Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

historia · 12 min czytania

Salami

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Minęły pierwsze dni, tygodnie i miesiące stanu wojennego. Stopniowo łagodzono zakazy i chociaż godzina policyjna ciągle obowiązywała, jakoś dawało się żyć. Gdzieś tak w lutym w domu kolegi na drugim końcu miasta było świniobicie i Kuba towarzyszył koledze przy wędzeniu kiełbas. W przydomowej wędzarni w suterenach wędzili do drugiej w nocy i, jak to często bywa przy takich okazjach, popijali. Na drogę Kuba dostał pęto kiełbasy, długą, grubą kiszkę w papierowym jelicie i butelkę bimbru. I kiszka, i kiełbasa były jeszcze ciepłe i kiedy założył plecak na plecy, grzały przyjemnie. Mróz trzymał w nocy siarczysty i, wracając do domu przez wyludnione miasto, Kuba co pewien czas przystawał i pociągał z butelki na rozgrzewkę. Bimber bowiem, przewidując doraźne zapotrzebowanie, schował przezornie za pazuchę, do wewnętrznej kieszeni pikowanej kurtki. Oczywiście nie miał przepustki, więc unikając patroli, przemykał się bocznymi ulicami. Przechodził peryferyjną uliczką, na tyłach starego cmentarza, kiedy zobaczył z daleka światła nadjeżdżającego samochodu. - Chyba jakiś patrol, któż by inny jechał o tej porze - pomyślał, zbiegając przezornie z chodnika. Wskoczył na kamienny mur cmentarza i czekał, co będzie dalej. Zatrzymali się z poślizgiem pod pobliską latarnią i wyskoczyło na ulicę trzech z karabinami. - Stój! - dobiegło do niego od warczącego samochodu. - Przecież stoję, nie widzicie? - Co tam masz w plecaku? - W plecaku? Aaa, w plecaku! W plecaku są meble. - Meble? Jakie meble?! - Tra, ta, ta, ta! Tra, ta, ta, ta! - Kuba złożył ręce, jakby trzymał karabin maszynowy. - Aha, meble masz - zaczęli go zagadywać, zachodząc z boku. - No, pewnie, że meble, capy! Jaki pokój, takie meble - odpalił i widząc, że go zachodzą, odbiegł po szerokim murze kilkanaście metrów dalej. - Stój! Bo będziemy strzelać! - usłyszał. - To celujcie w dupę - zaproponował, zeskakując na cmentarz. Między majaczącymi widmowo cmentarnymi pomnikami było w ciemnościach trochę straszno i trochę niesamowicie, ale w towarzystwie wódki nie czuł strachu. Schowany między umarłymi, obserwował, co zrobią żywi. Zomowcy wystrzelili w powietrze, a potem pojechali wzdłuż cmentarza, do głównej bramy. - Tamtędy wychodź, którędy wszedłeś - zadecydował, dodając w myślach. - Głupcy, powinni byli tutaj zostawić z dwóch do pilnowania. Zasuwał do domu aż się za nim kurzyło, przez rynek przeleciał prawie jak na skrzydłach. Dorwali go koło szkoły podstawowej, sto metrów od domu. Podjechali, wyskoczyli, otoczyli i zawołali: - Mamy stolarza! Pokaż no te meble. - Ależ panowie! - zawołał wielce zdumionym głosem. - Jakie meble? Skąd? W plecaku? O czym wy mówcie? Ze szpitala idę, z pogotowia, bo miałem atak kamicy nerkowej. - Ze szpitala? Tak? A kto sobie kazał strzelać w dupę? Strzelaliśmy do ciebie! - Do mnie??? Ależ panowie, nic podobnego, to nie do mnie! Jakbyście do mnie strzelali, to bym się zatrzymał. Jeden z zomowców w ruskiej papasze z nausznikami najpierw oświetlił Kubę latarką, a potem wyciągnął z jego plecaka podłużną kiszkę i zaczął ją wąchać. - co to jest? - zapytał. - Salami, przecież to chyba widać - Kuba patrzył na niego z politowaniem. - To w szpitalu jedzą salami? - No, pewnie, że salami. Najpierw je jedna sala, potem druga, potem... - Dobra, bierzemy go, to ten! Nie czekał aż go wezmą, tylko sam wskoczył szybko do mikrobusu i przycupnął sobie w kąciku. Kiedy zajechali na komendę milicji, do oficera dyżurnego wprowadziło go aż czterech zomowców. Z taką dumą go wprowadzili, jakby złapali groźnego dywersanta. - Z drugiej strony korytarza jest pusty pokój - powiedział dyżurujący major. - Niech w nim siedzi do rana i niech go jeden z was pilnuje. Reszta jazda z powrotem na patrol. - Panie majorze - wtrącił się Kuba. - J tu mam w plecaku swojską kiełbasę i kiszkę. Kiełbasie nic się przez noc nie stanie, ale kiszka może się w ciepłym pokoju zaśmierdzieć. Szkoda by było. Nie macie tu jakiej lodówki? - Zabierzcie go stąd - powiedział major po chwili milczenia i nachylił się z powrotem nad szczekającą radiostacją. W niezbyt szerokim, dość długim pokoju biurowym, wartujący zomowiec usiadł na krześle koło drzwi, a Kuba zajął pozycję w wygodnym fotelu za biurkiem, pod przeciwległą ścianą. Cieplutko mu tu było koło kaloryfera. Otuchy dodawała mu również schowana w zanadrzu, pełna jeszcze do połowy butelka bimbru. - Dobrze, że mnie nie rewidowali - pomyślał, spoglądając na warującego przy drzwiach wartownika. To był ten sam zomowiec, który wcześniej wąchał kiszkę i pytał się, czy w szpitalu jedzą salami. Nie zdjąwszy futrzanej czapy, siedział teraz z karabinem między nogami i od czasu do czasu postukiwał nim o podłogę. Pierwszy raz udało się Kubie napić wódki dopiero około czwartej nad ranem. Widząc, że zomowiec drzemie, chrząknął na próbę, a kiedy tamten dalej nie otwierał oczu, zaryzykował i pociągnął z gwinta dwa potężne łyki. Teraz dopiero poczuł, że żyje. Nabrał po tym bimbrze wigoru, jak skapcaniały kot po walerianie. Wprawdzie nie zaczął biegać jak oszalały po pokoju, ale natychmiast zrobił pobudkę zomowcowi. Najpierw zaproponował mu, żeby sobie oparł karabin o ścianę, a kiedy zomowiec już czuwał, zaczął go co chwilę podkręcać. - Śpij, śpij, kochasiu - mówił - śpij, póki jeszcze możesz. Zima wasza, lato nasze. Zomowiec udawał, że nie słyszy, ale kiedy Kuba zaczął mu recytować swoje wiersze o "Solidarności" -nie wytrzymał i zaczął spacerować po pokoju. Widząc, że jego wiersze trafiają do celu, zadowolony Kuba zaczął recytować jeszcze głośniej: - Wyklęty powstań ludu, powstańcie tumanieni, powstańcie, którzy głodni - Kuba deklamował z patosem, jak na uroczystej akademii. W pewnym momencie rozłożył…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Salami — czytnik · opowiadania