku. – Musiałam przewietrzyć głowę. Rozmawiałam z Davidem... o pracy, o tym wszystkim – skłamała gładko, przemilczając dotyk jego dłoni w apartamencie. Marek odstawił szklankę. – Idź do pokoju, Monia. Połóż się. Ja muszę jeszcze posiedzieć. – Co? Dopiero co cię znalazłam! Marek, zachowujesz się, jakbym była twoim wrogiem! – jej głos zaczął wibrować od narastającej frustracji. Kłótnia była krótka, ale ostra. Padło kilka słów o braku zaufania i emocjonalnym chłodzie. W końcu Monika, zaszklonymi z wściekłości oczami, odwróciła się na pięcie i ruszyła do ich pokoju, rzucając na odchodnym: „Bądź sobie sam, skoro tak ci dobrze!”. Marek został. Wyciągnął telefon i zaczął przesuwać zdjęcia. Z oddali, przy sąsiednim stoliku, obserwowała ich Ania. Widziała wszystko – ucieczkę Moniki i samotność Marka. Odczekała chwilę, po czym podeszła do baru. – Dwa razy to samo, co ma ten pan – rzuciła do barmana, siadając obok Marka. – Nie uciekniesz przed przeznaczeniem, Marek. Marek o dziwo nie odsunął się. Alkohol sprawił, że bariery pękły. Zamiast chować telefon, obrócił go w jej stronę. – Patrz. To Afganistan. 2018 rok. Na zdjęciu Marek był nie do poznania – twarz umorusana maskującą farbą, oczy ukryte za profesjonalnymi goglami, a w dłoniach potężny karabin snajperski w kamuflażu. Wyglądał jak maszyna, nie jak człowiek. – Boże... wyglądasz niesamowicie. Tak groźnie – szepnęła Ania, przysuwając się bliżej, by lepiej widzieć ekran. – To ty? Naprawdę to robiłeś? – To jedyne, co potrafię robić naprawdę dobrze – mruknął, przesuwając na kolejne zdjęcie. Był tam on i Michał, obaj uśmiechnięci, zakurzeni, trzymający kubki z kawą na tle pustynnego krajobrazu. A potem... zdjęcie z Moniką. Z jakiegoś wesela w Polsce. Ona w czerwonej sukience, on w garniturze, wyglądający na skrajnie spiętego. – Pasujecie do siebie jak ogień i lód – zauważyła Ania, wpatrując się w jego oczy. – Tylko lód w końcu pęka, Marek. A ogień potrzebuje paliwa. Śmiali się z jakiejś opowieści o tym, jak Michał o mało nie wysadził kuchni polowej. Ania słuchała go z autentycznym zachwytem, jakby każde jego słowo było objawieniem. Marek czuł się w końcu rozumiany, doceniony nie za to, kim chce go widzieć Monika, ale za to, kim naprawdę jest. Wpatrywali się w siebie długo, podczas gdy na ekranie telefonu wciąż widniała uśmiechnięta Monika. Kontrast nie mógł być większy. Noc stawała się coraz głębsza, a bar powoli pustoszał, zostawiając ich w niemal intymnej bańce światła i dźwięku. Ania chłonęła każde słowo Marka, jakby czytała pasjonującą powieść, do której nikt inny nie miał dostępu. — Powiedz jeszcze jedno... — szepnęła, przysuwając się tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu na szyi. — Jak to jest? Ten moment przed strzałem. Kiedy wszystko zamiera. Marek, pod wpływem whisky i jej nieukrywanego podziwu, zaczął mówić o rzeczach, o których milczał przez lata. Opowiadał o kontrolowaniu oddechu, o biciu serca, które musi zgrać się z ruchem palca na spuście, o ciszy, która jest głośniejsza niż wybuchy. Czuł dziwną ulgę. Monika zawsze odwracała głowę, gdy wspominał o wojsku, chciała go widzieć w garniturze w biurze, a nie w błocie z karabinem. Ania przeciwnie – ona chciała poczuć ten dreszcz. Położyła mu delikatnie dłoń na policzku, kciukiem gładząc jego kilkudniowy zarost. — Jesteś najbardziej fascynującym mężczyzną, jakiego w życiu poznałam, Marek. Ona nie ma pojęcia, kogo ma obok siebie. Ich spojrzenia splotły się na długo. W oczach Ani płonął ogień, który dla Marka był jak magnez. Bez słowa wstali od baru. Nie potrzebowali ustaleń. Nogi same poniosły ich z powrotem na tę samą ciemną plażę, z dala od świateł i ludzi. Tym razem nie było wahań. Ania znów sprowadziła go na piasek, siadając na nim z jeszcze większą pasją niż wcześniej. Jej ciało w świetle księżyca wydawało się niemal nierealne. Kiedy ich usta się spotkały, Marek poczuł, jak pękają w nim ostatnie tamy lojalności. Zapach oceanu mieszał się z jej zapachem, a dłonie Marka znów pewnie błądziły po jej ciele. Byli całkowicie zatraceni w sobie, oddychając tym samym, gorącym powietrzem. Ania cicho pojękiwała, czując siłę jego ramion, a Marek na moment zapomniał o całym świecie, o Monice, o misjach i o tym, że to wszystko jest jednym wielkim błędem. Nagle ciszę nocy rozdarł głośny, drwiący śmiech. — No proszę! A tak się martwiła o swojego żołnierzyka! Marek momentalnie zastygł. Ania gwałtownie się podniosła, próbując zasłonić się rękami. Kilka metrów dalej stał David. Wyglądał na pijanego, ale w jego oczach czaiła się czysta złośliwość. W ręku trzymał niedopitą butelkę piwa. — Czego tu szukasz, David? — warknął Marek, wstając powoli z piasku. Jego głos był teraz tym samym zimnym głosem, którym wydawał rozkazy na misjach. — Szukam rozrywki! I widzę, że ją znalazłem. Ciekawe, co powie Monika, jak się dowie, że jej bohater narodowy obrabia koleżankę na piasku jak jakiś nastolatek? — David zrobił krok w ich stronę, chwiejąc się lekko. — Jesteś żałosny, Marek. Udajesz wielkiego twardziela, a wystarczyło trochę alkoholu i inna spódniczka, żebyś zapomniał o zasadach. — Odejdziesz stąd po dobroci, albo cię stąd wyniosą — powiedział cicho Marek, zaciskając pięści. David roześmiał się prosto w jego twarz. — Ooo, groźny snajper! I co mi zrobisz? Uderzysz mnie? No dawaj! Pokaż, jaki jesteś mocny, gdy nie masz lunety przed okiem! — David podszedł jeszcze bliżej i złośliwie pchnął Marka otwartą dłonią w pierś. — Jesteś nikim bez swojego munduru, Marek. Zwykłym, zmęczonym facetem, którego kobieta właśnie nudzi się w pokoju, bo ty nie potrafisz jej zaspokoić tak jak ja... To było o jedno słowo za dużo. Marek nie czekał. Pierwszy cios spadł na szczękę Davida z szybkością błyskawicy. David zatoczył się, butelka wypadła mu z rąk i rozbiła się o kamień. Jednak David, mimo pijaństwa, był duży i silny. Rzucił się na Marka z furią, obalając go na piasek. Zaczęła się brutalna, bezładna szarpanina. Ania krzyknęła, cofając się w stronę baru, by szukać pomocy. Na piasku, w świetle księżyca, dwaj mężczyźni okładali się pięściami, tocząc walkę, która nie była już tylko o kobietę, ale o całą skumulowaną w nich nienawiść. Plaża stała się sceną chaosu. Ania, z rozmazanym makijażem i w pośpiechu narzuconej sukience, wpadła do bungalowów, budząc wszystkich. Chwilę później na piasku pojawiła się cała grupa. Marek i David wciąż się kotłowali, ale przewaga zawodowca zaczęła znikać pod wpływem emocji i alkoholu. Gdy Michał dopadł do nich i siłą odciągnął Marka, David, wycierając krew z rozbitej wargi, zaczął się histerycznie śmiać. — No, spójrzcie na niego! — wykrzyczał David, wskazując palcem na Marka. — Wasz wielki bohater! Monika, twój facet obrabiał tę małą na piasku! Widziałem ich, niemal na sobie leżeli! Monika stanęła jak wryta. Jej twarz w świetle księżyca stała się trupio blada, a potem wykrzywiła się w grymasie czystej wściekłości. — Marek? To prawda? — zapytała głosem tak zimnym, że Michał aż zadrżał. Marek milczał. Siedział na piasku, ciężko dysząc, z rozciętym łukiem brwiowym. Nie miał siły kłamać, a prawda wydawała się zbyt skomplikowana. — Jesteś żałosny — rzuciła Monika, odwracając się na pięcie. — Podejrzewałam, że coś jest nie tak, ale to? Z nią? Na plaży jak zwierzęta? Wiktoria próbowała podejść do Moniki, położyć jej rękę na ramieniu, ale ta ją odepchnęła. — Zostawcie mnie wszyscy! — krzyknęła Monika i pobiegła w stronę pokoi. Wiktoria, widząc, że nie ma szans na rozmowę, westchnęła ciężko. Czuła, jak ten wyjazd rozpada się w pył. Poszła do swojego bungalowu, otworzyła szampana, który miał być na inną okazję, i zaczęła pić prosto z butelki, próbując zagłuszyć narastający ból głowy. Michał spojrzał na Marka z mieszanką zawodu i złości. — Stary... co ty narobiłeś? — rzucił krótko, po czym poszedł za Wiktorią, by nie zostawiać jej samej w tym stanie. David, widząc swój triumf, rzucił ostatnie pogardliwe spojrzenie Markowi. — Dobranoc, snajperze. Twoja wojna właśnie się skończyła — zakpił i chwiejnym krokiem ruszył do swojego apartamentu, gdzie kilka minut później zasnął kamiennym snem. Marek został na brzegu sam. Krew z łuku brwiowego spływała mu po policzku, mieszając się z piaskiem. Czuł się pokonany – nie przez Davida, ale przez własne decyzje. Wtedy wróciła Ania. Uklękła obok niego, wyciągając z torebki wilgotną chusteczkę. — Tak mi przykro, Marek... — szepnęła, delikatnie przemywając jego rany. — To wszystko moja wina. Nie chciałam, żeby tak wyszło. Przepraszam cię. Marek spojrzał na nią. Jej dłoń spoczęła na jego policzku, kciuk gładził miejsce tuż pod sińcem. — Nie tak to sobie wyobrażałem — mruknął Marek, czując, jak adrenalina powoli opuszcza jego ciało, zostawiając tylko pustkę. — Wiem. Ale oni cię nie rozumieją. Ja cię rozumiem — odpowiedziała Ania, patrząc mu głęboko w oczy. — Chodź. Musisz ochłonąć. Dosłownie. Wstała i zaczęła zdejmować sukienkę. W blasku księżyca jej ciało wyglądało jak wyrzeźbione z kości słoniowej. Marek, działając jak w transie, zaczął zrzucać ubranie. Ta chwila buntu przeciwko wszystkim i wszystkiemu była mu potrzebna. Weszli do oceanu całkowicie nadzy. Woda była chłodna, idealnie koiła rozpaloną skórę i pulsujące rany. Płynęli ramię w ramię, aż bar stał się tylko małym światełkiem w oddali. Gdy się zatrzymali, woda sięgała im do piersi. Ania przywarła do niego, jej mokre ciało było śliskie i gorące mimo chłodu oceanu. Marek poczuł, jak jej nogi oplatają go w pasie. Tutaj, pośród ciemnej toni, nie było Moniki, nie było Davida, nie było misji. Był tylko instynkt przetrwania i ta jedna kobieta, która jako jedyna przy nim została. Woda w oceanie była tej nocy gęsta i czarna jak atrament, rozświetlana jedynie srebrzystym blaskiem księżyca. Gdy Ania oplotła nogami biodra Marka, poczuł na sobie każdy centymetr jej gładkiej, mokrej skóry. Chłód fal kontrastował z palącym gorącem jej ciała. Ania przyciągnęła jego twarz do siebie, gładząc go po mokrych włosach. Jej dłonie zsunęły się niżej, na szerokie ramiona, a potem na klatkę piersiową, gdzie serce Marka wciąż biło w rytmie walki i adrenaliny. – Zapomnij o nich wszystkich – szepnęła mu prosto do ust, a jej oddech był szybki i urywany. – Teraz liczysz się tylko ty. Zaczęła się poruszać w wodzie, ocierając się o niego z powolną, niemal hipnotyczną precyzją. Marek, targany mieszanką wściekłości na Davida i poczucia zdrady ze strony Moniki, przestał walczyć z instynktem. Jego dłonie, silne i pewne, zacisnęły się na jej pośladkach, przyciągając ją jeszcze bliżej, aż poczuł każde uderzenie jej serca o swoje żebra. Woda wokół nich zdawała się wrzeć od napięcia. Ania odchyliła głowę do tyłu, wydając z siebie cichy jęk, który natychmiast pochłonął szum fal. Każdy dotyk pod powierzchnią wody był spotęgowany, elektryzujący i całkowicie pozbawiony hamulców. Kiedy w końcu wyszli z oceanu, nie szukali ubrań. Marek chwycił tylko swoją koszulę, owinął nią biodra Ani i ruszyli w głąb wyspy, tam gdzie gęste liście palm i egzotycznych krzewów tworzyły naturalny baldachim. Znaleźli miejsce idealne – ukrytą za skałami piaszczystą nieckę, osłoniętą od wiatru i wzroku ciekawskich. Tam, na miękkim podłożu, ich intymność osiągnęła nowy poziom. Ania nie była już tylko przypadkową znajomą z wycieczki; w tej jednej nocy stała się dla Marka ucieczką od traumy i rozczarowania. Jej dłonie wędrowały po jego ciele z nabożną czcią, badając każdą bliznę na plecach i ramionach – pamiątki po misjach, o których Monika nigdy nie chciała słuchać. Ania całowała te miejsca, szepcząc słowa, które koiły go bardziej niż jakikolwiek lek. Marek oddawał pieszczoty z pasją faceta, który przez lata dusił w sobie emocje pod maską zimnego profesjonalisty. To było surowe, szczere i obezwładniające. Czas przestał istnieć, liczyli się tylko oni i zapach tropikalnej nocy. W bungalowu numer 14 atmosfera była ciężka jak ołów. Wiktoria siedziała na skraju łóżka, trzymając w dłoniach niemal pustą butelkę szampana. Jej oczy były czerwone od płaczu i alkoholu. Michał krążył po pokoju, co chwilę wyglądając przez żaluzje. – Nie mogę uwierzyć, że to się stało. Marek... on nigdy taki nie był. To to miejsce, Wiki. Ta wyspa wyciąga z ludzi najgorsze gówno – rzucił, kopiąc lekko nogę stolika. – To nie wyspa, Michał – Wiktoria pociągnęła ostatni łyk i odstawiła butelkę z głośnym stuknięciem. – To my. Myśleliśmy, że jesteśmy tacy poukładani, a prawda jest taka, że każdy z nas coś ukrywa. Monika udaje silną, a David... David to drapieżnik, który tylko czekał na taką chwilę. A Marek? Marek po prostu pękł. Michał podszedł do niej i usiadł obok, obejmując ją ramieniem. – Boję się o nich. O to, co będzie rano. David nie odpuści, a Monika... widziałaś jej wzrok. Ona go nienawidzi bardziej niż kiedykolwiek. Monika leżała w ciemności, wpatrzona w obracający się leniwie wiatrak pod sufitem. Każdy obrót łopatek przypominał jej o scenie na plaży. Czuła fizyczny ból w piersi, ale nie uroniła ani jednej łzy. W jej głowie krystalizował się plan. Skoro Marek wybrał tę dziewczynę, ona nie zamierzała być dłużna. Wyciągnęła telefon i przez chwilę wahała się nad jednym numerem. W końcu napisała krótką wiadomość do Davida: "Jesteś jeszcze w barze? Czy już w apartamencie? Musimy dokończyć tę rozmowę o widoku z twojego tarasu." Monika nie czekała na odpowiedź. Odłożyła telefon, wstała z łóżka i podeszła do lustra. W półmroku widziała tylko zarys swojej sylwetki, ale to wystarczyło. Poprawiła włosy, wciąż wilgotne od morskiej bryzy, i włożyła krótką, jedwabną sukienkę, którą Marek zawsze uważał za „zbyt odważną”. Teraz jego zdanie nie miało znaczenia. Wyszła z bungalowu, kierując się prosto do luksusowej części kurortu, gdzie apartamenty miały własne baseny i widok na otwarty ocean. Serce biło jej szybko, ale nie ze strachu – to była czysta, zimna determinacja. David czekał na nią na tarasie, z kieliszkiem whisky w dłoni. Kiedy usłyszał pukanie, na jego twarzy pojawił się ten sam pewny siebie uśmiech, który Monika jeszcze kilka godzin temu uważała za irytujący. Teraz był dla niej obietnicą odwetu. – Wiedziałem, że przyjdziesz – powiedział cicho, gdy weszła do środka. – Prawda boli, co? – Przestań mówić o bólu, David. Nie po to tu jestem – Monika podeszła do niego, stając w pasie światła padającego z salonu. – Chciałeś mi pokazać widok, którego nie zobaczę z dołu. No więc jestem. David odstawił kieliszek i podszedł do niej, kładąc dłonie na jej talii. Tym razem Monika nie drgnęła. Nie było w niej oporu. – Twój żołnierzyk bawi się teraz w piasku z tamtą małą. Zasługujesz na kogoś, kto doceni to, co ma przed oczami – mruknął, nachylając się i całując ją w szyję. Monika zamknęła oczy. Czuła zapach jego drogich perfum i alkoholu. W jej głowie wciąż pulsował obraz Marka i Ani, ale z każdym dotykiem Davida ten obraz stawał się coraz mniej bolesny, a bardziej... motywujący do działania. David nie tracił czasu. Jego dłonie zaczęły wędrować po jej plecach, rozpinając powoli zamek sukienki. – Chcesz go ukarać, Moniko? – szepnął, a jego głos był teraz niski i zachrypnięty. – Chcę zapomnieć, że kiedykolwiek go znałam – odpowiedziała, przyciągając Davida do siebie. Zemsta Moniki nie była cicha. Była gwałtowna i pełna pasji, która miała spalić wszystko, co łączyło ją z Markiem. W tym samym czasie, gdy Marek odnajdywał spokój w ramionach Ani pod palmami, Monika przekraczała ostateczną granicę w sypialni Davida, wiedząc, że po tej nocy ich czwórka nigdy już nie będzie taka sama. To będzie najtrudniejszy posiłek w ich życiu. Słońce wzeszło bezlitośnie jasne, oświetlając rajską plażę, która po nocnych wydarzeniach przypominała raczej pobojowisko. Przy długim, drewnianym stole w hotelowej restauracji panowała cisza tak gęsta, że słychać było jedynie brzęk sztućców i szum oceanu, który teraz wydawał się ironicznie spokojny. Jako pierwsi siedzieli Michał i Wiktoria. Michał nerwowo bawił się widelcem, a Wiki, ukryta za ciemnymi okularami, powoli sączyła czarną kawę, starając się nie patrzeć na nikogo. Wtedy pojawił się Marek. Miał na sobie czysty T-shirt, ale nie zdołał ukryć rozbitego łuku brwiowego i sińców na kostkach dłoni. Usiadł na samym końcu stołu, nie mówiąc nawet „dzień dobry”. Pachniał mydłem, ale pod paznokciami wciąż miał resztki piasku z nocy spędzonej z Anią. Chwilę później, z drugiego końca hotelu, nadeszła Monika. Wyglądała nienagannie – biała sukienka, idealny makijaż – ale jej oczy były zimne jak lód. Usiadła naprzeciwko Marka. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały. Marek dostrzegł w jej oczach coś, czego wcześniej nie było: brak bólu. Zastąpiła go satysfakcja, która go zmroziła. Na samym końcu, jakby celebrując wejście, pojawili się David i Ania. David, z plastrem na wardze, uśmiechał się szeroko, jakby wygrał los na loterii. Ania natomiast starała się zachować dystans, ale jej ukradkowe spojrzenia rzucane Markowi mówiły wszystko. – Piękny poranek, prawda? – rzucił David, siadając obok Moniki i kładąc dłoń na oparciu jej krzesła. Zrobił to tak pewnie, jakby robili to od lat. Marek poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Widział ten gest. Widział, że Monika nie tylko nie odsunęła krzesła, ale wręcz lekko przechyliła się w stronę Davida. – Coś ty taki milczący, Marek? – kontynuował David, smarując tosta masłem. – Noc na plaży cię wykończyła? Słyszałem, że piasek bywa... niewygodny. Marek zacisnął szczęki tak mocno, że aż zadrżały mu mięśnie twarzy. – Pilnuj swojego talerza, David. Bo zaraz możesz stracić apetyt na dobre – warknął. – Przestańcie – odezwała się nagle Monika, podnosząc wzrok na Marka. Jej głos był pozbawiony emocji. – Marek, nie masz już prawa nikogo tu rozstawiać po kątach. Ty dokonałeś wyboru wczoraj na piasku. Ja dokonałam swojego kilka godzin później. Jesteśmy kwita. Michał i Wiktoria wymienili przerażone spojrzenia. „Kwita” oznaczało tylko jedno. Marek poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Spojrzał na Monikę, potem na Davida, a w końcu na Anię, która spuściła wzrok. – Wyjeżdżamy stąd jutro – powiedział Michał, próbując ratować sytuację. – Proponuję, żebyśmy spędzili ten ostatni dzień osobno. Każdy robi, co chce. Spotkamy się przy check-out. – Świetny pomysł – rzuciła Monika, wstając od stołu. – David obiecał mi lekcję surfingu. Podobno jest w tym mistrzem. Wyszła, nie oglądając się za siebie. David poszedł za nią, rzucając Markowi ostatnie, zwycięskie mrugnięcie. Marek został przy stole z Michałem, Wiki i Anią, która nieśmiało położyła dłoń na jego ramieniu. – Marek... – zaczęła Ania. – Nie teraz – uciął, strącając jej rękę. Wstał i ruszył w stronę baru. Potrzebował czegoś mocniejszego niż kawa, by przetrwać ten „raj” do jutra. Michał i Wiktoria nie potrafili odpuścić. Choć atmosfera przy barze była lodowata, usiedli po obu stronach Marka. On jednak wpatrywał się w szklankę, ignorując ich obecność, jakby byli tylko kolejnymi turystami. – Marek, stary, posłuchaj nas chociaż raz – zaczął Michał, kładąc dłoń na blacie. – Monika cię kocha. To, co się stało w nocy... to była czysta desperacja i ból. Ona nie jest taka, sama o tym wiesz. To wszystko było niepotrzebne, z obu stron. Marek prychnął, nie odrywając wzroku od lodu w szklance. – Niepotrzebne? Niepotrzebne to było przyjeżdżanie tutaj. Ona wybrała Davida, żeby mi dopiec. Ja wybrałem Anię, żeby... sam już nie wiem po co. Jesteśmy skończeni, Michał. Nie ma do czego wracać. – My wracamy jutro – wtrąciła cicho Wiktoria. – We dwójkę. Mieliśmy być tu wszyscy razem, ale w tym stanie nie damy rady. Michał i ja podjęliśmy decyzję. Odlatujemy rano. Marek tylko skinął głową. Nawet nie zapytał, czy mogliby zostać. Był już po drugiej stronie – tam, gdzie emocje zastępuje chłodna kalkulacja snajpera. Zanim Michał i Wiki spakowali walizki, doszło do serii rozmów, które miały przypieczętować losy tej grupy. Rozmowa z Moniką: Spotkali ją na tarasie. Monika paliła papierosa, co robiła niezwykle rzadko. Patrzyła na ocean, jakby szukała w nim odpowiedzi. – Monia, wracamy do domu – powiedziała Wiki. – Chodź z nami. Zostaw to wszystko tutaj. Monika uśmiechnęła się smutno, wypuszczając dym. – Nie mogę, Wiki. Coś we mnie pękło. Jak wrócę teraz, to tylko po to, żeby patrzeć na ściany i pamiętać o tym piasku. Zostaję. Muszę sprawdzić, kim jestem bez Marka. Nawet jeśli to oznacza bycie z kimś takim jak David. Rozmowa z Anią: Znaleźli ją na leżaku, z dala od reszty. Ania nie unikała wzroku. Była nadzwyczaj spokojna. – Co ty w nim widzisz, Ania? – zapytał prosto z mostu Michał. – Marek to zniszczony człowiek. – Widzę w nim kogoś, kto potrafi czuć tak mocno, że aż go to spala – odpowiedziała bez wahania. – Monika chce, żeby był kimś innym. Ja chcę go takiego, jakim jest. Kocham go. Może to głupie, może to tylko wakacje, ale nie puszczę go tak łatwo. On potrzebuje kogoś, kto nie będzie się bał jego cieni. Nazajutrz pod hotel podjechała taksówka. Michał i Wiktoria stali przy bagażniku, czując ogromny ciężar na sercach. To miały być wakacje ich życia, a wracali jako jedyni ocalali z katastrofy, którą sami częściowo zaaranżowali, chcąc pomóc przyjaciołom. Marek stał na schodach bungalowu, z rękami w kieszeniach. Monika stała przy barierce wyższego tarasu, z Davidem, który ostentacyjnie trzymał rękę na jej ramieniu. Ania stała kilka metrów od Marka, gotowa wypełnić każdą pustkę, którą zostawią odjeżdżający przyjaciele. – Trzymajcie się – rzucił Michał, ściskając dłoń Marka. – I nie pozabijajcie się tutaj. Marek nic nie odpowiedział. Tylko patrzył, jak taksówka rusza, wzniecając tumany pyłu. Michał i Wiki odlecieli. Na wyspie została czwórka, która przekroczyła wszystkie granice. Teraz, bez "głosu rozsądku" w postaci Michała, zaczynała się zupełnie nowa, znacznie bardziej niebezpieczna gra. Ostatnie czterdzieści osiem godzin na wyspie przypominało taniec na polu minowym. Michał i Wiki byli już w drodze do Europy, a ci, którzy zostali, przestali udawać, że cokolwiek jest jeszcze normalne. Marek siedział na tarasie, czyszcząc okulary przeciwsłoneczne z pyłu. Drzwi do bungalowu były uchylone, gdy nagle, bez pukania, do środka weszła Monika. Zatrzymała się na środku pokoju. Marek wszedł do środka, opierając się o framugę drzwi tarasowych. – Zapomniałaś o czymś? – zapytał głosem pozbawionym emocji. Monika zaczęła gwałtownie otwierać szafę, wyciągając swoje ostatnie sukienki i buty. Pakowała je byle jak do małej walizki, którą przyniosła ze sobą. – Przyszłam po swoje rzeczy. Nie chcę zostawiać tu niczego, co mogłoby mi o tobie przypominać – rzuciła, nie patrząc na niego. Monika stała przy szafie, ale jej ruchy, dotąd gwałtowne, nagle spowolniały. Marek podszedł do drzwi i zamknął je cicho, odcinając hałas z zewnątrz. Usiadł na brzegu łóżka i westchnął ciężko. – Monia, przestań na chwilę pakować te rzeczy. Porozmawiajmy jak dorośli ludzie, bez Davida za ścianą i bez krzyków – powiedział cicho, niemal błagalnie. Monika zatrzymała się z sukienką w dłoniach. Odwróciła się powoli. Jej oczy nie były już wściekłe, były po prostu zmęczone. – O czym chcesz rozmawiać, Marek? O tym, co widziałam na plaży? – Chcę, żebyś wiedziała prawdę. Nic się tam nie stało, Moniko. Takiego, co by cię ostatecznie przekreśliło – zaczął Marek, patrząc jej prosto w oczy. – Tak, byłem z nią. Tak, puściły mi nerwy, bo czułem, że mnie tracisz, że odchodzisz do tego typa. Ale nie było seksu. Nie potrafiłem. W każdym momencie, kiedy mnie dotykała, widziałem ciebie. Przeprosiłem ją i odszedłem. To, co widziałaś później, to była tylko moja głupia próba zagłuszenia bólu. Monika usiadła na krześle naprzeciwko niego. Przez dłuższą chwilę milczała, bawiąc się rąbkiem sukienki. – U mnie też do niczego nie doszło, Marek – szepnęła w końcu. – W apartamencie Davida... wyszłam. Nie mogłam tego zrobić, mimo że tak bardzo chciałam cię zranić. Marek poczuł nagłą ulgę, która rozlała się po jego…