Fantasy · 4 min czytania
Samotność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cisza panowała wokół wielkiego pola, gdzie miała się rozegrać bitwa. Uwielbiał tą ciszę. Każdy starszy z rasy Lordów ją uwielbiał. Rzymski legion już był gotowy do walki. Porządnie wyszkoleni i uzbrojeni żołnierze czekali już tylko na wroga. On stał sam. Armia, która miała nadejść, potrzebowała godnego herolda. On nim został. Powoli zapadał zmrok. I wiedział, że już nadeszła pora, Rzymianie nie będą czekać w nieskończoność. Wyciągnął z pokrowca sztandar swojej armii. Przyjrzał mu się dokładnie, po czym chwycił za rękojeść i skierował go w stronę zachodzącego słońca, tak aby legioniści mogli mu się przyjrzeć. Drugą ręką zdjął kaptur długiego brązowego płaszcza i usunął chustę z twarzy. Oprócz czarnej kolczugi nie miał żadnej zbroi. Za całe uzbrojenie miał miecz... i sztandar. Szybko zaczął mamrotać słowa mantry. Raz za razem coraz głośniej i głośniej je powtarzał. Niedługo szept przerodził się w krzyk. Słońce już całkiem zaszło. Rzymianie zniecierpliwieni czekali wroga i słuchali niezrozumiałych słów mantry. Równo ze zniknięciem ostatniego promienia słońca słowa zmieniły się. To już nie była mantra. Teraz recytował zaklęcie. Ostatnie jego słowa wykrzyczał i zamilkł. Wiatr zawiał od południa trzepocząc sztandarem. Rzymianie poczęli się śmiać z głupca, którego zostawiła armia i który krzyczy jakieś brednie jak wariat. Kilka sekund później zza pleców Lorda wyskoczyło 50 wielkich istot. Istoty te były czarne i miały co najmniej 2 metry wzrostu. Każda uzbrojona w długi miecz i zasłaniająca się pawężem. Kiedy skierował sztandar w stronę legionu istoty te ruszyły dokonać rzezi. Legioniści też ruszyli do ataku. Walka szybko przeniosła się na wzgórza. Na tyle blisko by wszystko widział i na tyle daleko by nic mu się nie stało. Stał w milczeniu a wiatr targał jego długie czarne włosy.…