Inne · 15 min czytania
Rzeczy ktore przychodza za pozno
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Berti wjechal ze swoim zwyklym impetem do sali jadalnej i rozejrzal sie dookola. Wiekszosc pensjonariuszy Luksusowego Domu Spokojnej Starosci „Memento Mori” tkwila juz na swoich miejscach i poslusznie czekala na sniadanie. W powietrzu unosil sie zapach tostow i dzemu pomaranczowego a sztucznie usmiechniete pielegniarki kursowaly cierpliwie dowozac lub doprowadzajac coraz to nowych delikwentow. Znal te twarze na pamiec. Oto Mervyn. Niesamowicie elokwentny typ o bulgotliwej wymowie. Byl w stanie bulgotac dwadziescia cztery godziny na dobe, podpisujac przy okazji wszystkie kawalki papieru, jakie tylko wpadly mu w rece; dosc naturalny odruch jezeli wziac pod uwage fakt, ze przez czterdziesci lat ktos byl bankierem. Nieco dalej ociemnialy i straszliwie meczacy profesor Lloyd. Specjalista w urzadzaniu spontanicznych a powtornie nudnych wykladow prawniczych, polaczonych z obszernymi omowieniami wyjatkow z dziel wlasnych. Joyce. Zwawa staruszka z daleko posunieta demencja ktora nie potrafila usiedziec w jednym miejscu. Calymi dniami wedrowala po korytarzach, doprowadzajac do szewskiej pasji personel zakladu i budzac szczera zazdrosc reszty pensjonariuszy – nie wykazywala bowiem, wlasciwych wiekowi, brakow kondycyjnych. Problem pojawial sie w czasie posilkow. Joyce, z reguly, poprzestajac na lyzce leguminy i wykorzystujac nieuwage opiekunow dawala noge na korytarz. Zwykle pielegniarki biegaly za nia z rozwianym wlosem, wrzeszczac zachecajaco: - Dobra zupka Joooyce! Zjedz jeszcze jedna lyzeczke od pani! A to doktor John. Wszyscy nazywali ja John choc byla kobieta i Berti byl prawie pewien, ze miala jakies damskie imie. Niestety, nie byl go sobie teraz w stanie przypomniec. I Paddy. Wesoly i zdziecinnialy Irlandczyk, ktory z glosnym „Juupiiii!” wjechal wlasnie do jadalni. Wiecznie zadowolony amator herbaty („o herbata! wspaniale!”) i fan westernow („o kowboj! wspaniale!”).Bardzo podatny na ataki czkawki, ktora potrafila go meczyc nierzadko przez cztery dni z rzedu. I Pani James, i Anaphylis, i Hilda - do ktorej bez kija lepiej sie bylo nie zblizac, i Paula - przesympatyczna staruszeczka, i Karla - niezmordowana w prowadzeniu pogawedek o pogodzie, i Norman Morgan - byly lotnik i Muriel ("Ach! Przeciez Muriel zmarla w zeszlym tygodniu!”) i cala rzesza innych, ktorzy tkwili w tym miejscu od lat. Niektorzy z nich nie przemowili nigdy ani slowa, co ze zdziwieniem odkrywal co pewien czas Berti. Ale dzisiaj byl ktos jeszcze... Po drugiej stronie owalnego stolu siedziala nieznajoma dama, o wlosach silnie przyproszonych siwizna. Niezwyklej urody oblicze, dystyngowane ruchy, usmiech zdolny powalic najtwardszego emeryta i to uderzajace podobienstwo...Do kogos kogo sie znalo dawno, dawno temu i kogos kogo sie jeszcze pamieta... Berti wpatrywal sie jak urzeczony przez dluga chwile. A potem podjal meska decyzje. Wyprezyl sie w wozku, dyskretnie schowal za pasek od spodni kawalek wystajacej, niesfornej pieluchy, zatarl dlonie i ruszyl. Szlo mu niezle – zrecznie ominal pufy porozrzucane na perskich dywanach, uniknal czolowego zderzenia ze stolikiem na gazety i praktycznie osiagal juz cel, kiedy dojrzala go Gruba Rosi. - A gdzie to sie wybierasz moj zlociutki? Nie wolno ci siadac przy otwartym oknie bo zlapiesz katarek! Co rzeklszy ujela wozek w muskularne dlonie i odciagnela go w przeciwnym kierunku. Berti zaklal poteznie w duchu i zgrzytnal z oburzenia sztuczna szczeka. „Katarek! Do mezczyzny w sile wieku ...! Jak smie!” Podczas sniadania nie bardzo wiedzial co je - pozeral natomiast wzrokiem nieznajoma. Obserwowal jak kroi tosty, smaruje dzem, upija lyk herbaty podnoszac z wdziekiem najmniejszy palec i modlil sie w duchu, zeby nie miala sklerozy, zanikow pamieci ani Alzheimera. I kombinowal na wszystkie sposoby jak tu do niej podjechac nie alarmujac jednoczesnie pielegniarek. Niestety - nie dane mu bylo sprobowac drugi raz. Jakby odkrywajac jego niecne zamiary Gruba Rosi podeszla do stolu i zaszczebiotala slodko: - A teraz grzeczny Bercik pojedzie do swojego pokoju i lyknie tableteczke! Ktore tableteczki Bercik lubi najbardziej? Czerwone czy zielone? Pytanie bylo tak bezdennie glupie ze Berti nie pofatygowal sie z odpowiedzia. Odprowadzil jedynie nieznajoma tesknym wzrokiem i westchnawszy ciezko poddal sie pielegniarce. Popadl w przedziwny stan. Zostawiony sam w swoim pokoju nie mogl usiedziec w jednym miejscu. Jezdzil bez celu wozkiem od sciany do sciany i usilowal uspokoic galopujace mysli. Byl jakos tak strasznie wewnetrznie rozedrgany; rzecz, ktora nie zdarzyla mu sie co najmniej od polwiecza. Spojrzal na zegar. Pietnascie po dziewiatej. Nastepna probe nawiazania kontaktu moze podjac dopiero podczas lunchu czyli za jakies trzy godziny. Ale to za dlugo, jasny gwint! Przez ten czas mozna dostac ciezkiej nerwicy na ktora nie pomoga ani zielone, ani czerwone ani nawet rozowe tabletki! Rozpedzil wozek i zahamowal w ostatniej chwili przed sciana. Mial ochote w cos kopnac. Gdyby tylko byl w stanie kopac.... Siedemnascie po dziewiatej! Kto u licha powiedzial ze czas jest rzecza wzgledna? Ktos bardzo znany, to na pewno, ale kto to byl? Co robic????!!!!!! Dziewiata dwadziescia. List! Zawsze mozna napisac list! Berti dopadl do biurka, wygrzebal papier listowy i swiezo zatemperowany olowek. I reka zawisla mu nad pusta kartka. Co dalej? „Szanowna Pani. Nie znamy sie wprawdzie...” „Szanowna Pani. Dzis przy sniadaniu...” „Szanowna Pani. Prosze wybaczyc smialosc....” „Szanowna Pani. Zdaje sobie sprawe ze zachowuje sie jak sztubak...” „Szanowna Pani. Czy smakowaly Pani tosty?” Zmial kartke i rzucil ze zloscia na podloge. Coz za idiotyzmy! Kogo obchodza tosty?! Rownie dobrze moglby pisac o kaszance i fagotach! Choc tosty sa oczywiscie zdecydowanie mniej obrzydliwe... Dziesiata dziesiec. Koniec. Nic wiecej nie wymysle. Brzmi strasznie glupio ale musi wystarczyc. Najwyzej zostane wysmiany. Wielkie mi rzeczy...jestem juz przeciez jedna noga na tamtym swiecie...Jeszcze jedna porazka niewiele zmieni. Samo zycie.
„Szanowna Pani. Kocham Pania. Z powazaniem Robert Durnsley, pokoj nr 22”
Poslinil koperte. Teraz nalezalo znalezc kogos kto spelnilby pozyteczna funkcje listonosza. Pielegniarki odpadaly, ze wzgledu na wrodzone wscisbstwo. Ale byli przeciez sprzatacze – smutne cienie snujace sie z palstikowymi workami pelnymi starych strzykawek i pelnych pieluch. Dzisiaj jeszcze nikt nie zabieral moich smieci a wiec lada chwila... Czekal pol godziny. Zadzwiajace ale jeszcze nigdy w zyciu tak sie nie ucieszyl na widok sprzatacza. - Sluchaj chlopcze – chrzaknal starajac sie ukryc zdenerwowanie - zastanawiam sie czy moglbys mi wyswiadczyc pewna przysluge. Otoz...mam tu pewna korespondencje...ktora musi dotrzec do pewnej osoby. Problem polega na tym, ze nie znam jej imienia ani nazwiska... Sprzatacz usmiechnal sie pod nosem. „Bierze mnie za idiote – piesc Bertiego zacisnela sie odruchowo – gotow wrzuc list do kosza!” - ...nie znam jej imienia ani nazwiska ani nawet nie wiem w ktorym pokoju mieszka...Ale jest to nowa osoba, pewna wielce szacowna dama...Z pewnoscia latwo bedzie ci ja znalezc – nie codziennie przyjezdza ktos nowy, nieprawdaz? Aaa! I bylbys laskaw przyniesc z powrotem ewentualna odpowiedz?…