fantastyka · 28 min czytania
Rzeźnik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
RZEŹNIK
Zdawało się, że stada nie mają końca. Wśród nieopisanego zgiełku bydło przesuwało się wąwozem wytyczonym przez pozostałości starożytnego traktu. Buhaje porykiwały nerwowo próbując zapanować na haremami swoich jałówek i krów. Te z kolei, kwiczały przeraźliwie w obawie przed zgubieniem cieląt. Wokół, krążąc z cyrkową zręcznością na poduszkowych skuterach pasterze, naganiali co bardziej niepokorne sztuki z powrotem do grupy. Zbliżała się zima, wyjątkowo bezlitosna na tej planecie. Stada przeganiano z położonych na północy pastwisk w cieplejsze rejony. Żywności było tam mniej i podlejszej jakości, ale dokarmiane sztuczną paszą zwierzęta miały szansę przeczekać najtrudniejsze miesiące. W słońcu południa ich słabe okrycie futrem nie miało takiego znaczenia. Główne masy bydła przeprowadzano poza terenem miasta i bazy. Te, które zapędzono w jego granice szły prosto pod nóż. Wahadłowce chłodnie z wolna zapełniały się ładunkiem. Gdzieś wysoko, czekając na nie, krążył na orbicie gigantyczny galaktyczny frachtowiec. Jego trzewia zdawały się być bezdenne. Kominy rzeźni dymiły dzień i noc, bez przerwy. Metropolia i kolonie wołały o mięso.
Barak odpraw rzadko musiał pomieścić tyle osób, więc klimatyzacja szybko przestała sobie dawać radę. Z ulgą opuścili duszne wnętrze. Schodzili ostrożnie z pagórka, na którym postawiony był kontener dyrekcji; przed chwilą padał deszcz, podłoże było śliskie. Łatwo też było się potknąć o wystające fragmenty rumowiska, z którego zbudowane było wzgórze. Tak naprawdę nie była to formacja geologiczna, ale fragment ruin ogromnej platformy stanowiącej fundament starożytnej budowli. Jakiej i do czego służącej, nie wiedział nikt, tak jak niewiele wiedziano o rasie budowniczych, która je stworzyła. Baza celowo położona była w zwaliskach ogromnego miasta. Klimat wydawał się być tu łagodniejszy, a i niektóre elementy zgliszczy dawały się praktycznie wykorzystać. Kraldjur nie znosił takich bezsensownych nasiadówek. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że dzisiejsza zawierała pewne nietypowe elementy. Nietypowe, ale i niezbyt przyjemne. Przez chwilę miał chęć wciągnąć powietrze głęboko w płuca, odetchnąć, aż do dna. Powstrzymał się z trudem, zawartość tlenu w atmosferze była jednak dość niska. Nie było co szarżować. Nasunął na twarz maskę. Zmrużył oślepione słonecznym blaskiem oczy. Przeklęta zima zbliżała się wielkimi krokami, gwiazda stała już dość nisko nad horyzontem, ale w przejrzystym powietrzu świeciła równie ostro jak podczas krótkiego lata. Nie narzekał jednak. Ta planeta nie była najgorszym miejscem z tych, w których mógł się znaleźć. Zwłaszcza, jeśli ktoś lubił przeraźliwy błękit nieba i intensywną zieleń bujnej roślinności. Trochę zbyt bujnej i zbyt zielonej. Kraldjur zachichotał w duchu. Niech no tylko geologowie znajdą cenne surowce, a otoczenie zmieni się w mgnieniu oka w ponurą dżunglę odkrywek i kombinatów przetwórczych. Prawdę powiedziawszy, chyba tego nie chciał. To naprawdę nie było to złe miejsce do bytowania, choć praca paskudna. No, ale za to premie bywały całkiem przyzwoite. Niestety życie nie toleruje marazmu. Zmiany były pewne niczym wschód słońca. Przybycie promu w barwach parlamentu było pierwszą tego oznaką. Zainteresowane polityków nie wróżyło niczego dobrego. - Rettile, myślisz, że naprawdę chodziło o sprawę Plaza? Zapytany wzruszył ramionami. Był formalnym przywódcą ich brygady i niezaprzeczalnym w niej autorytetem. - Kogo tam na górze obchodzi Plaz. Im jesteś starszy tym głupszy. - Niedotlenienie - zarechotał basem Matelija. Nigdy nie darowywał sobie okazji do zakpienia z Kraldjura. Los natychmiast go pokarał; potknął się i zjechał na siedzeniu kilka metrów po zboczu. Rettile nie zwracając uwagi na incydent kontynuował. - Plaz to stary zboczeniec, ale nic w tym specjalnego, ani nowego. Gówno mnie obchodzi w co wpycha ptaka. Nie wszyscy dają sobie radę z celibatem. I zarząd doskonale o tym wie - poprawił ze złością maskę. - Tam jest prawdziwy początek kłopotów. Wskazał ręką w kierunku rzeźni. Nie chodziło mu z pewnością o budynek jako taki, ale o otaczający go tłumek. Z daleka widać było czarne mundury funkcjonariuszy ochrony i krzykliwe w barwach, wymyślne stroje deputowanych. Kraldjur zupełnie nie wiedział, co się teraz nosi w wielkim świecie stolicy. - Chodzi ci o tą bandę archeologów? - myślenie nigdy nie było czynnością, którą Matelija mógłby komukolwiek zaimponować. - W dupie mam archeologów! - Rettile zabulgotał gniewnie. - Mówię o politykach. Nie wiesz durniu, że to delegacja frakcji ekologicznych. Zaraz zacznie się pieprzenie o bezstresowym uboju, braciach mniejszych, ochronie ginących gatunków i tak dalej. Zaczną się limity, morze przepisów i będzie po robocie. Niełatwo teraz znaleźć coś równie dobrego. - Kraldjur, słyszysz? Wylądujesz na jakimś kawałku zapyziałej skały i będziesz go całymi dniami ciął na plasterki - Matelija walnął niższego o głowę kolegę w plecy. - No i żadnych miejscowych samiczek do posuwania. - Odwal się - mruknął zaczepiony. Nie miał ochoty przypominać mu, z jakim to właśnie on zamyśleniem obserwował nieraz młode, delikatne jałówki, a nade wszystko nie miał zamiaru przypominać tego sobie. Do cholery, nie był przecież zoofilem. Nie będzie się parzył z obiadem. No tak...Plaz z pewnością też tak myślał... Do czasu. Zeszli do podnóża ruin. Ruszyli w kierunku rzeźni rugani nieustannie przez śmigających wokół juhasów. Niełatwo było zapanować nad stadem tej wielkości, wymagało to wielkiej sprawności i zręczności, a przygodni spacerowicze w tym nie pomagali. Rettile nie darzył poganiaczy specjalnym szacunkiem. - Pieprzone pastuchy. Nie powinno się ich w ogóle wpuszczać na teren bazy. Kraldjur wzruszył ramionami. Niezupełnie się z tym zgadzał. Nie chciałby się z nimi zamienić zajęciem. Koczownicze życie w nieprzyjaznym interiorze, w ciągłym zagrożeniu atakami licznych drapieżników i wybrykami kapryśnej natury planety? To stanowczo nie było dla niego. Więcej, skrycie podziwiał fanfaronadę, a choćby i kabotyństwo stepowych jeźdźców. Byli prawdziwą solą tej kolonii. Przy nich czuł się zwykłym, nic nie znaczącym wyrobnikiem. Słusznie zresztą, przecież nim był. Szeregowym pogardzanej armii rzeźników. Z daleka zobaczyli zgarbioną sylwetkę Plaza. Stał przed metalowymi klatkami i rzucał do wnętrza kamykami. Przywitał ich posępnym spojrzeniem, jakby niepewny reakcji na swój widok. Nie było żadnej. Stanęli obok. Ze środka więzienia obserwował ich wspaniały buhaj. Powarkiwał, wściekle potrząsając bujną rudą grzywą i równie imponującą brodą zarastającą spód pyska. W kącie więzienia tkwiła skulona krowa z dwojgiem tulących się do niej cieląt. - Do tych uśmiechnęło się szczęście. Zwierzyńce ze wszystkich układów szukają okazów - Plaz nie patrzył w oczy kolegów. Drgnął, gdy samiec nagle rzucił się na pręty. Zawibrowały, ale nic ponadto. Zwierzęta nie były specjalnie silne, w stanie dzikim ich bronią był raczej spryt i zwinność. - Chyba, że trafią do jakiegoś pieprzonego laboratorium - mruknął Rettile. - Tak...racja. Tak też może się zdarzyć - Plaz jakby posmutniał. Przez chwilę w milczeniu obserwowali uwięzione stworzenia. - Co teraz? - pytanie Kraldjura nie było zbyt precyzyjne, ale i tak wszyscy wiedzieli o co chodzi. - Co ma być? Odlatuję. Dobrze przynajmniej, że nie w kajdankach - Plaz nadal nie spoglądał w twarze pozostałym. - Przypuszczam, że nie czeka mnie nic ciekawego. W najlepszym przypadku wyląduję w jakimś wariatkowie. Nie komentowali. Nawet Matelija wiedział, że ich kolega stał się kozłem ofiarnym i tematem zastępczym w starciu korporacji z parlamentarnymi ekologami. Rettile położył rękę na ramieniu kolegi; - Chodź, jeszcze pracujesz. Teraz przyda ci się każdy grosz.
Bramki separatorów rozdzielały strumień zwierząt. Większość trafiała za ponure mury monumentalnej budowli. Pracownicy nazywali ją "poczekalnią". Rzeźnie miały określone moce przerobowe i bydło nieraz musiało czekać na ubój kilka dni. Zgodnie z oszczędnościową polityką korporacji, jeśli tylko było to możliwe, wykorzystywano do takich celów istniejące pozostałości po poprzednich gospodarzach planety. Nikt nie wiedział do czego starożytnym autochtonom służył gmach. Hipotez stawiano wiele: amfiteatr, cyrk, ale przeważała opinia o sakralnym przeznaczeniu obiektu. Wielu nawet twierdziło, że cały obszar miasta był wielkim kompleksem świątynnym. Szczególnie wyraziście przemawiały za tym pozostałości ogromnych wież otaczających kolosa "poczekalni". Ich szkielety sterczały zewsząd, niczym obeliski rzucające bałwochwalcze wyzwanie niebiosom. Niedawno przybyła ekipa archeologów miała nadzieję rozstrzygnąć te kwestie. Rozsypujące się ściany umocniono i otoczono barierami energetycznymi. Zamontowano systemy podawania paszy, wody i usuwania odchodów. Mimo tego nie było to miejsce, w którym bydło mogło komfortowo spędzić swoje ostatnie chwile. Przypadki zaduszenia, stratowania, a wręcz autodestrukcji umęczonych zwierząt trafiały się nader często. Wnętrze zapełnione do granic możliwości nie dawało nawet pozorów właściwego traktowania. Potworny smród i zgiełk tworzyły prawdziwie piekielny obraz. Nic dziwnego, że pracowały tam głównie automaty. Członkowie brygada Rettila, choć daleko im było do wrażliwców, starali się nawet nie spoglądać w stronę "poczekalni". Nieczuli na to wydawali się zaś być archeolodzy, prowadząc poszukiwania niemal u stóp mrocznej budowli. Robotnicy ostrożnie ominęli wykopy naukowców; tylko Kraldjur zajrzał ciekawie do wnętrza jednego z nich. Automaty cierpliwie przesiewały kolejne warstwy ziemi. Liczne artefakty wyjeżdżały taśmociągiem na powierzchnię. W polowym baraku grupa uczonych pieczołowicie je konserwowała i katalogowała. O ile wykopaliska nie wzbudziły u rzeźników nawet symbolicznego zainteresowania, niemal podświadomie skręcili w kierunku namiotu. Nie żeby interesowały ich przedziwne przedmioty wygrzebywane z ziemi, po prostu kilku badaczy było przedstawicielami płci odmiennej, której obecności tak wszystkim brakowało. - Panowie, idziemy, idziemy! Już jesteśmy spóźnieni - Rettile warknął rozkazująco. - Na co się gapicie? Mierzcie siły na zamiary. Miał rację. Żadna z kobiet nawet przez chwilę nie raczyła zaszczycić ich spojrzeniem. Kraldjur zatrzymał się na chwilę. Archeolodzy oczyszczali właśnie wielką tablicę z ledwo widoczną inskrypcją wyrażoną w starożytnych hieroglifach. Nikt ich dotąd nie odczytał. Niełatwo było rozszyfrować pismo stworzone przez istoty, których nawet wygląd był zagadką. Sam nie wiedząc po co, przerysował tajemnicze runy. - Po co ci to? - mógł w ciemno strzelić, że tylko Mateliję zainteresuje jego czynność. - Nudzę się wieczorami. - Zawsze byłeś nudny - wielkolud zaśmiał się złośliwie. - Myślisz, że to odczytasz? Chcesz być mądrzejszy od jajogłowych? Kraldjur wzruszył ramionami, szybko schował szkic do kieszeni. - Nudzisz się? Przyjdź do mnie wieczorem. Krechtier wrócił z gór. Dziczyzna to nie to samo co te faszerowane chemią tuczniki. Będą krwawe befsztyczki, ściągnąłem nowe holofilmy... Matelija mrugnął okiem i oblizał się obleśnie. - Bardzo ładne holofilmy. Skombinowałem też trochę towaru... Będzie w porządku - dokończył, ale... jakoś bez przekonania. Alkohol z miejscowych roślin powodował wręcz upiorne spustoszenie wśród osadników. Formalnie był zakazany, ale jak to działo się z wieloma innymi przepisami, egzekwowanie tego również było iluzoryczne. Dostawy trunków z Metropolii były śladowe i ekonomicznie nieosiągalne dla prostych robotników. Trzeba było sobie radzić. - No to nażryjcie się tej dziczyzny, aż się porzygacie - Rettile popchnął lekko obu w kierunku właściwego celu ich wędrówki. - Chodzą słuchy, że polowania mają być zdelegalizowane i uznane za kłusownictwo. Ekoliga forsuje objęcie dziko żyjącego bydła ochroną, jako gatunku zagrożonego. - Kurwa, a było tak pięknie...- jęknął Matelija. Kraldjur miał mieszane uczucia. Krowy rodziły zazwyczaj jedno młode, a ciąża trwała bardzo długo. Przy tak rabunkowej hodowli i nieograniczonym kłusownictwie gatunek faktycznie szybko mógł zniknąć. Z drugiej strony ciągłe regulacje prawne i biurokratyczne zarządzenia parlamentu odbierały wszelką radość życia szaraczkom. Wśród ponurych myśli dotarli wreszcie do pracy.
Nic tu nie działało jak trzeba. Kraldjur zawzięcie galopował po ikonach wyskakujących na przeziernym wyświetlaczu panela sterowania. Z rutyną nabytą przez lata oszukiwał system wyszukując obejścia, o których nie śniło się nawet jego twórcom. Był jednym z najsprawniejszych operatorów automatycznych linii ubojowych. O jego skromną osobę walczyła każda z brygad zmianowych rzeźni. Rettile wygrał bez trudu. Był dla Kraldjura niczym starszy brat, silniejszy i mądrzejszy, prawdziwy życiowy przewodnik. Środowisko masarzy nie grzeszyło wrażliwością, ani subtelnością. Przysposobiony brat niejednokrotnie się przydawał i stawał w jego obronie. Na wyświetlaczu rozjarzyły się kolejne kontrolki powiadomień o usterkach. Znów zaczął wariować system selekcjonera. Automat przebierał bydło według wysokości i kierował do odpowiednich komór oszałamiacza. Było to bardzo ważne w dalszym procesie. Wadliwe działanie robota dokładało mnóstwo pracy Mateliji i narażało winnego tego faktu na jego nieprzewidywalną reakcję. Oszałamiacze nie były niczym innym, jak komorami gazowymi po wyjściu z których, odurzone i bierne zwierzęta dawały się bez oporu powiesić za nogi w strzemionach transportera. Na następnym stanowisku podcinano im gardziele, poddając uderzeniu prądu, co powodowało pełne wykrwawienie. Mięso najwyższego gatunku nie mogło ociekać posoką. Jeśli selekcjoner źle zakwalifikował sztuki, noże nie trafiały we właściwe miejsce, niszcząc tusze. Wtedy do akcji wkraczał Matelija ze swoimi zabawkami, naprawiając brakoróbstwo mechanicznego tępaka. Kłopot w tym, że linia była naprawdę szybka i rzeźnik wyglądał niczym demon śmierci, tnąc na lewo i prawo, zalany od stóp do głowy krwią. Nic dziwnego, że po takich urozmaiceniach nie tryskał humorem. Zza obłoków