Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 36 min czytania

Sąd ostateczny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Upłynęło już mnóstwo wody w Vistula River od czasu, kiedy to wtrąciłem się do walki dobra ze złem. Uczyniłem to z trzech powodów: po pierwsze, to duchy walczyły ze sobą o moją (podobno) nieśmiertelną duszę. Po drugie – ponieważ przekroczyłem już mroczną i ledwie zauważalną granicę pomiędzy życiem i śmiercią, a na dodatek sam się z tej drogi zawróciłem, nieświadomie zostawiając otwarte drzwi. Stanowiłem przez to anomalię parazmysłową, która mogła koegzystować w obu światach – w naszym przyziemnym i w tym rzekomo lepszym, duchowym. I to właśnie stanowiło zagrożenie dla obu światów, bo przy mnie mogły przenikać do świata ziemskiego różne duchy, a moje nowe umiejętności, które pojawiły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zadziwiały nawet mnie. Wtedy to właśnie świat duchów przypuścił na mnie atak, który miał na celu wymazanie mojej pamięci o co najmniej pół roku wstecz i umiejscowienie mnie w czasie tuż przed otwarciem drzwi. Trzeci powód był nader prozaiczny. Moje lokum, cały dorobek biednego, studenckiego żywota legł w gruzach w wyniku starcia dwóch opcji duchowych. Mój Diabeł Stróż był zły z natury i raczej mu było wszystko jedno, co mi wysadzi w powietrze, lecz jego alter ego, Anioł Stróż, zachowywał się jeszcze gorzej, niż jego zły brat bliźniak. Dla niego nie liczyła się osoba, tylko zadanie do wykonania. Miał mnie zbawić za wszelką cenę. Do tego wmieszał się Szary Duch Czasu i katastrofa była niemalże nieunikniona. Duchy jednak nie przewidziały jednego: zadarły z niewłaściwym bytem, a efekt konfrontacji z istotą, która nie ma zbyt wiele czasu na improwizację w sytuacji krytycznej, mógł być tylko jeden. I był. Nieprzewidywalny. Za pomocą skradzionej księgi zaklęć zakląłem wszystkie trzy duchy w małą, szarą książeczkę, która okazała się być zbiorkiem opowieści z nieodległej przyszłości, a moje pierwiastki duchowe, ten zły, dobry i reprezentujący upływający czas, znalazły swoje odzwierciedlenie w głównych bohaterach opowiastek. Dzięki temu wiedziałem już, że w niedalekiej przyszłości nastąpi krach gospodarczy, powstanie supernowoczesny wieżowiec Spółdzielni Usługowej, w którym na trzynastym piętrze znajdzie swoją siedzibę Agencja Czarownicza „Tysiąc Jeden Życzeń” świadcząca usługi dla ludności w zakresie czynienia cudów. W naszych czasach brzmi to odrobinę przerażająco, ale w końcu możliwości rozwoju technologicznego osiągną kiedyś swój kres, a wtedy uczeni i szarlatani zaczną poszukiwać ścieżek alternatywnych. A ja już wiem, że najbardziej obiecującą ścieżką są czary, lecz niestety, wiedza moja nie przyda mi się na nic: nastąpi to dopiero za około trzysta lat, a poza tym na giełdzie jeszcze długo nie będzie firm, które będą się przyczyniały do rozwoju pięknej gałęzi nauki, jaką jest niewątpliwie magia. Długo się zastanawiałem, dlaczego moje tak odległe od przyszłości losy splotły się nagle z losami czarowników, ale odpowiedź miała dopiero nadejść. Tymczasem w świecie równoległym, oddalonym o około trzysta lat od mojego, Agencja Czarownicza prowadzona przez trzech wykwalifikowanych magów ukrywających się za numerkami zamiast imion, rozkwitała i miała się coraz lepiej. Aż pewnego dnia kwota zlecenia przerosła ich najśmielsze oczekiwania. Jak bardzo? Każdy chyba marzy o tym, by kupić sobie za swoje ciężko wyczarowane pieniądze choćby malutką, zieloniutką wysepkę… Więc oni kupili. Całe Seszele. Zapłata za najtrudniejszy z możliwych czarów, zlecony przez Charlottę hrabinę Le Blanc, była astronomiczna i wystarczyła na pokrycie tego jakże niezbędnego do życia wydatku. Od tej chwili czarownicy mieli już tylko jedno zmartwienie – co zrobić ze świetnie prosperującą firmą? Podobne zmartwienie miałem i ja: co zrobić z moimi niesamowitymi zdolnościami? No właśnie – może zacznę od tego.

Zacząłem się parać magią. Tak dla hecy, niby nic poważnego, ale nagle okazało się, że w ultrakatolickim kraju, gdzie sypia się z Biblią pod poduszką, pija herbatę z wody święconej i lata z moherową pieluchą już od dnia narodzin, zapotrzebowanie na magię jest ogromne. Na początku była zgrywa, ale wdzięczność oczarowanych okazywała się dosyć wymierna, więc w krótkim czasie byłem jedynym chyba w kraju studentem uczelni technicznej, który po godzinach dorabiał jako czarownica. A raczej czarownik. Proste czary, poświęcanie przedmiotów, pentakle zabezpieczające, różańce wzmacniające, małe klątwy, tarot i porady sercowe. Czy to ostatnie kogoś dziwi, zważywszy na fakt, że byłem w stanie czytać w cudzych uczuciach? Aż pewnego pięknego dnia dostałem nietypowe zlecenie. Ktoś po starej znajomości prosił mnie o namierzenie jednego takiego stworzenia. Owszem, wyzwanie ciekawe, szczególnie dla istot obdarzonych wrażliwością pozazmysłową, a właśnie do takich ja należę. Jak można kogoś wyczuć pozazmysłowo? Och, to proste jak teoria względności - wystarczy kogoś sobie wyobrazić, przywołać jego obraz do pamięci i postarać się wczuć w tą istotę paluszek po paluszku, komórka po komórce, atom po atomie... Brzmi dość abstrakcyjnie, prawda? Bywa, że trwa to kilka minut, w zależności od możliwości danego osobnika i od praktyki, także od wyobraźni, lecz mi zajmuje to czasami tylko pół minuty. Jest jeszcze inna, to już chyba trzecia strona medalu. Wszystko zależy też od podatności obiektu, jego ekranowania, odporności na zewnętrzną ingerencję czy nawet samej świadomości zaistnienia takowej. I od zabezpieczeń, a te wyrabiałem w najbliższej okolicy tylko ja. Na całe szczęście na tego typu blokadę spowodowaną ekranowaniem napotkałem tylko raz w życiu, i jak się dowiedziałem ktoś ją założył zupełnie instynktownie i nieświadomie. Niechcący zyskałem dowód na to, że jednak coś w nas, ludziach, drzemie. Tym razem jednak miałem pewność, że mój obiekt nie będzie ekranowany w sposób tradycyjny. Nie miałem pewności, czy sama matka natura nie wyposażyła go w jakoweś inne, naturalne zabezpieczenie, ale nie podejmując próby nigdy bym się o tym nie przekonał. Zadanie było tym ciekawsze, że dotychczas moimi obiektami były z reguły panienki, z którymi się czasami umawiałem – ktoś powie, że zimny drań ze mnie, albo kompletny idiota, że zawierzałem tylko i wyłącznie odczytywaniu kolorów uczuć u danej osoby, ale ta metoda wielokrotnie się sprawdzała i czasami wywoływała kompletny opad szczęki u płci pięknej, kiedy jej przedstawicielka odkrywała nagle, że „czytam jej w myślach” (cytat). To nie całkiem tak. Telepatia jest mi absolutnie obca ideowo i ze swojej strony mogę tylko dodać, że wiedziałbym jak ten dar wykorzystać. A tak mogę tylko zabawiać się w psychologa. Freud byłby ze mnie dumny, aczkolwiek patrząc na swoje doświadczenia z płcią piękną raczej bliższe mi są eksperymenty Pawłowa. Wracając do meritum mojego i tak już przydługiego wywodu, pragnę tylko powtórzyć, że telepatia to raczej nie jest. U mnie odbywa się to absolutnie inaczej – najpierw „wchodzę” w daną osobę (fajnie to brzmi!), coś na kształt ubierania kombinezonu z drugiego człowieka. Staram się wyczuć jego podstawowe funkcje życiowe, rytm wewnętrzny, dostroić się do jego fal alfa .... i wtedy zaczyna się ostra jazda. Moje serce zaczyna bić inaczej, a wewnątrz mnie mieszają się różne uczucia. Teraz wystarczy podesłać za pośrednictwem mojej wyobraźni cudzemu umysłowi jakikolwiek obraz (np. torcik orzechowy z bitą śmietaną) i odszukać kolor uczucia dominującego w drugim człowieku, a będę wiedział, czy ten ktoś ma ochotę na wspomniany torcik. Dlaczego kolor uczuć? A jak to inaczej określić? Spytajcie poetów, artystów, ludzi wrażliwych, a każdy wam odpowie, że żadnego uczucia nie można nazwać, gdyż jakikolwiek język ludzki jest na to zbyt ubogi i nie odda charakteru danego uczucia w sposób właściwy. Dlatego za radą zawartą w wierszu jednego z romantycznych poetów postanowiłem do uczuć dobierać barwy i dopiero potem próbować to jakkolwiek nazywać. Proste i praktyczne. Proste w przypadku ludzi. Ale psa?

Zostałem poproszony o namierzenie zagubionego pieska. Niby proste, ale co z tym fantem zrobić? Mogłem, co prawda, chodzić po całej okolicy z kiełbaską na wabia, ale po kilku godzinach okoliczni mieszkańcy z pewnością wezwaliby policję. Nikogo chyba nie dziwi, że przez dłuższą chwilę myślałem o odłożeniu wszystkiego między bajki i gdybym tak zrobił, to obecne opowiadanko skończyłoby się właśnie w tym miejscu, natomiast wydawca nie dałby mi złamanego grosza. Postanowiłem jednak spróbować stawić czoła wyzwaniu i to wcale nie z chciwości, lecz z czysto naukowej ciekawości. Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale po co się męczyć schodami i pojedynczymi stopniami, skoro odkryłem windę? Na początku postanowiłem sprawdzić, co i czy jeszcze potrafię. Najważniejsze na początek, to wybrać w miarę łatwy, przyjemny i nieszkodliwy cel. Właśnie wracałem z roboty do domciu, gdy odkryłem, że jedna całkiem atrakcyjna małolata gapi się na mnie w autobusie. To było dla mnie niemalże jak zaproszenie. Wejście w jej system nie zajęło mi nawet dziesięciu sekund i było śmiesznie łatwe. Przez moment niemalże patrzyłem na wnętrze zatłoczonego pojazdu jej oczami i postanowiłem się skoncentrować na jednym, jedynym obiekcie. Po chwili spróbowałem także odczytać wszelkie możliwe odczucia na mój temat, a było tego całkiem sporo – była chwilowo zainteresowana moją osobą, mogę zaryzykować nawet odrobinę fascynacji, szkoda, że nie tej seksualnej. Przyznaję szczerze, że nie wiedziałem, że jeszcze potrafię tak bezkarnie buszować po cudzym wnętrzu. I nawet nie wiedziałem, że ze mnie taki Apollo (Trzynaście – przyp. red.). Szkoda też, że panienka wyglądała tylko na szesnaście latek...

Jako drugi obiekt na przeprowadzenie eksperymentu postanowiłem wybrać kogoś o ludzkim wyglądzie, lecz odmiennym stanie umysłu, co miało mnie przybliżyć do doświadczeń z istotami odmiennymi od ludzi. Miałem szczęście oraz nieszczęście zarazem. Już nazajutrz do autobusu wpakowała się objuczona siatami wariatka wywrzaskująca na cały autobus hasła o swojej nienawiści do rodzaju męskiego, o swoim chorym od dwunastu lat odbycie, o torturowaniu jej przez męża, itp. Pomyślałem, że to świetny poligon doświadczalny, lecz mój pech usadził to rozwrzeszczane babsko tuż obok mnie. Dopiero po kilkunastu minutach udało mi się skupić na mojej próbie, bo wariatka w końcu raczyła się zamknąć po interwencji jednego z pasażerów, któremu i tak było wszystko jedno, czy baba go rozszarpie, czy tylko opluje. Po prostu gość był zalany, lecz na tyle trzeźwy zarazem, aby wrzasnąć „zamknij mordę”. I wtedy uderzyłem z całą mocą daną mi przez siły natury. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe, a w głowie i w duszy poczułem kwintesencję chaosu. Miliardy sprzecznych uczuć mieszały się w potężnym wirze, który przypominał zlew, do którego ktoś wlał wszystkie możliwe farby świata i wyciągnął korek. I wtedy zrozumiałem, dlaczego ta kobieta jest szalona. Szybko uciekłem zostawiając ją nieświadomą ingerencji sam na sam z jej szaleństwem.

Pozostawała do rozwiązania kwestia – czy potrafię wejść w zupełnie inny organizm bez szkody dla własnego? Postanowiłem zaryzykować i przeprowadzić taką próbę, z tą tylko różnicą, że miał to być organizm, który nie może mi zagrozić. Musiał to być organizm ze wszech stron neutralny. Owady, myszki i inne tego typu istoty odpadały. Mogłem sobie oczywiście kupić króliczka doświadczalnego, ale to by było zbyt trywialne. Szedłem właśnie zacienioną aleją, gdy znalazłem rozwiązanie tego palącego problemu. Organizm inny od wszystkich. Nie drapieżny. Nigdy nie jest żądny zemsty. Teoretycznie statyczny w odczuciach. Potężny. Wielokrotnie większy ode mnie... Nie stawiał oporu, gdy stawaliśmy się jednością, tak jakby czekał na taki moment. Poczułem potężny spokój, wszystkie zagrożenia, fobie, lęki – zginęły w jednym, gigantycznym odczuciu własnej wielkości. Wszystkie zmartwienia zostały gdzieś za mną, bo mnie nie dotyczyły. Wypełniło mnie poczucie potęgi i fantastyczna, nigdy do tej pory nie poznana euforia życia. W jednej chwili stałem się jednością z trzydziestometrowym drzewem...

Szkoda, że ludzie nie znają tego fantastycznego uczucia. To coś absolutnie niespotykanego w skali kosmosu, coś naprawdę niesamowitego. Po takim seansie każdy załamany człowiek poczułby się z pewnością lepiej; doskonalszy, pewniejszy siebie - z drugiej jednak strony wielu ludzi chciałoby, aby ten stan trwał wiecznie, bo jest to jak narkotyk, uzależnia. I choć to idealny lek na depresję, może jednak dobrze, że tylko nieliczni doświadczyli takich odczuć.

Aby ostatecznie upewnić się, czy jestem w stanie podołać zadaniu, wykonałem jeszcze dwie próby. Jedna miała na celu upewnienie się, że odległość dla mojego postrzegania nie gra roli. I tak też się stało, co zaowocowało jeszcze jednym postanowieniem – już nigdy nie kontaktować się z osobą, która mnie o przysługę prosiła. Nawet telefonicznie. Czy już wiecie, gdzie byłem z wycieczką? Drugiej próby dokonałem na moim psie. Kilka dominujących uczuć oraz poczucie ogromnej beztroski przekonało mnie, że nawet pies potrafi mieć całkiem skomplikowaną osobowość i dość wyraziste uczucia. Niech mi tylko teraz jakiś oszołom powie, że człowiek – w odróżnieniu od zwierzęcia – jest istotą lepszą, bo odczuwa uczucia. Zgładzę sarkazmem, zabiję śmiechem. Moja próba udowodniła, że zwierzęta też mają myśli, w które potrafię wniknąć i też mają uczucia, które potrafię odczytać. Teraz pozostało mi już tylko czekać na odpowiedni moment.

Właściwy moment wybrałem na wieczór, kiedy już umyty i wypasiony zaległem sobie wygodnie w łóżeczku. Zgasiłem światło, ułożyłem się wygodnie i postarałem skoncentrować się na zapamiętanej, wesołej psiej mordce. Przez chwilę miałem kłopoty ze skupieniem się, ale już po chwili poczułem, że wszystko wewnątrz mnie się zmienia. Umysł ogarnął znany mi już potężny spokój, w duszy zagościła wszechobecna miłość, która jest niczym w porównaniu z ziemską miłością, wszystkie troski i zmartwienia stały się takie malutkie i nic nie znaczące w skali makrokosmosu. Po chwili wszystko spowiła czerń. Umysł zapadł się w mroczną otchłań, a serce przestało bić.

Siedziałem na wyjątkowo twardej, grubo ciosanej, drewnianej ławie. Przede mną piętrzyła się solidna, dębowa barierka, resztę spowijała dosyć gęsta mgła, chociaż mógłbym przysiąc, że w tej mgle majaczyły mi różne inne, solidnie ciosane meble oraz najprawdopodobniej jakieś siedzące za nimi postacie. Zaczęło mi być wyjątkowo zimno, ale zaraz domyśliłem się dlaczego. Siedziałem w tej cholernej lodówce w samej piżamie i na dodatek boso, a płytki na posadzce wcale nie grzały tak, jakbym sobie tego życzył. - Nic się nie przejmuj. – odezwał się siedzący obok mnie łysawy człowieczek w todze z orlim nosem. – Jakoś to będzie. Mam kilka asów w rękawie. „Oszust karciany?” – przebiegło mi przez myśl. - Przepraszam, czy my się znamy? – zapytałem całkiem zaskoczony jego bezpośredniością. - Jestem twoim obrońcą z urzędu. – przypomniał mi Orli Nos. – Broniłem cię już kilka razy. - Dokładnie trzy, zakuta pało! – moja odpowiedź zaskoczyła przede wszystkim mnie. - Za każdym razem była awantura i kara nadprogramowa plus koszta sądowe. Trudno mi powiedzieć, skąd mnie naszło takie olśnienie, ale spowodowało ono u mojego adwokata lekki wytrzeszcz oczu połączony z diabelskim uśmieszkiem. - Pamiętasz? No to mam jeszcze jednego asa do rękawa! – zarechotał adwokacina i zatarł ręce jak mucha. Spróbowałem dotknąć nogami posadzki, ale była lodowata i nieprzyjemna. - A nie masz tam przypadkiem jakiś ciepłych kapci? Nogi mi już prawie odpadły, a posadzka jest zbyt lodowata, aby jej dotykać. Nawaliło wam ogrzewanie, czy co? - Może usiądziesz po turecku? – zaproponował mój papug. – Zresztą przestań o tym myśleć. Albo inaczej: spróbuj wyobrazić sobie ciepłe kapciuszki na swoich nogach.... Pomyślałem chwilę i faktycznie. W ciągu pół sekundy na moich nogach znalazły się ciepluteńkie bambosze z pomponami. Chwilę później mój adwokat zrobił pokazowy wytrzeszcz po raz drugi, tym razem bez uśmiechu, bo oto bowiem zamiast piżamy pojawiła się na mnie marynarka prosto od Armaniego, spodnie w kolorze szarym, buty od Gucciegio, jedwabna koszula Christiana Diora i ciemne lennonki w stylu najlepszych pruszkowskich zakapiorów, natomiast w ręku pojawiło mi się moje ulubione piwo z tequillą pod wszystko mówiącą nazwą „Desperado”. - O kur...! – wyrwało się mojej pijawce. - Cisza! – popłynęło tubalne wezwanie gdzieś znad odległego, monumentalnego mebla przed nami. Pomimo delikatnego przeciągu mebel nadal pozostawał skryty za mgłą. – Wy dwaj, przestańcie błaznować, bo oberwiecie za obrazę sądu! - Ty, skąd ja znam ten głos? – wyszeptałem do siebie. We mgle zamajaczył loczek peruki. - Czy możemy już rozpocząć? – dopytywał się tajemniczy głos. - Kończ waść, wstydu oszczędź! – wycedziłem przez zęby i po chwili dodałem szeptem do mojego prawnika. – To cytat z klasyki. - Bogart w „Sokole maltańskim”? – adwokacina wyraźnie się zamyślił. - Kmicic z „Potopu”, niedouczona pijawo. - Kmicic? Kmicic? Nie broniłem go... - CISZA!!!! Bo stracę cierpliwość! – zagrzmiało niemalże tuż nad nami. - Co jest, doktorku? Kończ ten kabaret. – powoli także traciłem cierpliwość. - Hmmm.... hmmmm... sprawa numer bla, bla, bla.... „No i fajnie” – pomyślałem. Szkoda tylko, że tak młodo mi przyszło zejść, pomimo wszelkich za i przeciw przemawiających za dożyciem pierwszego dnia emerytury... - ...bla, bla, bla ... – ciągnął dalej sędzia – oddaję głos oskarżycielowi. Przysięgam, że nie wiem skąd pojawił się strasznie chudy smutas w podeszłym wieku i w staromodnej todze, która wisiała na nim tylko troszkę lepiej, niż na wieszaku w szafie. Lub na kościotrupie. - Wysoki sądzie, oskarżony był łajdakiem, kradł, fałszował, zabijał, cudzołożył; ujmując to jednym słowem – złamał wszystkie możliwe przykazania. - Wyso... – zaczął tyradę mój obrońca, ale szybko go zgasiłem prawym sierpowym, po czym adwokacina siadła zamroczona, ja natomiast kontynuowałem rozpoczęte kazanie. - ....ki sądzie, na wstępie mojej mowy pragnąłbym zaznaczyć, że rezygnuję z usług przyznanego mi

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Sąd ostateczny — czytnik · opowiadania