Przygoda · 10 min czytania
Saga Aniołów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Co się z nami dzieje, co się stało. Pamiętasz? Nie. Ty nie pamiętasz, ty nie byłeś przyjacielem takim jakim powinno się być. Ja byłem w ten czas szczęśliwy, nie pamiętam czy nawet z twojego powodu nie potrafiłem podtrzymać tego szczęścia. - O czym ty gadasz? – znowu powiedział tym swoim mądrym stylem. Jakby wszystko wiedział, a tymczasem gówno wiedział o moim wnętrzu. - Odwiedzasz mnie raz na rok! – krzyknąłem. - Tak wyszło. – powiedział niewinnie. Nie miałem na niego siły, był moim przyjacielem. Co za bezsens, jak można nazywać kogoś przyjacielem. Tylko dlatego, że się mu powiedziało wszystko to co myślało, tylko, dlatego, że nie miało się przed nim tajemnic. Pewnie po to mu to powiedziałem, że jeśli umrę szybko jak inni buntowniczy tego świata, żeby on napisał o mnie książkę. Mówiłem mu o tym? Kurwa nie. - Napiszesz o mnie książkę? - Co? O co ci chodzi? – zdawał się być zdziwiony. Przyjaciel powinien znać myśli swojego przyjaciela. Nie jesteśmy przyjaciółmi, tylko ludźmi, którzy ze sobą czasem gadają. - Nie ważne, pewnie nie umiesz pisać. Zawsze wybierałem kogo nie miałem. Nie ma przyjaźni na tym świecie, nie ma miłości, to oczywiste. Ale czemu on mówi inaczej. Siedzę tu i patrzę na niego. Człowiek, który nie może pogodzić się z tym kim jestem. Chce być sobą. A on ma mnie za przyjaciela? Nie wiem. Ja nie mam go za przyjaciela. Nie skoczyłby za mną w ogień. Ja za nim zresztą też.
Dawno temu byliśmy razem na pielgrzymce. Byłem szczęśliwy, spacerowałem po świętym murku. Być może jako jedyny. Byliśmy młodzi, mogłem sobie pozwolić, nawet jeśli poruszało to czyjeś uczucia. Było ciemno. Spojrzałem ze świętego murku na niebo i co? Poczułem się szczęśliwy. Byłem na murku, nade mną unosiły się jasne gwiazdy, obok mnie nieco niżej stał przyjaciel, któremu mogłem powiedzieć jak jestem szczęśliwy. Jeszcze tego dnia uśmiechał się do mnie śliczny młody chłopczyk. Tak podrywał mnie. Czemu nie było potem dalszego ciągu? Tylko powrót do Gdyni i nic. Nie byliśmy przyjaciółmi.
- Ten chłopiec był głuchoniemy. – opowiadałem i przypominałem mu. - No wiem. - Był wrażliwszy, potrzebował miłości. Bóg mi go zesłał, ale ja. – tu zatrzymałem się na chwile – Nie potrafiłem przyjąć jego daru. Wtedy mogłem dać jemu miłość. Nie wiem co do mnie mówił człowiek, którego zwałem kiedyś przyjacielem. Nie obchodziło mnie to. Nikt mnie nie rozumiał na tym świecie. Czemu ja dzisiaj myślę o porażkach? Porażkach miłosnych, kiedy mogłem być szczęśliwy. Pieprzyłem wszystkie sprawy związane z miłością. Jeśli chodziło o dziewczyny czy chłopaków, zawsze tak było. Czy to było na pielgrzymce dawno temu, gdzie na drodze krzyżowej, śliczny chłopiec uśmiechał się do mnie dwuznacznie. Ja też się uśmiechałem. Czemu do niczego więcej nie doszło. Bo mój przyjaciel poszedł do niego powiedzieć mu, żeby przestał tak się zachowywać, a potem okazało się, że jest głuchoniemym i mojemu przyjacielowi zrobiło się głupio? Że waliłem konia na górze będącej odwzorowaniem Kalwarii czy Golgoty? Czy dlatego, że nie umiem kochać?
- Słuchaj, z Piotrkiem też tak było. Nie pamiętasz wycieczki. Oboje fascynowaliśmy się sobą i oboje nie potrafiliśmy zrobić pierwszego kroku. To było w 8 klasie. 6 lat temu. Pielgrzymka była 7 lat temu. Czy to wszystko ma sens. Dzisiaj jest już za późno. By wrócić w czasie. Dzisiaj jestem nikim. Samotnie obijam się pomiędzy ścianami domu. Nie myślę o ludziach. Podziwiam na spacerach piękno dzieci, a potem cierpię, że bliżej nie mogę doświadczyć tego piękna. Tak wyglądało moje życie. Naiwnie wierzyłem tylko w jedną postać literacką. W Piotrusia Pana, odwzorowanie mnie. Mnie jako wiecznego dziecka jakim się czułem. Ale on nie zjawiał się. Ani on, a nic w tym stylu. Ani Piotruś Pan, za którego i ja się uważałem czasami, nie przyleciał do mnie przez okno i powiedział: „Choć zabiorę Cię do Nibylandii”. A ja bym poleciał razem z nim, żyć szczęśliwie. Albo, żeby chociaż, któregoś dnia piękny młodziutki, malutki książę przyjechał na białym dziewiczym rumaku. Wziąłby mnie do swojego królestwa. Ale to się nie chciało wydarzyć. Zostałem sam.
Nie potrafiłem zaznać szczęścia, miłości.
Część 22 / 2
Nawet aniołki, piękne młode nie chciały przylecieć po mnie. Bo ja sam stałem się aniołem, który nie chciał ani do piekła, gdzie zaznałby rozkoszy seksualnych z kim tylko by chciał, ani do nieba, gdzie żyłby w miłości z każdym. Nie podobało się mi ani jedno ani drugie. Nie było innego wyjścia to tułam się po świecie. Może kiedyś rozwinę moje stare skrzydła i polecę.
- Wiesz co, nie bierz sobie tego do serca za bardzo, ale może powinieneś iść z tym do specjalisty. – powiedział człowiek, którego uznawałem kiedyś za przyjaciela. No tak prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Byłem właśnie w biedzie, a przyjaciel proponował mi Dom Wariatów. Tak się poznaje prawdziwych przyjaciół. Ale ja nie mam przyjaciół, dlatego nie posłucham go.
Czy ciąg dalszy nastąpi?
***
- W przedszkolu – opowiadałem mojemu…