historia · 17 min czytania
Saga o Mojżeszu Tom 1 cz 2 Obrońca Egiptu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Opis : Jeden książę. Jedna armia. I wojna, której Egipt nie może przegrać.
Mojżesz jest Hebrajczykiem, lecz od najmłodszych lat żyje jako adoptowany syn córki faraona. Wychowany w pałacu, dorasta w świecie, w którym władza znaczy więcej niż przyjaźń, a każdy gest może być częścią dworskiej intrygi. Jako książę Egiptu przechodzi brutalne szkolenie wojskowe — poznaje sztukę strategii, jazdę rydwanem i walkę mieczem. Uczy się, jak dowodzić ludźmi i przetrwać tam, gdzie słabość oznacza śmierć.
Jednocześnie odkrywa tajemnice, do których dostęp mają tylko nieliczni. Poznaje bogów Egiptu, przechodzi kolejne stopnie kapłańskiego wtajemniczenia i zdobywa zakazaną wiedzę. O Jahwe, Bogu Hebrajczyków, słyszy jednak tylko raz — od tajemniczego starca przy studni. Dopiero lata później, podczas wizyty w Goszen, poznaje swoją biologiczną rodzinę i staje twarzą w twarz z dziedzictwem, którego nie potrafi już ignorować.
Wtedy nad Egiptem zbierają się czarne chmury.
Bunt w Libii odciąga z kraju główne siły pod wodzą Ramzesa. Gdy stolica zostaje bez obrony, z południa nadciąga potężna armia Kusz. Twierdza po twierdzy pada pod jej naporem, garnizony zostają rozbite, a droga do Memfis stoi otworem.
Do stolicy powraca jedynie ranny, pokonany generał. Faraon nie ma już doświadczonych dowódców. W chwili, gdy wszelka nadzieja wydaje się stracona, oczy całego Egiptu zwracają się ku młodemu księciu. Mojżesz otrzymuje dowództwo.
Część 22 / 2
Ma dokonać niemożliwego — powstrzymać Kusz i ocalić Egipt. Nie wie jeszcze, że ta wojna będzie dopiero początkiem jego prawdziwej próby.
Czy młody książę zdoła pokonać najeźdźców, którzy złamali potęgę Egiptu? Czy ocali królestwo, które uważa za swój dom? I kim naprawdę okaże się człowiek, w którego żyłach płynie krew
Hebrajczyków?"
ROZDZIAŁ III — Syn Rzeki
Mojżesz, lat 8 — Memfis Miasto bogów Memfis miało trzydzieści świątyń. Mojżesz wiedział to, bo policzył — przez chodzenie, nie przez mapę. Kipa szedł dwa kroki za i miał minę człowieka, który już wie, że to będzie długo. Trzydzieści świątyń. Osiemdziesiąt kapliczek. Pięć kompleksów kultowych. I nad wszystkim — Ptah. Wielka świątynia Ptaha stała w centrum Memfis jak serce w ciele. Mojżesz widział ją z okna każdego dnia od urodzenia i przez to codzienne widzenie przestał ją widzieć — jak się przestaje słyszeć rzekę za ścianą. Wszedł do niej po raz pierwszy w wieku sześciu lat, z Termutis, przy rytuale Sokar. Nie zapamiętał rytuału. Zapamiętał ciemność po egipskim słońcu — gęstą, z własnym zapachem kadzidła i kamienia i wody z rytuałnych kanałów. I posąg Ptaha w niszy: owinięty w białe bandaże, twarz zielona jak nowe liście. Zapytał Termutis dlaczego zielony. 70 Powiedziała: zielony to kolor odrodzenia. Ptah jest bogiem, który stwarza — jest zawsze przy początku. Początek jest zawsze zielony. Zapamiętał. I przy następnej wizycie zobaczył zielony inaczej — nie kolor, właściwość. To, co ma wszystko, co jest na początku. I od tamtego dnia szukał początku wszystkiego. Ziarno Zanim był poranek, w którym chłopiec miał osiem lat, był rozkaz — a rozkaz w niebie jest wcześniejszy niż poranek, bo poranki idą jeden za drugim, a rozkaz stoi ponad nimi. Jeden z posłańców stanął przed obliczem. Nie ten, co staje w bramie z mieczem, ani ten, co nosi wielkie słowa do królów — mniejszy, jeden z tych, którym powierza się rzeczy ciche i cierpliwe, robione nie mocą, lecz czekaniem. — Zejdziesz — powiedziano mu. — Przybierzesz ciało człowieka, bo do dziecka mówi się w mowie dziecka, i twarz starca dziecko przyjmie łatwiej niż światło, na które nie umie patrzeć. Usiądziesz przy wodzie. I gdy przyjdzie — a przyjdzie, bo pyta o rzeczy, o które w jego wieku się nie pyta — zasiejesz w nim ziarno. — Jakie ziarno — zapytał posłaniec, choć już wiedział, bo w niebie pyta się nie po to, by usłyszeć, lecz po to, by przyjąć. — Ziarno o Bogu prawdziwym. O Tym, który jest — nie o tym, którego lepią z gliny i karmią chlebem i chowają w grobie razem z królem. Jedno ziarno. Jedno imię. Nie więcej — bo dziecko więcej nie uniesie, a ziarno nie potrzebuje być polem; potrzebuje tylko paść. Posłaniec czekał. — Jeśli padnie na drogę, ptaki je porwą. Jeśli na skałę, uschnie bez korzenia. Jeśli między ciernie, ciernie je zadławią. Ale jeśli trafi na glebę dobrą — a to serce jest glebą dobrą, choć jeszcze samo o tym nie wie — wyda plon obfity, stokrotny, jakiego nie widziano na tej ziemi. Tylko pamiętaj o dwóch rzeczach. 71 — Słucham. — Że ziarna trzeba potem doglądać — nie ty, bo ty odejdziesz, lecz My będziemy przy nim, choć on nas nie zobaczy. I że minie długi czas, zanim wyda owoc. Nie dni. Nie lata. Kilkadziesiąt lat i cała pustynia będą między tym porankiem a żniwem. Zasiejesz i odejdziesz, i nie zobaczysz plonu — bo taki jest los siewcy, że sieje jedno, a zbiera kto inny, w porze, której siewca nie dożywa przy zagonie. Posłaniec pochylił się. I zszedł — a schodzenie z nieba nie jest spadaniem; jest raczej tym, że światło gęstnieje, aż staje się ciałem, i że ten, który był wszędzie, gdzie działał, staje się jednym starcem w jednym mieście, przy jednej fontannie, o jednym poranku. Usiadł przy wodzie. Broda mu posiwiała, jak siwieją brody tych, co widzieli wiele; oczy zapadły głęboko, jak zapadają oczy tych, co przestali komentować. Wyglądał zupełnie jak człowiek. Czekał. Kipa i wyprawa do starca Kipa służył w pałacu od dwudziestu dwóch lat, a przy Mojżeszu — odkąd Termutis wzięła kosz z Nilu. Kiedyś marzył, że będzie robił rzeczy ważne; los dał mu niemowlę do pilnowania. I okazało się, że to i tak było ważniejsze od wszystkiego innego. Chodził dwa kroki za. Mojżesz od piątego roku życia wiedział, dokąd idzie i nie potrzebował prowadzenia — potrzebował kogoś, kto stoi, kiedy on stoi, i biegnie, kiedy biega. I który przy każdej zatrzymce przy fontannie czy przy kapliczce ma cierpliwość. Kipa ją miał, bo inaczej nie dało się pracować z Mojżeszem. Tego ranka, gdy Mojżesz miał osiem lat — Kipa szedł dwa kroki za i patrzył, jak chłopiec zatrzymuje się przy fontannie przy zachodniej ulicy i patrzy na starca. 72 Stary człowiek siedział przy wodzie. Może osiemdziesiąt lat. Mały, z białą brodą. Oczy głębokie — takie, jakie bywają u bardzo starych ludzi, kiedy widzieli zbyt wiele, żeby komentować większość rzeczy. Mojżesz podszedł. — Dziadku. Powiedz mi o bogach. Stary spojrzał na niego. Potem na Kipę. Potem z powrotem. — Który bóg. — Wszystkie. Od początku. — Siadaj — powiedział. Mówił przez godzinę. Nie o Ptahu ani Ra ani Ozyrysie — o tym, co jest przed nimi. O przestrzeni przed bogami, w której bogowie nie są jeszcze bogami. — Twoi bogowie — powiedział — są robieni. Kamieniarz kuje Ptaha z granitu. Kapłan karmi Ra chlebem o świcie, żeby wstał, jakby słońce nie wstało samo. Ozyrysa chowają w ziemi i płaczą nad nim, żeby wrócił. Bóg, którego się robi, karmi i grzebie, jest mniejszy od dłoni, która go robi, karmi i grzebie. — A ten, o którym mówisz. — Nie jest robiony. Nikt go nie wykuł, więc nikt go nie skruszy. Nie je, więc nie osłabnie, gdy zabraknie chleba. Nie leży w grobie, bo nie umarł. Nie mieszka w posągu, bo nie da się go zamknąć w niczym, co ma ściany — ani w świątyni, ani w mieście, ani w niebie. Twoi bogowie są w Egipcie. Ten jest tam, gdzie jest, i nie ma miejsca, gdzie by go nie było. — To jest jeden z bogów — powiedział Mojżesz. — Największy. Stary pokręcił głową. — Nie jeden z wielu. Nie największy w rzędzie. On jest gruntem, na którym stoi cały rząd. Reszta to cienie, które ludzie rzucili na ścianę i pokłonili się cieniom. On rzuca światło. — I jak to się nazywa — powiedział Mojżesz. — Po hebrajsku mówi się: Ehyeh asher ehyeh. Jestem który jestem. — Jesteś Hebrajczykiem. 73 — Jestem starcem przy fontannie — powiedział stary człowiek. — I to mi wystarczy. Wstał i odszedł. Mojżesz siedział nieruchomo przez pół godziny. Kipa potem mówił, że to był pierwszy raz w ośmiu latach, kiedy chłopiec siedział bez ruchu przez pół godziny. Jestem który jestem. Nie imię opisujące. Imię, które jest samym istnieniem. Które, gdy je słyszysz — jesteś przy tym, co opisuje. Starzec szedł zachodnią ulicą, aż skręcił w boczny zaułek, gdzie o tej porze nie było nikogo. Nikt za nim nie poszedł. A gdyby ktoś poszedł, nie znalazłby go — bo w cieniu między murami ciało zaczęło się rozrzedzać, tak jak rozrzedza się dym, gdy ustanie ogień, albo mgła, gdy wzejdzie słońce. Broda, szata, głębokie oczy — wszystko to było odzieniem na czas jednego poranka, a poranek się skończył. Zostało…