Horror · 6 min czytania
Rzeka nie zadaje pytań
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W pewnych opowieściach nieszczęście przychodzi nagle. W innych — takich jak ta — rozlewa się powoli, cicho, jak woda. W sobotę, która z początku nie zapowiadała niczego szczególnego, Maciej Rymarowicz zabrał Kamilę Giełdę na spacer nad Odrę we Wrocławiu. Był to jeden z tych wieczorów, w których świat zdaje się spokojny aż do przesady, jakby celowo odwracał uwagę od rzeczy, które nie powinny się wydarzyć. Kamila ufała mu wystarczająco, by iść obok niego w ciszy, która nie przeszkadzała zakochanej parze. Uderzenie przyszło z tyłu — nagłe, ostateczne, pozbawione jakiejkoľwiek dramaturgii, która mogłaby uczynić je mniej okrutnym. Potem była tylko głębia wody, która nie zadaje pytań, a jednak przechowuje wszystko. Kamila nie była pierwszą ofiarą Macieja, lecz trzecią. I na pewno nie ostatnią. Nie zabijał z potrzeby ani z desperacji, lecz z czegoś znacznie trudniejszego do zrozumienia — z chłodnej przyjemności, która nie wymaga uzasadnienia. Był ostrożny. Nie zostawiał śladów, nie zabierał pamiątek w postaci obciętych uszu czy skradzionych bransoletek, nie pozwalał sobie na błędy, które mogłyby go zdradzić. Nie zostawiał odcisków palców i trzymał się z daleka od miejskiego monitoringu. Przeprowadzał research na temat swoich ofiar i wybierał samotne kobiety, które często nie miały kontaktu ze swoją rodziną. Jego zbrodnie były uporządkowane, niemal staranne, jakby wierzył, że precyzja może go ochronić przed konsekwencjami. I być może miał rację. Ale tylko częściowo. Ponieważ istnieją rzeczy, których nie da się przewidzieć w żadnym planie. Nie dowiedział się o bliźniaczej siostrze Kamili. Ewelina Giełda nie rozmawiała z Kamilą od wielu lat, co w zwykłych okolicznościach oznaczałoby, że nic już ich nie łączy. A jednak w dniu swojego ślubu, w chwili, która miała być początkiem czegoś nowego, poczuła nagłe, niewytłumaczalne pęknięcie — jakby coś w niej zostało brutalnie wyrwane. Straciła przytomność, zanim zdążyła wypowiedzieć słowo, które miało zmienić jej życie. Ceremonia nie doszła do skutku. Przez tydzień leżała w śpiączce, zawieszona między światem, który znała, a czymś znacznie mniej określonym. Śniła za każdym razem to samo. Kolacja. Uśmiech. Spacer nad rzeką. “Spójrz na księżyc, jaki piękny.” Potem uderzenie. I woda. Zawsze woda. I tak w kółko. Ewelinie śniło się to tyle razy, że wyryła sobie każdy obraz, chcąc nie chcąc, w pamięci. Kiedy się obudziła, nie była już tą samą osobą, która zemdlała. Nazwisko zabójcy przyszło do niej bez wysiłku. Nie jak myśl, lecz jak wspomnienie, które nigdy nie należało do niej, jakby podszepnięte przez duszę zmarłej bliźniaczki. Ewelina nie zwróciła się do władz. Są pojęcia, które nie mieszczą się w słowie “sprawiedliwość prawa”. Przesunęła datę ślubu i przez parę następnych tygodni planowała zemstę.
Na początku pokazała