Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 8 min czytania

Samogłoski

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Listopadowe dni nigdzie nie są równie wyjątkowe, co we Wrocławiu. Bezlistne drzewa wyciągają pokrzywione ręce, jakby w błaganiu o chrześcijańskie miłosierdzie oraz ochronę przed bezlitosną stalą mechanicznych pił. Grafit nieba i zimna obojętność kropel deszczu jawią się jako coś nieskończenie tajemniczego, a przy tym tak bliskiego nieprzemijalnej wieczności, jak tylko jest to możliwe. Świat przenika natchniona melodia pospolitości. Rozkopane ulice, poszerzane drogi, ubity piach, wielkie plany. Wszystko się zmienia, pędzi na łeb, na szyję, na złamany kark. I tylko te indyferentne krople wybijają cichy rytm, tłukąc o szkło.

Anna wolną dłonią sięgnęła do kieszeni kurtki i wyciągnęła stamtąd wysłużoną chusteczkę. Wycieranie nosa lewą ręką nie należy do rzeczy łatwych, ale przez osiemnaście lat swojego życia, a w tym sześć niezmiennie spędzanych dwa razy dziennie w wyzutym ze wszelkich wzniosłych uczuć transporcie publicznym, nauczyła się wiele o przetrwaniu w miejskiej dżungli. Stała na drugim stopniu, w ostatnich drzwiach drugiego wagonu szynowej bestii numer dwadzieścia dwa. Ciżba ludzka nie pozwalała na dalszą eksplorację brudnego tramwaju. W słuchawkach jej empetrójki z uczuciem produkował się John Lennon. Dziewczyna patrzyła niewidzącym wzrokiem na przesuwający się za oszklonymi drzwiami urbanistyczny krajobraz. Zdarzało jej się to nader często - odpływała na łagodnych falach muzyki, zamykając się na rzeczywistość. Gdyby ktoś postanowił ukraść jej okulary, pewnie nawet by nie zauważyła. I to nie ze względu na wadę wzroku. "Ciekawe, co tam u Roberta? - myślała. - Zdał w końcu do trzeciej klasy, czy nie?" Jak to się dzieje, że swoich najbliższych przyjaciół nie widujemy od wieków? "Wydaje się, jakbym ledwie wczoraj kończyła podstawówkę. A teraz stoję u progu matury, która wbija we mnie swe szydercze ślepia i natrząsa się z wszystkich nieudanych prób nauki – dumała z liryczną i męczeńską rzewnością, lecz jej usta mimowolnie wygięły się w cynicznym półuśmieszku. Za parę miesięcy mam być druhną na ślubie koleżanki z gimnazjum. Moja rówieśnica wychowuje czteroletniego chłopca, którego spłodziła z czterdziestoletnim, żonatym mężczyzną. Może to ze mną jest coś nie tak? Czy to normalne, że mimo metrykalnej dorosłości, wciąż jestem naiwna i głupia jak dziecko?" Wibrujący i przykry dźwięk za oknem wyrwał dziewczynę z zamyślenia. Taksówkarz otrąbił kobietę skrytą pod błękitnym parasolem. Niedoszła inwalidka przebiegła przez pasy na czerwonym świetle, prawie wpadając pod koła samochodu. Zaczęła wyzywać kierowcę od "ślepych baranów". "Chwilka, błysk, ukłucie bólu i koniec. Gaśniesz jak zdmuchnięta zapałka, odlatując z przerażeniem w niebyt niczym wątłe kłęby dymu. Zostaje po tobie tylko woskowate żerowisko dla bakterii, nad którym ludzie, którzy zawsze mieli cię gdzieś, wylewają hektolitry krokodylich łez. Prochem jesteś, w proch się obrócisz, ale dlaczego? Wolałabym obrócić się w perzynę. Tak z czystej złośliwości i ku konsternacji moich przyszłych biografów. Grunt to bunt. Jakie to wszystko filisterskie i banalne..." Tramwaj zatrzymał się na przystanku i wtłoczyli się do niego nowi pasażerowie, przesłaniając Annie widok na deszczowy świat, od którego skutecznie odgradzała ją tafla porysowanego szkła. Lennon umilkł, przebrzmiały ostatnie takty melodii.

Edward leżał na białym, szpitalnym prześcieradle, splatając ręce pod głową. Zapatrzył się na szczególnie interesujący zaciek na suficie układający się w zarys liścia paproci. A przynajmniej tak mu się kojarzył. Deszcz zacinał o szyby z uporem godnym lepszej sprawy. "Ile to już dni? Tydzień? Dwa? Miesiąc? Dwa?" Nie pamiętał wiele z samego wypadku. Stracił przytomność, dzięki Bogu. Tylko huk, światło i suchy trzask. Własnych kości. Lekarzom jakoś udało się pozbierać go do kupy.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Samogłoski — czytnik · opowiadania