Inne · 11 min czytania
Rzecz senna o słoniu - domatorze.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Przyczołgał się do mnie któregoś wieczoru, gdy na wpół przytomna nuciłam senną pieśń. Potrącił mnie trąbą, a pustymi oczyma zaczął mi akompaniować. I został, a mi zdawało się wtedy, że jestem lekka. Do mieszkania wślizgiwałam się na palcach, żeby go nie spłoszyć. I nabrałam szacunku dla pluszowości, kiedy pojęłam, że nawet nie mrugając powiekami, a jedynie wybrakowanymi kępkami wełnistego materiału, można żyć. Rozmawiał ze mną zarośniętymi ustami. Niekiedy narzekał na bliznę po brzusznej stronie grzbietu, ale wtedy się wymykałam. Wychodziłam szybko, zanim zaczął płakać. Zanim zaczęłam płakać. Zawsze coś wtedy gubiłam, potem wracałam, żeby odnaleźć. Pytałam fotel, który zawsze odpowiadał, by przychodzić jutro. Jutro zastałam tylko kanapę – niemowę. Na wszystkie moje pytania odpowiadała ruchem sprężyn. Nigdy jednak nie rozumiałam, co oznacza tak, a co nie. A może cała ta przygnębiająca choreografia oznaczała bezradne: Nie wiem, królewno. Szybko stała mi się bardzo bliska. Pojawiała się w zastępstwie fotela coraz rzadziej, gdyż coraz rzadziej gubiłam siebie, odchodząc. Czasami jeszcze haczyłam sweter o złotą klamkę. Innym razem przewracałam się z hukiem o wzorzysty dywan. Na framudze nieopatrznie zostawiałam ślady natlenowanej krwi. Gdy wchodziłam, witałam sprzęty, sprzątając. Szukałam jej. Kiedyś pomyliłam ją z milczącym fotelem. Kwiaty na parapecie (skąd?) śmiały się ze mnie, uderzając zakurzonymi liśćmi o szybę. Miały setki oczu. Wiedziałam, że plotkują, obserwując mnie idącą świtem lub zmierzchem przez skrzyżowanie, fotosyntezując ironicznie. Wtedy też przypominałam sobie, co gubiłam, ale było już za późno, by wracać po cokolwiek. Szłam przed siebie, niekiedy skręcając na prostej drodze.
Dywan był wtedy przyozdobiony skrawkami kolorowych wycinanek. Kwiaty spacerowały w okolicach zlewozmywaka, niebieskość sufitu spadała na nas, jak z nieba. Słoń uśmiechał się złowieszczo, podkradając kawałki papieru i wsuwając je pod dywan (mrugał przy tym porozumiewawczo). Przy okazji poruszała się także długa trąba, której ruchów nie kontrolował nazbyt dobrze. Dotykając papieru, zmieniała ich kolor wedle upodobania. Starałam się zatrzeć ślady, byłam powolna i spokojna.
- Dlaczego się denerwujesz, gdy zabieram ci ten żółty? – pytał pluszak, niecierpliwiąc się. - Bo lubię żółty. Potrzebuję teraz żółtego. Widzisz? Tak będzie najładniej. - A różowy? - Te wycinanki nie mają różowego. - Specjalnie takie kupiłaś.
I porywał żółty, a ja wyciągałam z kieszeni zapasowy i przyklejałam do rany. Na tę krótką chwilę powierzałam siebie kanapie, jeżeli była. W innym wypadku siadałam na podłodze, na tym fragmencie nie przykrytym dywanem. Wata pośpiesznie przybiegała, żeby popatrzeć. Słoń nie ruszał się z miejsca, będąc zawsze przy mnie. Uciszał watę i pustką śledził moje szybkie, urywane ruchy. Wykrzywiałam twarz, obawiając się o to jedynie, bym od tego ciągłego krzywienia się nie zbrzydła jeszcze bardziej. Słoń przytulał się tym uwielbianym przeze mnie sposobem, kiedy niczego nie mogłam poczuć. Odkrywałam go potem w fałdach swetra lub ukrytego w szalu, uwiązanym niedbale wokół zimnej szyi. Odkąd tylko pamiętam, chciałam, by zapytał, czy to mnie boli. Rozumiałam jego zachwyt.
- Czy wychodzić poza siebie można doprowadzić do „wyjść, trzaskając drzwiami”? - Powiekami możesz trzasnąć. I przejść do innego pokoju. - A gdyby tak... - Ostatecznie... nawet cyrk ma drzwi... wiotkie i prowizoryczne. - Nawet nieba zamykają się i otwierają. - Tam to akurat są okna. Dlaczego „nieba”? - Bo nieba to wiele warstw tiulowych nieb.
Część 22 / 2
Wychodziłam, dziękując, kłaniając się, nie pamiętając, co robiąc. Czule, impertynencko, gnuśnie (ale zawsze do upadłego). Schodziłam na ziemię i wydawałam się sobie skażona tamtym wnętrzem. Bywało, że ktoś na mnie czekał. Bywało, że czekało na mnie coś, co wcześniej pieczołowicie doprowadzałam do irytującego stanu doskonałości po to tylko, by mieć po co wracać. Wszelkie konteksty i preteksty, różnorakie zapowiedziane niespodzianki i zmyślona koegzystencja – świetlisty świat. Konsekwencje poczucia przyzwolenia na rozpuszczenie imaginacji. Jej także zewsząd zapominałam zabierać, gnieździła się wskutek tego na sklepowych szyldach, wystawach udekorowanych świątecznymi lampkami bądź na neonach, które zapewniały najgorętsze ciepło. Rozespana wpadałam w ramiona wyprowadzaczy czworonogów, siejąc postrach wśród pantoflarzy i wzniecając oburzenie ich psów i kotów. Dobiegałam do R., dysząc. Zabierał mnie ze sobą, pomagałam mu zrywać maliny. Wracaliśmy potem autobusem. Wstydziłam się swoich nóg zawartych w mokrych gumowcach i brudnych, czerwonych dłoni, którymi obejmowałam kasownik, podając mu bilet do kąsania. Opierałam się o poręcz i rozedrgane okno, z kosza R. wysypywało się wtedy kilka dziarskich owoców. Rozkosznie chaotycznie, zataczając śluzowe kręgi na brudnej podłodze, rozbiegając mi wzrok. Na koniec podchodziłam do siebie, stojąc głucho i zależnie od niezależnego w odbitej przestrzeni. Otwierałam okna, zaszywałam usta oczyma, wplatałam ręce w ramę lustra, wrastałam w podłogę i wyrastałam z niej, odradzając się, za każdym razem mając nadzieję, że tym razem nie umrę. Czasami tylko nie bolało, więc może rzeczywiście nie umierałam. Wracałam.
Gdy szukałam żółtego, podszedł do mnie niepewnie.
- Dzisiaj nie będę ci niczego zabierał.
Oder