Zbrodnia · 5 min czytania
Samobójczyni
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Brzęczenie muchy, odbijającej się o szybę skutecznie zabijało jej marzenia, dobitnie udowadniało szarość codzienności. Udawała że śpi, nie potrafiła zasnąć, ale męczyć się dalej tego wieczoru już nie chciała. Kładąc głowę na poduszkach łudziła się, że choć przez chwilę przestanie myśleć, czuć, cierpieć. Jej wierna towarzyszka nosząca deszczowe imię Samotność nigdy jej nie opuszczała, zawsze wiernie dotrzymywała jej kroku. Nie miała przyjaciół. Owszem, kiedyś wydawało jej się, że ich ma, bo może kiedyś istotnie miała przyjaciół, kiedyś... wszystko było prostsze... Wspomnienia niczym duchy wołające o pomstę nawiedzały jej poranione serce. Wydarzenie sprzed 2 lat przypieczętowało jej beznadziejny stan. Miała kogoś, kogo kochała, miała kogoś kto kochał ją. Był w jej wieku, choć mieszkał daleko, na drugim końcu Warszawy, nigdy nie spotkała kogoś takiego. Był do niej bardzo podobny, zawsze ją rozumiał, był niczym jej duchowy brat bliźniak, ale posiadał jedną wadę... Kiedyś spróbował i nie umiał przestać. To trwało bardzo długo. Ona walczyła o jego życie, nawet namówiła go, żeby zgłosił się do pewnego ośrodka... i on jej posłuchał. Nawet zaczynało się układać, wychodziło słońce, tylko po to, żeby spalić ją w swych bezlitosnych promieniach. Pewnego dnia, była głupia impreza, głośna muzyka, szalony taniec, morze alkoholu, nikotynowa mgła i one – strzykawki. „Ten ostatni raz i już nigdy więcej, obiecuje, już nigdy więcej, tylko ten raz” nie wiedział jakie dramatyczne znaczenie miały te słowa, bo faktycznie, nie wziął już nigdy więcej... Dużo krzyku, nienaturalne światła, syrena, ślepe okna, nie chciały widzieć nic... i nic... już nic nie było ważne w jej życiu. Tak rozpaczliwie o niego walczyła, oddała całą siebie, spaliła się... jak zapałka, nędzna, marna zapałka... To było 2 lata temu, choć minęło tak wiele czasu, nadal nie mogła się pozbierać, nie tak łatwo jest zapomnieć kiedy się kochało. Teraz leżąc z na siłę zamkniętymi oczami cierpiała, tysiące obcych szpanów rozdzierało jej serce. Już dawno zgubiła sens, bała się, drżała... Wstała z łóżka, sięgnęła do szuflady, pominęła kopertę z jego zdjęciami i listami, nie spojrzała nawet na zdobiona talię kart, która kiedyś dostała od dziadka, jej wzroku również nie przyciągną jej pamiętnik, po pewnym czasie ocierając łzy i oddychając spazmatycznie wydobyła zdobioną zaschniętą krwią żyletkę. Rozpaczliwie spojrzała na swoje ręce... nie było już miejsca na kolejne szramy, a to jest…