Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 13 min czytania

Samobójca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wiatr przetaczał się po opuszczonych ulicach, rzucając pyłem o ściany rozsypujących się budynków. Nigdzie nie można było dostrzec nawet śladu życia. Wyschnięte ciała roślin w karykaturalnych pozach wychylały się z prześwitów w pokruszonym asfalcie. Poskręcane wraki samochodów przypominały cienie z psychodelicznego świata snów. Ziejące pustką okna były jak przepełnione żałością oczy. Kolejna rzeczywistość pochłaniana przez nicość. Wyniszczona przez swoich mieszkańców i skazana na smutny koniec jak tysiące innych podobnych. Znał ten widok na pamięć, pomimo że za każdym razem różnił się chociaż odrobinę. Widział upadki światów zarówno tych prymitywnych, jak i tych niezwykle rozwiniętych. Słowo „cywilizacja” wywoływało na jego ustach cień ironicznego uśmiechu. Czasem pozornie drobny wypadek potrafił rozsypać ten misternie wzniesiony domek z kart. Jeden mały błąd i wszystko przestawało istnieć. Tak po prostu.

Otworzył oczy, gdy kilka słonecznych promieni padło na jego twarz. Znowu znajdował się w tej norze, w tym bezużytecznym ciele. To, że znał zakończenie tej bajki wcale nie poprawiło mu humoru. Wręcz przeciwnie, teraz jego pobyt w tym miejscu wydał mu się jeszcze bardziej bezsensowny. Ale on nie był od rozumienia. Ostatecznie i tak nie mógłby się temu przeciwstawić. Wstał z łóżka. W mieszkaniu nie znajdowało się zbyt wiele mebli. Nie trudził się z jego urządzaniem, a nawet z malowaniem ścian. Mury były surowe, zupełnie jak w dniu, gdy pojawił się tu po raz pierwszy. Wydawało mu się, że było to wieki temu. Czas dłużył mu się niemiłosiernie. Każda godzina tego przymusowego więzienia trwała latami. Wyjął czyste ubranie z zakurzonej komody. Pranie ciuchów doprowadzało go do frustracji. Podobnie zresztą jak przymus robienia sobie śniadania. Jedzenie przestało sprawiać mu przyjemność w momencie, kiedy przestał być człowiekiem. Jego pamięć prawie nie sięgała tamtych czasów. Zjadł chłodną breję bez smaku, która w założeniu miała być jajecznicą. Zaraz potem wyszedł. Ulice śmierdziały. Pomimo że czuł ten zapach każdego dnia, nie tracił on nic ze swojej intensywności. Był jak wwiercający się w jego mózg gwóźdź. Nauczył się na niego nie zważać, chociaż nie przychodziło mu to z łatwością. Przesiąkał nim, gdy przeczesywał zakamarki miasta. Dzień w dzień kupował w kiosku dwie paczki papierosów i zaczynał szukać. Jego płucom już od dawna nic nie mogło zaszkodzić. Przyglądał się ludziom z obojętnością, mimowolnie zapamiętując grymasy na ich twarzach i szacując, ile przyjemności mógłby mu dać każdy z nich. Ale na to też nie miał pozwolenia. Czasem wydawało mu się, że niektórzy stamtąd wciąż wierzyli w możliwość zbawienia tego świata. Ale było to raczej mało prawdopodobne. Miał po prostu nie zwracać na siebie uwagi. Nie mógł przecież ich wystraszyć. Nie powinna mu umknąć żadna z tych żałosnych istot, które wierzyły w to, że tutaj będą bezpieczne. Odpalił kolejnego papierosa. Pogoda wyjątkowo nie zachęcała do spacerów, ale on jakoś nie mógł się pozbyć tego codziennego nawyku. Nawet jeśli nie miał zbyt dużych szans na znalezienie któregoś z nich, kiedy na niebie wciąż świeciło słońce. Ten świat przypominał mu trochę miejsce, z którego tu przybył. To był ten specyficzny klimat. Uśmiechnął się do siebie lekko i skierował swoje kroki w stronę swojego mieszkania. Dzisiejszej nocy czekała go dobra zabawa.

Ślad znajomego zapachu przyjemnie podrażnił jego nos. Jeden z nich kręcił się tu nie aż tak dawno temu. Może nawet wciąż był w pobliżu. Przeczucie go jednak nie myliło. Wciągnął powietrze z błogim uśmiechem. Właśnie tego mu brakowało. Za długo już siedział bezczynnie w tym miejscu, czekając. Potrzebował chociaż odrobiny rozrywki, poruszenia. Bał się, że jeszcze kilka dni i popadnie w letarg, z którego ciężko będzie mu się wydostać. Pozostawał już tak długo bez pokarmu dla swojej duszy. Podążał powoli za tropem, z każdym krokiem czując coraz większy apetyt. Miał rację, jego ofiara była blisko. One wychodziły tylko w nocy i to raz na jakiś czas, aby się posilić. To był właśnie ten czas. Kluczył wąskimi ulicami, a nić zapachu stawała się coraz bardziej wyrazista. Zupełnie jak ścieżka prowadząca do smakowitego celu. Miał nadzieję, że to, co znajdowało się na jej końcu, było warte tak długiego oczekiwania. Był już bardzo blisko. Wszedł w wąską boczną uliczkę i zamarł. Tutaj zapach był tak ostry, że aż prawie namacalny. Mieszał się z wonią krwi, którą zarejestrował już dużo wcześniej. Na ziemi walało się poszarpane ciało młodej kobiety. Tak świeże, że nawet z tej odległości wyczuwał jej ciepło. Rozwleczona na całej szerokości uliczki, nie miała łatwej śmierci. W wątłym świetle latarni, stojącej na prostopadłej ulicy, mieniła się intensywna czerwień jej paznokci, które cudem zachowały się na praktycznie oderwanej dłoni. Przypomniało mu to coś, co wydarzyło się zaledwie kilka dni wcześniej. Był wtedy w jakimś hałaśliwym klubie, z nadzieją na znalezienie tu kogoś, kto zapewniłby mu chociaż odrobinę rozrywki. To była taka jego osobista chwila słabości. Siedział przy pustym stoliku i popijał jakiś alkohol, którym i tak nie zdołałby się upić. Zawsze miał mocną głowę do trunków, przynajmniej zanim stał się tym, czym był obecnie. Nie wyglądało jednak na to, żeby cokolwiek się pod tym względem zmieniło. Po czasie przeszła mu nawet ochota na polowanie. Wydało mu się to ta obrzydliwie łatwe, że aż kompletnie pozbawione tej przyjemności, której tak potrzebował. Ofiary same pakowały się w ręce, jak chociażby ta przesadnie kołysząca biodrami kobieta, która powolnym krokiem zbliżała się do niego. Usiłowała być uwodzicielska, ale jemu wydała się podobna do ślepego kurczaka zaczepiającego lisa. Za krótka spódniczka, za ciasny top, smród desperacji i seksualnego głodu. Nawet gdyby wciąż był człowiekiem, nie wydałaby mu się interesująca. Nie spojrzał na nią, gdy się do niego przysiadła, drażniąc jego wrażliwy węch ciężkimi perfumami. Pociągnął kolejny łyk ze swojej szklanki. Kobieta czekała przez chwilę, żeby zwrócił uwagę na to, jak łaskawa była, racząc go swoją obecnością. On jednak dalej nie reagował, więc odchrząknęła głośno. To też nie pomogło. - Miałeś ciężki dzień? – zapytała siląc się, żeby jej głos brzmiał głęboko i uwodzicielsko. Nie odpowiedział, więc zaczęła mu się uważniej przyglądać. Chciała znaleźć inny temat do rozmowy. W nikłym świetle dostrzegła jego poorane bliznami nadgarstki. Dotknęła jego ręki pomalowanym na krwistą czerwień paznokciem. – Nie tnij się tak często, chłopcze, bo za…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%