Inne · 7 min czytania
RZUĆ BRACIE BLAGE I CHOĆ NA PRAGE...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Z warszawską Pragą łączy mnie wiele wspomnień. Najmilsze, to te związane z czasami licealnymi. Do szkoły chodziłam na Szmulkach, - potocznie zwanych Szmulowizną. Dzielnica. robotnicza, pamiętająca dawne czasy, stare kamienice, „kocie łby” – miejscami, jakby czas się zatrzymał dla nich. Ze Szmulek, niedaleko było do miejsca, o którym słyszał każdy warszawiak i ten kto ze stolicy nie pochodził. Bazar Różyckiego, potocznie zwany Różycem. Nie koronowany król wśród bazarów warszawskich. Jak ja lubiłam to miejsce. Często po lekcjach, zapędzałam się w jego alejki, nie zawsze w celach nabywczych, częściej poznawczych, żeby popatrzeć, posłuchać, pooglądać, a było co... Bazar miał swoisty i niepowtarzalny klimat, swój folklor i rządził się własnymi zasadami. Skupiony pomiędzy Brzeską, Ząbkowską i Targową, z lichymi straganami, chodnikiem wątpliwej jakości, który w czasie deszczów, czy roztopów, był jedną wielką kałużą, stanowił oazę wolności tamtych czasów. Salon mody, płytowy, kantor wymiany walut, kasyno, nawet bar, w jednym. Czego nie było w sklepach, zawsze było na bazarze: najmodniejsze ubrania, buty, kosmetyki, bielizna, niedostępne w sklepach państwowych cytrusy, łosoś, czy kawior. Słowem wszystko! Stare znaczki, monety, książki, czy meble. O szerokim asortymencie towarów tego przybytku, najlepiej mówi wiersz Henryk Rejmera:
Na Bazarze Różyckiego Idzie handel na całego. Stare buty, nowe gacie, Twarde porno, słoń w krawacie Puszka farby, jasne piwo, Pączki, wódka i pieczywo, Kawior, szampan, śledzie z beczki, Czapka z daszkiem, hełm niemiecki, Jakiś rower bez pedałów Czajnik z gwizdkiem, sztyft z regału...
Ta atmosfera i ludzie. Nie przeszkadzał ścisk, brud, drobni złodzieje, meneliki, cyganki wróżące z ręki - ciekawość tego miejsca przyciągała. Za skrzętnie odkładane kieszonkowe, mogłam kupić najmodniejsze buty, torebkę, deficytową tetrę na spódnice, różowy lakier do paznokci, kolorowe bransoletki, klipsy, czy najnowszą płytę zespołu Smokie. Bazar zawsze na czasie, zawsze za modą. Sprzedawcy tutejsi byli dobrymi psychologami, opanowali sztukę handlu do perfekcji, największy bubel potrafili sprzedać, jako towar wysokiej klasy, wykazywali duże wyczucie klientów. Rozmowę prowadzili w ten sposób, że gdy człowiek nic nie kupił, odchodził zawstydzony, z opinią, że nie zna jaką okazję stracił. Czasami handlowcom puszczały nerwy, gdy osoba kupująca była zbyt wybredna i można było usłyszeć: „Klejent od siedmiu boleści...”, „Szpagatowa inteligencja, taka i w te ich nazad...” – czy inne epitety, wymawiane głośno z przekąsem, gwarą warszawską. Lubiłam tego słuchać. Feria barw, kolorów, sukienek, butów, wierzchnich okryć, jednym słowem mydło i powidło, ludzie i rzeczy, towary i ludzie... Czasem bolały oczy od patrzenia... Nieśmiało i z daleka, zatrzymywałam się przy miłośnikach hazardu. Bardzo szybko można było się wyleczyć z tego nałogu, grając w benkle, czy trzy lusterka. Gra polegała na odsłonięciu jednego z trzech lusterek, różniącego się od dwóch pozostałych. Prowadzący grę nawoływali chętnych szybkiego zarobku krzycząc: ”Grać obstawiać, bombardować i…