Fantasy · 30 min czytania
Saga Pogranicza - Rozdział I: Witamy na Pograniczu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Witamy na Pograniczu! Słowa te wypowiedział rosły mężczyzna w skórzanej zbroi, ściskający w dłoniach masywną lagę. Tuż za nim stało dwóch kompanów, którzy z szyderczymi uśmiechami oczekiwali na reakcję samotnego jeźdźca. Trójka bandytów zagradzała przejazd przez most nad stromym jarem, którego konne przekroczenie byłoby nie lada wyzwaniem. Świetne miejsce na łupieżczą działalność, jednak zbójcy jeszcze nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Jeździec dosiadał wielkiego karego ogiera. Jego ciało osłonięte było płaszczem zaś twarz zakrywał kaptur. Juki były wyładowane po brzegi, co wzbudziło dodatkową ciekawość bandytów, liczących na łatwy zarobek. Jeździec zatrzymał konia, jednak nie zsiadł, lecz siedział na grzbiecie zwierzęcia z opuszczoną głową. - Witamy szlachetnego pana – rzucił przywódca zgrai. Na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. – Przejazd przez most kosztuje trzydzieści sztuk złota. Płaci pan, a my gwarantujemy bezpieczną przeprawę nad wąwozem. Tajemniczy mężczyzna nie odpowiedział. Siedział wciąż nieruchomo na równie spokojnym koniu. Nieco zdziwiony herszt zaczął zbliżać się w jego stronę, unosząc lagę. - Jeszcze jeden krok, a zabiję! - powiedział spokojnie, lecz stanowczo jeździec. Na te słowa bandyci oniemieli. Jeszcze nikt nie ośmielił się odezwać do nich takim tonem. Podróżni, których obrabowali w ciągu ostatniego miesiąca, niemal zawsze płacili za przejazd. Niektórzy próbowali uciekać, inni tłumaczyli, że nie mają pieniędzy, wtedy rabusie zabierali im ubrania. Jeden jegomość próbował przejść dołem, jednak pośliznął się i pogruchotał kości. Rabusie zdarli z niego odzież, zabrali wszystko, co miał (a okazało się, że miał niemało) i porzucili rannego przy głównym gościńcu. A teraz pojawił się ktoś, kto nie dość, że nie zdradza zamiaru zapłaty, to jeszcze grozi rozbójnikom śmiercią. I to tonem, który zdecydowanie nie brzmi na niepewny. - Powtórz, szlachetny panie – herszt udał, że nie słyszał pogróżki. – Tylko trzydzieści sztuk złota i droga wolna. - Zbliż się jeszcze trochę, a będą to ostatnie kroki w twoim życiu. Nie wiecie, kogo chcecie obrabować. Rozstąpcie się natychmiast i dajcie mi przejechać. A następnie uciekajcie najszybciej, jak się da, bo straż miejska dowie się o tym, co tu porabiacie. Głos jegomościa był niski i poważny. Nie dało się odczuć w nim żadnych objawów strachu – jeździec mówił spokojnie i nie podnosił głosu. Gdyby przywódca bandytów należał do ludzi inteligentnych, najprawdopodobniej nie szukałby dalszej zwady, ale niestety tak nie było. - Nas jest trzech, a ty jeden – warknął rozbójnik. – Żarty się skończyły, oddawaj wszystko, co masz! Chłopcy, przetrząśnijcie mu juki. Bandyci postąpili w kierunki jeźdźca, a wtedy ten zrzucił płaszcz i kaptur, odsłaniając piękną srebrną rycerską zbroję z herbem króla Allanoru. Na plecach wojownik przytroczoną miał wielką tarczę. Błyskawicznym ruchem wydobył z juku jednoręczny, stalowy miecz. Na ten widok zbójcy cofnęli się – w jednej chwili opuściła ich pewność siebie – z takim przeciwnikiem i w piątkę nie mają szans. - Jestem jeden, a was trzech – rzekł rycerz, mierząc zbójów spokojnym, choć surowym wzrokiem. – Nie odważycie się jednak podejść bliżej? - Prze…prze…prze jazd j..jest darm…darmowy, p..panie! – wyjąkał herszt. – Mogłeś się przedstawić od razu.. - Przejazd jest darmowy? – spytał rycerz. – Owszem, jest darmowy i taki będzie. Gdy tylko dotrę do miasta, powiadomię strażników o waszej działalności. W waszej woli jest, czy zostaniecie tutaj i będziecie na nich czekać, czy uciekniecie stąd, gdzie pieprz rośnie. A, i oddacie mi swoją broń i zaprowadzicie do miejsca, gdzie trzymacie łupy. Tylko bez numerów – moja zbroja wytrzyma bez problemu uderzenia waszych lag i tępych toporków, a miecz, który dzierżę, pozbawił życia już niejednego, który stanął mi na drodze. - Miejsce, gdzie chowamy łupy? – spytał jeden z bandytów. – Ależ panie, my nie mamy grosza przy duszy. Niewielu kupców podąża tymi drogami, a jak już się na kogoś natkniemy, to pieniądze wydajemy w gospodzie na skraju puszczy… - Jeszcze jedno kłamstwo, a powieszę twojego trupa na tym moście! – mówiąc to, rycerz zeskoczył z konia. Zakopaliście kosztowności, czy zostawiliście je w skrzyni gdzieś obok mostu? - Panie, ale my naprawdę… - wyjąkał zbójca, ale kompan kopnął go ostrzegawczo i skłonił się przed rycerzem. - Wybacz mu panie, rozsądkiem nie grzeszy. Skrzynia jest w dole jaru. Mogę pokazać najwygodniejsze miejsce, żebyś zszedł po nią. - Doskonale – powiedział rycerz. – A więc zejdę tam… Ale najpierw się z wami rozprawię. Co wy myśleliście, głupcy? Że zejdę tam na dół, jeszcze pewnie się przewrócę po drodze, a wy w tym czasie zabierzecie mojego konia i kosztowności, które pewnie ukryliście gdzieś na górze? Nie trafiliście na idiotę, oj nie! Już za dużo tego dobrego. Jeden z was ma mi przynieść tą skrzynię w trymiga, a jeśli spróbuje uciec, to wpierw pozbawię głów kompanów, a następnie dopadnę go, jakem vor Andress! Na dźwięk nazwiska bandyci zamarli. - Co stoicie jak słupy soli? Złóżcie w tej chwili broń i wykonajcie polecenie!– krzyknął rycerz. Nie minęły dwie minuty, jak jeden ze zbirów, ten, który proponował zejście w dół, pojawił się ze skrzynią, po którą pobiegł w zarośla. Nie była ona zbyt duża, ale gdy vor Andress uchylił wieko, spostrzegł, że wypełniona jest złotymi i srebrnymi monetami. - Jakoś bardzo dużo tego nie macie – prychnął rycerz. – Może faktycznie wydaliście część w gospodzie, choć wątpię, by was tam wpuścili. A może ukrywacie je jeszcze przede mną. Nie mam na was teraz więcej czasu, opróżnijcie skrzynię i wsypcie monety do worka, który wystaje z juków. Nawet nie próbujcie nic stamtąd wyciągnąć. Macie na to dwie minuty. Rabusie pospiesznie wykonali rozkaz. Vor Andress zamyślił się chwilę, aż wreszcie przemówił. - Tak jak mówiłem, zabieram waszą broń i kosztowności. Tą pierwszą przekażę straży, choć wątpię, żeby znaleźli pożytek z takiego szmelcu. Pieniądze trafią do zarządcy miasta, a następnie do ich prawowitych właścicieli. Straż zostanie powiadomiona o miejscu waszego pobytu. Nie mam ochoty ani czasu, żeby zakuwać was w kajdany i prowadzić do miasta, jednak z pewnością wkrótce ktoś złoży wam wizytę, więc radzę czmychnąć i zmienić fach. Jeśli jeszcze raz was spotkam i zobaczę, że wciąż zajmujcie się zbójectwem, pozabijam bez ostrzeżenia i bez szansy na ucieczkę. Zrozumiano? - Tak jest, lordzie – rzucił herszt. - Nie lordzie – mruknął rycerz. – Sir. Sir Jar vor Andress. Tego nazwiska wystrzegajcie się jak ognia, bowiem przyniesie wam zgubę, jeśli nie posłuchacie mych słów. - Tak jest, panie – odrzekli rozbójnicy. Rycerz dosiadł konia i przejechał przez most. Nie odwrócił się już w stronę zbójców, którzy chwilę wodzili go wzrokiem, a następnie wyruszyli pieszo w kierunku, z którego nadjechał rycerz.
Po kilku minutach Jar vor Andress zbliżał się już do skraju lasu. Znał świetnie te tereny i choć nie było go tu przez piętnaście lat, doskonale wiedział jak dotrzeć do miasta. Zostawiał za sobą mroki kniei, przybliżając się do celu podróży – stolicy lenna. Pogranicze było najbardziej wysuniętym na południu skrawkiem potężnego królestwa Allanoru, zajmującego niemal cały kontynent Elnary. Od północy graniczyło jedynie z mroźnym i tajemniczym królestwem krasnoludów, a od południa, w miejscu, gdzie kontynent znacząco się zwężał, z państwem Bohemów. Kraj ten miał geograficznie pod sobą jedynie Averlandię i kontynentalny skrawek Szmaragdowego Imperium. Były to wszystkie państwa wielkiego kontynentu, na którym zdecydowanie dominował Allanor – ojczyzna sir Andressa . Pogranicze miało silne strategiczne znaczenie – oddzielało bowiem królestwo od południowych sąsiadów, z którymi państwo nie miało najlepszych relacji. Choć z Bohemą graniczyły jeszcze trzy inne lenna, granica przebiegała w nich przez góry, które utrudniały przedostanie się wojsk. W przypadku lądowej inwazji wrogiego Szmaragdowego Imperium, Pogranicze musiałoby wytrzymać napór silnej armii i przetrzymać ją jak najdłużej, aby wysunięte bardziej na północ krainy mogły wystawić wystarczająco armię i otrzymać posiłki z regionów stołecznych. Z uwagi na gigantyczne rozmiary, Allanor był państwem niesamowicie trudnym do przejęcia, jednak królewska armia nie była w stanie sprawnie przemieszczać się po nim z uwagi na ogromne odległości. Sama droga ze stolicy do granicy z Bohemą zajmowała nawet pół roku, a podróż z południa na północ kraju trwała niemalże rok. Jar vor Andress nie znał dokładnych danych na temat sił, które mogło wystawić Pogranicze, jednak na dworze królewskim doszły do niego słuchy, że lokalne wojsko na przestrzeni lat zdecydowanie osłabło i nie jest przygotowane na potencjalną inwazję. Relacje ze Szmaragdowym Imperium wprost płonęły, według donosów szpiegów flota imperialna i armia kontynentalna szykowały się do wojny, gwałtownie nabierając liczebności. Choć państwo to powierzchnią nie dorównywało Allanorowi, posiadało gigantyczną i niezwykle dobrze wyszkoloną armię, oraz wysoki poziom rozwinięcia technicznego, przez co stanowiło ogromne zagrożenie dla królestwa, które nie dość, że potęgą morską nie było, to jeszcze było narażone na szybkie ataki i łupienie pojedynczych terytoriów. Choć allanorska armia jest liczniejsza od imperialnej, oparta jest o lenna i rody szlacheckie, a jej mobilizacja pod wodzą króla trwałaby całe miesiące. Mimo że stolica to miasto świetnie ufortyfikowane i posiadające aż siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy w garnizonie, Imperium jest w stanie stosunkowo szybko przerzucić pod jej mury kilkakrotnie większe siły, wykorzystując szlaki rzeczne, którymi mogłyby przepłynąć potężne okręty bojowe wypełnione doskonale wyposażoną i wyszkoloną armią. Ponadto atak z południa mógłby odebrać królestwu ogromny obszar złożony ze słabszych, ale niezwykle istotnych dla wyżywienia państwa i wydobycia surowców lenn. Zostawmy na chwilę politykę i wróćmy do Jara vor Andressa. Ten doświadczony i wprawiony w boju rycerz był przedstawicielem rodu panującego w lennie - najmłodszym synem poprzedniego lorda Pogranicza, Iwara vor Andressa, który postanowił wysłać dziewiętnastoletniego Jara na dwór królewski. Młody Andress miał dwóch starszych braci, którzy mieli przed nim pierwszeństwo do przejęcia władzy po śmierci ojca, a jako że był ciekawy świata i głodny wrażeń, przystał na wolę lorda Iwara. Ojciec dostrzegał w nim spory talent i uważał, że na Pograniczu nie ma dla niego wystarczających perspektyw. Nie chciał również, żeby popadł on w przyszłości w konflikt o władzę ze starszymi braćmi, tak jak zrobił to niegdyś on sam. Choć Iwar nie był najstarszym synem swego ojca, pozbawił władzy swojego mało rozgarniętego brata, co zaaprobowali władcy sąsiednich lenn, a w ostateczności sam król. Graldan Andress, obalony lord, nie został pozbawiony życia, ani wolności, jednak osiedlił się w miasteczku na zachodzie lenna, którym współwładał. Jar spędził piętnaście lat poza rodzinnymi stronami - jako żołnierz brał udział w zwalczaniu band rabujących kupców w okolicach Królewskiego Miasta. Został również powołany na wyprawę do położonej daleko na północy krainy krasnoludów, w której doszło do kryzysu, w wyniku którego musiała interweniować allanorska armia, ale jest to materiał na zupełnie inną opowieść. Jar wrócił stamtąd jako rycerz, a podczas walk z barbarzyńskimi plemionami na Kamiennej Wyspie, uratował życie samemu królowi, który docenił go i mianował jednym z członków Gwardii Królewskiej Allanoru. Otrzymał również możliwość używania przy nazwisku członu “vor”, który ludzie z południa otrzymywali za specjalne zasługi - używał takiego również jego ojciec, który wykrył spisek, mogący zagrozić wszystkim południowym lennom, ale dzięki sprawnemu działaniu udało się pozbyć zagrożenia. Po obfitujących w wiele wrażeń latach, Jar vor Andress postanowił odpocząć od wojaczki i polityki i wrócić w rodzinne strony. Król, choć nie od razu, wyraził zgodę i późną jesienią vor Andress wyruszył w podróż. Ponieważ zima utrudniała jazdę, a do przebycia było wiele lenn, na miejsce dotarł dopiero na wiosnę. Teraz zmierzał do stolicy lenna - miasta Leob, aby spotkać się ze swoim bratem i władcą Pogranicza - Gavinem Andressem.
Wyjechawszy z lasu, Jar trafił na gościniec łączący dwa miasta - siedzibę brata i niewielkie miasteczko Hotzen, zarządzane przez ród Fullsteinów - lenników Andressów. Z drogi rozciągał się wspaniały widok na południowy skrawek Pogranicza, a także na góry znajdujące się już na terenie obcego państwa. Piękne pola porośnięte kwitnącym rzepakiem (jedną z roślin, z których uprawy kojarzone było lenno), oraz pszenicą robiły wrażenie na przyjezdnych, ale pejzaż ten wprost wzruszył Jara Andressa. Za pasem pól widać było w oddali duże gospodarstwo, znajdujące się przy wiosce Matejov, a za nim pas gór łącznie z najwyższym szczytem regionu - Pradziadem, który wznosił się na prawie tysiąc pięćset metrów. Na zachodzie było widać kolejne wsie, a gdy wytężyło się wzrok, można było dostrzec wieże sanktuarium na wzgórzu Cvilin, u podnóża którego położone było duże bohemskie miasto Krnov. Szczególnie piękne w tym miejscu były zachody słońca, Jar często przyjeżdżał tu konno w czasach swej młodości. Czasem zabierał przyjaciół, ale częściej przybywał tu samotnie, siadając pod drzewem i wpatrując się w malowniczy krajobraz. Kochał to miejsce i gdy dowiedział się, że opuści Pogranicze, udał się tu, by pożegnać się z ulubionym widokiem. Przysiągł jednak, że kiedyś tu wróci i ponownie nasyci się pejzażem - i teraz właśnie nadeszła ta chwila. Vor Andress był twardym człowiekiem. Zmagał się z piekielnymi mrozami królestwa krasnoludów, skalistym pustkowiem Kamiennej Wyspy, czy intrygami królewskiego dworu, a z jego ręki zginęło wielu wrogów. Teraz jednak nie mógł powstrzymać łez - padł na ziemię w zbroi i ryczał, ryczał jak bóbr. Niewielu widziało sir Jara vor Andressa płaczącego, a jeśli już to przy stracie towarzysza broni. Teraz jednak rycerz wzruszył się pięknem raju, który utracił, lecz do którego udało mu się trafić z powrotem. Na skraju lasu spędził niemalże godzinę, potem jednak dosiadł konia i wyruszył w dalszą drogę. Ściemniało się, a on był zmęczony, nie chciał też wjeżdżać do miasta w nocy, zdecydował więc, że przenocuje w gospodzie na skraju lasu. Dotarcie do niej zajęło mu około pół godziny. Drewniany budynek w otoczeniu drzew nie zmienił się z zewnątrz zbytnio od czasu, kiedy gościł w nim ostatni raz. Dawniej przybywał tutaj z przyjaciółmi i bratem Gavinem, by bawić się i wspólnie wypić, jednak tamte czasy bezpowrotnie minęły. Rycerz okryty płaszczem zostawił konia w stajni, przestrzegając parobka, żeby nie ruszał juków. Następnie przekroczył próg gospody. Była ona zatłoczona, jednak nie grała w niej wesoła muzyka i nikt nie tańczył. Wszyscy goście siedzieli przy stolikach w dość ponurych nastrojach, co zaniepokoiło vor Andressa. Zapamiętał to miejsce jako ostoję radości, a teraz wyglądało raczej jak ostoja smutku. Nikt z przebywających w karczmie nie zwrócił uwagi na rycerza. Płaszcz przykrywał