Romans · 12 min czytania
Samotna na peronie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stoję samotna na peronie, czekając na pociąg, który nie nadjedzie. Wiem. A jednak czekam...
Kiedy półtora roku temu odchodziłam od człowieka, który niegdyś był miłością mojego życia, a stał się moją udręką, miałam dość związków. Chciałam być sama. I chyba mimo wszystko byłam szczęśliwa. Przez pewien czas... Potem okazało się, że samej jednak ciężko i źle. Weszłam w fazę poszukiwań Tego Jedynego. Paranoicznie wręcz i desperacko patrzyłam na każdego napotykanego faceta jak na potencjalną „zdobycz”, z zazdrością obserwując przytulające się pary. Bardzo, bardzo chciałam się zakochać, zatracić, spłonąć... Zdarzyło mi się pójść na układ pod hasłem „carpe diem”, wplątałam się też w burzliwy emocjonalny romans z żonatym mężczyzną, na szczęście starczyło mi rozsądku, żeby wycofać się w porę, prowadziłam intensywne życie towarzyskie, udzielając się na wszystkich imprezach i czujnie wypatrując, czy na horyzoncie nie pojawia się Ten Jedyny... Bezskutecznie.
Potem, poznałam Bardzo Mądrego Człowieka, który powiedział mi: „Jeszcze za wcześnie. Jeszcze nie wyzdrowiałaś. Twój pociąg być może dojeżdża już do stacji, na której czeka Twój Jedyny, ale za szybko jeszcze pędzisz. Gdyby teraz chciał Cię wziąć w ramiona, wpadłby pod koła”. Buntowałam się, zaprzeczałam, nie chciałam uwierzyć. A potem poznałam w necie Jego. Świetny kumpel, nadający na tych samych falach, z takim samym poczuciem humoru, obdarzony inteligencją powalającą na kolana. Świeżo po rozstaniu z Miłością swojego życia. Byłby ideałem, gdyby nie pewien drobny szczegół, o którym wiedziałam od pierwszej rozmowy, a który stawiał go kompletnie poza moim zasięgiem. Znalazłam w nim prawdziwego Przyjaciela, powiernika, cierpliwego słuchacza, kiedy balansowałam na krawędzi załamania. Rozmawialiśmy coraz częściej, coraz dłużej, na coraz bardziej intymne tematy. Zwierzaliśmy się sobie z problemów z samotnością, z wiecznym brakiem pieniędzy. Wiedział o mnie rzeczy, których nie mówiłam nikomu innemu. Ja o nim też. Odkrywaliśmy coraz większe pokrewieństwo dusz. Pomału, wbrew wszystkiemu, zaczęłam się zakochiwać, ukrywając to starannie. Chyba wiedział, w końcu był odbiciem mojej duszy... W końcu powiedział, że chciałby się ze mną spotkać, ale... boi się. Chce, ale wie, ze się nie da. To była pierwsza z serii rozmów o tym, co właściwie jest między nami. Przekroczyliśmy zwykłe ramy przyjaźni, chociaż otwarcie żadne wyznania nie padły. Pojechałam, wiedząc już, że mam jedną, jedyna szansę od losu na spotkanie miłości swojego życia. Trochę przypadkiem, spędziliśmy razem kilka dni. Było cudownie, magicznie, metafizycznie wręcz… A potem usłyszałam, że nie może być dla mnie nikim więcej, jak tylko przyjacielem. Że mogę być netową koleżanką, jedną z wielu, a jeśli tego nie zaakceptuję, musimy zerwać kontakty. Że nasze spotkanie, kiedy przekroczyliśmy ostatnią barierę, było błędem. Że wie, że mnie rani, ale nie chce, żebym cierpiała jeszcze bardziej. Że przeprasza, ale nie umie, i nigdy nie będzie umiał mnie pokochać...
Niebo runęło mi na głowę. Bo mimo że wiedziałam, że nie ma szans na związek, cały czas miałam nadzieję. Wiedziałam, że coś takiego dwa razy w życiu się nie zdarza... Nie zerwaliśmy kontaktów, ja nie mogłam, on... Nie chciał? Rozmawialiśmy dalej. Na początku starannie unikając tematów zbyt osobistych. Potem, wszystko wróciło, jak dawniej. Opowiedział mi historię swojego trudnego dzieciństwa, swojego wieloletniego związku, wiele rzeczy zrozumiałam, przestały mnie dziwić jego reakcje, jego lęk przed zaangażowaniem, niezdolność do stworzenia stabilnego związku... Powiedział mi też, że wciąż kocha swoją ex. Mimo, że to była toksyczna miłość, mimo, że mieli ze sobą tak niewiele wspólnego, mimo, że rozstawali się kilkanaście razy. Powiedział też, ze gdyby ona była taka jak ja, „to po prostu kwintesencja”. Płakałam przy kompie, wściekając się na los, który postawił mi na drodze ideał o kilka lat za późno.
Minęło kilka miesięcy, nadal byliśmy w stałym kontakcie. Kiedy byłam w pracy, On miał wyłączone komunikatory. Włączał, po otrzymaniu smsa: „I’m home”. Podjęliśmy pracę nad wspólnym projektem, co jakiś czas odrywając się, żeby porozmawiać, poprzerzucać błyskotliwymi żartami, czy pocieszyć się, że koniec już blisko. Chociaż byliśmy tak daleko, zachowywaliśmy się często jak stare dobre małżeństwo. Ja budziłam Go prawie co rano, wysyłając mu sygnał na komórkę, i czekając na smsa: „Thnx, Kotek, wstałem”, odkąd zaspał do pracy po całonocnej rozmowie ze mną, on wirtualnie mnie przytulał, kiedy było mi smutno, i „robił” mi herbatę, kiedy wracałam zmęczona do domu, rozmawialiśmy codziennie w sieci, często przez komórkę, dostawałam od niego dziesiątki smsów, kiedy nie miałam dostępu do sieci, płakaliśmy wspólnie ze śmiechu, opowiadając sobie zabawne historyjki dnia codziennego, On meldował mi, ze wróci później do domu: „Nie czekaj, Mała, idź spać, nie wyśpisz się”... Udawaliśmy? Tak, chyba udawaliśmy, że to real, jednocześnie wiedząc, że w prawdziwym życiu nigdy nie będziemy razem. Zwierzaliśmy się sobie z najskrytszych myśli, poza jedną... Czy wiedział, że go kocham? Pewnie wiedział, chociaż nigdy mu tego nie powiedziałam, i nigdy nie powiem.
Mój pociąg zatrzymał się, stoję na peronie, czekając, wiedząc, że czekam na próżno. A jednocześnie gdzieś tam, w głębi serca, tkwi głupia, niepotrzebna nadzieja, która nie pozwala pozbyć się myśli, że może jednak, może nie jutro, nie za miesiąc ani rok, ale może kiedyś, gdy życie się nam obojgu wyprostuje... Nie raz już usłyszałam, kiedy znów…