Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 21 min czytania

Samotność cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

‘’Samotność’’

Mam myśli, ochotę się zabić. Jeden krok wprzód, zmartwienia zostawić. Nie myśleć, że cierpię i żyję samotnie. Nie myśleć, że miłość, zniknęła bezpowrotnie.

Nikt mnie nie wspomni, nawet nie zapłacze. Przystanie przy grobie i tyle go zobaczę. Przez mgnienie oka, zostanę w pamięci. Samotność to piekło, także po śmierci mnie dręczy.

Kim jestem??

Chcesz wiedzieć, kim jestem? Naprawdę chcesz wiedzieć? Jestem cieniem. Westchnieniem. Wiatrem. Wspomnieniem. Jestem żałosny. Jestem nikim. Nie ma mnie. Pogrążony w mroku, poniżając się przed wszystkimi, krążę od początku do końca. Nie widzę celu. Jest tylko ciemność. Pustka… Cisza… Oszałamiająca zmysły Samotność… Sam już nie wiem, kim jestem.

Słowem wstępu, czyli - Przedstawmy się.

Witaj. Chciałbym Cię poznać. Widzę, że jesteś inteligentną osobą, więc bez problemu zrozumiesz, co będę starał się Ci wytłumaczyć, opisać, opowiedzieć. Jesteś także interesującą personą, ponieważ nie rzuciłeś w kąt, drogi czytelniku, tego oto zlepku słów, bo trudno mi to nazwać inaczej. Jestem Marek, a Ty? Dobrze, nie chcesz, nie odpowiadaj. Może to rzeczywiście troszkę za wcześnie. W każdym bądź razie, miło mi, że zechciałeś, że dałeś mi tę szansę by, zabawić Cię, zaciekawić lub może nawet, rozweselić.

Nigdy nie będzie mi już pewnie dane, powtórzyć całego, lub, choć cząstki z życia by być pewnym, że przeżyłem Je godnie.

Nie przedłużając. Postaram się ukraść Wam czas.

‘’Jestem Cieniem’’

Jestem Cieniem, niewidzialnym człowiekiem. Przemijam cicho, wciąż wiek za wiekiem. Żyję tuż obok, lecz nikt mnie nie zobaczy. Krzyczę, nikt nie słyszy. Krzyczę dopóki sił mi nie starczy.

Nie jestem jakimś tam, zabawnym gościem. Nie jestem wcale tam, nadzwyczajnie popularny. Jestem sobą. Wiem, co potrafię i na co mnie stać. Znam swoje granice. Znam swoje słabe i mocne strony. Jestem pewny siebie i swoich Przyjaciół. Żyję jak chcę i nikt mnie do niczego nie zmusza. Jestem Marek. Mam w dupie, co o mnie sądzisz. Jeśli myślisz, że jestem miły i spokojny, to poznałeś mnie o wiele za późno.

*****************************************************

Poniedziałek – godzina 02:30

Idę ciemnym peronem. Światła latarni gdzieniegdzie mrugają, by po chwili zgasnąć kompletnie. Podnosi się mgła, a księżyc wisi wysoko w swojej pełni. Spogląda z góry na moje kroki, kierujące się do końca drogi. Za sobą słyszę cichy szept, jak muśnięcie policzka opuszkami palców. Powoli odwracam się na pięcie i widzę przejrzystą postać. - Pomóż mi… Nie zostawiaj mnie samej… Przepraszam… Jej twarz staje się wyraźniejsza. Mgła się rozmywa i mogę w końcu zobaczyć, kim jest.

NIE!!!!...

Siedzę na łóżku i czuję jak łzy płyną mi po policzkach.

- Dlaczego mnie wciąż nawiedzasz!?- Pytam w mrok – Błagam! Zostaw mnie wreszcie w spokoju…

Co noc, w moim powtarzającym się koszmarze, widzę twarz Karoliny. Lecz to nie ta sama dziewczyna, w której się zakochałem rok temu i o której wciąż myślałem. Tamta Karolina była piękna, inteligentna, wesoła, pełna życia i o wszystkim mogłem z Nią porozmawiać. Na dowolny temat. Przy Niej czułem się szczęśliwy, bo zabierała całą moją szarość życia. A ta, która nawiedza mnie wciąż w snach, jest okropnie zmasakrowana… Wyłupione oczy, zaszyte usta i cała twarz w sączących się krwią, ranach. Nie mogę powstrzymać łez. Cały się trzęsę, bo boję się, że jeśli znów zasnę to stanie się coś strasznego. Zamknąłem na chwilę oczy i straciłem przytomność…

Poniedziałek – godzina 07:00

Pogoda za oknem odzwierciedla mój nastrój. Pokazuje dokładnie to, jak się czuję. Jakby ktoś siedział w mojej głowie i pędzlem artysty wypuszczał barwy na świat. Żyję chyba, tylko dlatego, bo nie mam odwagi skończyć ze sobą i sprawić by na świecie znów zagościła wiosna. Jest tylko jesień. Drzewa wyglądają jak z koszmarów i straszą nagością swych, wypuszczonych w niebo, gałęzi. Wieczny deszcz. Płynie po szybie, która wygląda jak twarz. Pełno łez, a gdy chcesz je obetrzeć to nie dajesz rady, bo jesteś po złej stronie. Nie mam już siły, lecz jestem tchórzem. Żyję tylko po to, by jak gąbka, absorbować ciągłe cierpienie. Czy taka jest moja rola? Czy taki jest Boski plan? Czy takie jest życie, by czekać na tą jedną osobę? Przechowuję w sobie pytania bez odpowiedzi. Potrafią mi tylko odpowiedzieć, że w końcu Ją znajdę, bo jestem fajnym chłopakiem. Gówno wiedzą. Pocieszenia… Puste słowa… Zapewnienia… Mam już dość, lecz muszę żyć, chociaż jest mi to nie na rękę.

Stoję tak przed oknem i rozmyślam nad swoją rolą i co może mnie jeszcze w życiu spotkać. Dochodzę tylko do wniosku, że wcale nic szczęśliwego i ciekawego. Ale co mi tam. To tylko kolejna rysa w moim sercu. Przyzwyczaiłem się. Mam rodzeństwo. Starszego brata i młodszą siostrę. Lecz jestem jedynakiem. Nie rozpieszczanym, nie chwalonym, nie wywyższanym. Mam rodziców, lecz jestem sierotą. Jestem sam. Nikt mnie nie rozumie. Stoję, więc tylko przed oknem i rozmyślam.

Dziś jest poniedziałek. ‘’Pierwszy dzień, reszty mojego życia’’ - jak ktoś kiedyś to powiedział. Jeszcze inny powiedział – ‘’Nienawidzę poniedziałków’’ – i z nim też się zgadzam. Pada… A mnie czeka droga do autobusu, a następnie do szkoły. Wstałem, ubrałem się, wymieniłem parę nie istotnych uwag z ‘’rodziną’’, zjadłem śniadanie i wyszedłem. W głowie wciąż miałem wczorajszy sen.

- Pierdolę – powiedziałem wychodząc, gdy drzwi od domu się za mną zamknęły. Następnie założyłem słuchawki na uszy i powoli się wyciszałem. Coma – ‘100 tysięcy jednakowych miast’’. Jakże oddaje mój stan.

Wsiadłem do autobusu, ale nie po to by gdzieś nim dojechać. Wsiadłem z zamiarem jeżdżenia w kółko aż… nie wiem, po co. Może żeby pomyśleć? Chciałem się uspokoić. Chciałem być wśród ludzi. Wśród osób, dla których mój stan jest czymś naturalnym i niewzbudzającym niczyich emocji. Oglądałem spacerujące pary, przytulone pod jednym parasolem, zmierzające do szkoły, pracy, błąkające się bez celu, lub gdziekolwiek się im podobało. Ja sam oparty o zimną szybę w autobusie, słuchający muzyki i jeżdżący bez planu na przyszłość… Marzyłem.

Czas mijał szybko, nie martwiłem się niczym. Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Ją zobaczyłem. Wyglądała zupełnie jak Ją zapamiętałem. Nie ze snu, lecz z najgłębszej myśli w mojej podświadomości. Piękna jak zawsze. Nie potrafię Jej dokładnie opisać, bo gdybym się ośmielił to tylko bym żałował. Żadne moje słowa nie byłyby, choć odrobinę zbliżone do Jej doskonałości. Mijałem moje gorzkie szczęście, gdy stała przed sklepem. W zwolnionym tempie, jadąc autobusem, patrzyłem jak ostatnie promienie słońca oświetlały Jej twarz, a włosy, lśniły. Lecz, znów rana, jedna z największych, szarpała moje serce, gdy zobaczyłem jak Jej chłopak wybiegł ze sklepu by Ją przytulić i pocałować. Nasunąłem czapkę mocniej na oczy i zapłakałem…

Wysiadłem zaraz na następnym przystanku i skierowałem się na stary cmentarz. Kroki same kierowały się na Ten jeden grób. Mojego ojca, Andrzeja. W głowie wciąż wyświetlał mi się obraz sprzed chwili. Szedłem, nie zważając na wszystko. Mijani ludzie, zapalone znicze, zapuszczone groby. I między tym wszystkim Ja. Zamyślony, zły, smutny i samotny. Nagle usłyszałem za sobą głosy. Przyciszone do szeptu, lecz słychać było podniecenie. Rozmawiali o mnie. W mijanym nagrobku, wyczyszczonym tak, że mogłem się przejrzeć, zobaczyłem trzech chłopaków. Na oko siedemnasto - osiemnasto letnich. Nie wywarło to na mnie żadnego wrażenia. Znałem ich. Była kiedyś taka sprawa, potem policja i sąd, ale to już nieważne. Widocznie tylko dla mnie. Zatrzymałem się, wiem, że zrobili tak samo. Sięgnąłem do boku by odczepić łańcuch. Było mi wszystko jedno… Nawet byłoby to ironiczne, zostać pobitym na śmierć na cmentarzu. Powoli odwracałem się, z opuszczoną głową. Odrzuciłem w bok plecak i czekałem. Zauważyłem, że jeden z nich sięgnął po nóż. Uśmiechnąłem się tylko, chyba w głębi serca tego pragnąłem. Miałem dość życia. Nierozumiany przez nikogo, opuszczony przez wszystkich. Samotny… Nie mieli zbytnio pola do popisu, uliczka była wąska, a naokoło otaczały nas groby. Mogli, więc tylko, zamiast w trójkę, pójść we dwoje. Jeden chciał coś powiedzieć, ale miałem to gdzieś, zaczynało mi się robić zimno, więc ruszyłem pierwszy. Wszystko poszło szybko. Ominięcie noża. Cios w brzuch, zamachnięcie się na drugiego łańcuchem i jednego mniej. Leżał nam pod nogami, w tej odrobinie krwi ze swojej głowy. Ten, co oberwał w splot słoneczny, zaczynał powoli dochodzić do siebie, więc dostał jeszcze, z obitej ćwiekami rękawicy, w podbródek i padł jak pet. Ostatni widząc chyba, że został sam, zaczął się powoli cofać, a po chwili nie było już po nim śladu.

Ehhh, wygrałem – szepnąłem i schyliłem się po plecak. Powlokłem się do grobu ojca. Usiadłem na niedawno postawionej ławeczce i zatraciłem się w rozmowie.

- Przepraszam. Nic Ci nie jest? O mało, co nie podskoczyłem. - Słucham? - Spytałam się, czy wszystko z Tobą w porządku? Dopiero teraz dostrzegłem, kto do mnie mówił. Heh, dar od losu? Boski znak? Łut szczęścia?... Karolina… - Ka... Karolina?? Co Ty tu robisz? - Marek?? – Widać, że dopiero teraz mnie poznała – Kopę lat, co słychać? – Nie potrafię opisać jak przepięknie się uśmiechnęła, ale naraz spoważniała, – Co tu się przed chwilą stało? Nic Ci nie jest? Nic Ci nie zrobili? Pokaż, muszę Cię obejrzeć.

Widać, że była nieźle zmartwiona. Przeze mnie. Nie nawiedziłem takich sytuacji, gdy ktoś był smutny lub zmartwiony z mojej winy. A zwłaszcza, jeśli była to dziewczyna. Stałem przed Nią i nie potrafiłem wykrztusić słowa. Mogłem na Nią patrzeć w nieskończoność. Lecz nie było mi to dane, bo zobaczyłem jak podchodzi Jej chłopak.

- Człowieku. Pięknie ich załatwiłeś. Położyłeś ich w trzech ciosach. Masz, kurwa, talent. Mówił o mnie jak o jakimś bohaterze. Lecz ja znów poczułem gniew, gdy na Niego spojrzałem. - Ta, jasne, talent. Raczej obojętność. – Przestałem się na niego patrzeć i zwróciłem się z powrotem do Karoliny. - Słuchaj. To bardzo miło z Twojej strony, że się o mnie martwisz, ale nic mi nie jest. Przepraszam, bo może wydam się teraz chamski, ale chciałbym zostać sam. Miło było znów Cię zobaczyć.

Spojrzała tylko smutno na mnie i skinęła głową. - Rozumiem. Chodźmy już Paweł. To do zobaczenia. – Wykonała taki ruch jakby chciała mnie przytulić, ale byłem szybszy i tylko wyciągnąłem rękę.

Odwróciłem się w stronę grobu i spuściłem głowę. Odeszli przytuleni. Jeszcze

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Samotność cz.1 — czytnik · opowiadania