Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 10 min czytania

Samotność - drugi pocałunek śmierci.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}{u}Samotność{/u} - czwarty pocałunek śmierci.{/b}

*

{i}Samotność. Długie lata, w czasie których przeżywasz walki z wiatrem, słuchasz deszczu, przyglądasz się gwiazdom, szanujesz ciepłe dni, a przeklinasz zimne. Gdzie nie obchodzą cię chwilowe ploteczki. Chwila przestała mieć znaczenie, bo oto żyjesz samotnie tyle lat. Patrzysz na świat, przemijających ludzi i po prostu istniejesz.{/i}

**

Minęła jesień, mija zima. Niedługo powrócą liście na uśpione chwilowo drzewa. Tak jakby i one tylko spały skulone w gałęziach tych wszystkich starych - dla większości ludzi - ale tak naprawdę młodych, drzew. Teraz wszystko jest takie monotonne. Piękne i uśpione. Skąpane w białym puchu. Promienie przebiły się wreszcie przez zasłonę chmur ogrzewając zamarznięte rośliny, jednocześnie zabijając tyle bezbronnych płatków, które w myślach nie jednokrotnie nazywano zimową sakurą. Stąpała bezszelestnie po jesiennych liściach, teraz idzie nie zostawiając śladów na lśniącym śniegu, nikt też nie zauważy kiedy przejdzie po powierzchni wody. Szła w zamyśleniu, szukała. Widziała w swej wędrówce wiele, znalazła rzeczy których ludzie szukają latami. A jednak nadal szła. Smutna, ponieważ nie potrafiła znaleźć tego co dla niej było najważniejsze. Samotna, ponieważ nikt jej nie towarzyszył. Ukrywała w kosmykach swoich długich włosów, swoje oczy. Nie zawsze, bo bardzo mało miało szczęście czy nieszczęście ją widzieć i rozpoznać. Tych przypadkowych widzów wolała jednak nie drażnić swym wzrokiem. Tęczówkami, które zmieniły swą barwę w ciągu dnia i roku. Jednak zawsze pozostawały ciemne. Najczęściej zimne i smutne, ale nie zawsze. Wisiała jak duch nad miastem, jednocześnie stojąc wśród ludzi. Widziała ich zatroskane twarze. Patrzyła na pełne przepychających się ludzi ulice, na niemniej samotne od niej koty, na smutną staruszkę, która do domu musiała wracać dłuższą drogą tylko dlatego, że bała się przejść przez ulicę, na umierającą w ciemnym zaułku chwilę... Miejsce w którym się zatrzymała było wyjątkowe, był to sam środek miejskiego pentagramu, który złożony został nieświadomie z ulic, a zachowany już całkiem świadomie przez jedną z największych tajemnic tego państwa ukrytą parę budynków od miejsca w którym ona sama była. Tajemnicę, która żyła już długo, widziała niemało i pisała. Pisała teksty niezrozumiałe, jednak pisała dla ludzi przyszłości, a tym z teraźniejszość czytała to co zostało zapisane przez przodków w ówczesnym języku, ówczesnego świata. Nie została jednak by przyglądnąć się temu tętniącego smutną iluzją życia miastem, postąpiła kolejny krok, czy jak twierdzą inni zniknęła i pojawiła się w całkiem innym miejscu. Przebiegła przez jezioro, przeszła pustkowie i wylądowała na pustyni. Gdzieś na horyzoncie szła karawana. Połowa ludzi miała tam już przewidzenia. Widzieli miasto, widzieli je takim jakim jest w tej chwili naprawdę, gdzieś tam paręset kilometrów od nich. A od niej samej pewnie cała wieczność, a może i więcej. Szła po piasku, patrząc na gwiazdy szukając ciepła w ich świetle. Nie oglądała się za siebie, bo wiedziała doskonale co tam zastanie. Pustkę, z której woła głos. Głos którego nienawidziła. Śladów nie zostawiała, za co przeklinała się czasami. Nigdy nie wiedziała czy czasami nie zaczyna chodzić w kółko. Zachowano równowagę - od tego chodzenia nie bolały ją nogi, nie upadała, nie wpadała, nie chcąc tego, do wody i nie tonęła w piasku. Została wysłana, a raczej sama się wysłała, by znaleźć to co kocha, a o czym nie ma pojęcia. Było to na tyle trudne i niewykonalne zadanie, że zajmowało wieczność. Jednak wieczność tak urozmaiconą przez ludzi, czasami śmieszną, innym razem bardzo bolesną. Nie zabłądziła tym razem, trafiła do lasu. W myślach widziała wszystkie wojny które miały tu oficjalnie miejsce, a także zamachy. Wolała nie patrzeć na ziemię, bo choć porośnięta była mchem i innymi roślinami, zobaczyłaby każdego człowieka który padł tam z wycieńczenia lub od ciosu. Na horyzoncie ponownie pojawiły się światła, jednak nie było to jednolite światło rzucane przez żarówkę czy inne elektryczne cudo. To już nie była ta epoka w której przed chwilą się znajdowała. Teraz widziała migoczące słabym blaskiem świece w oknach, spokojne płomieni ogniska przy leśnych namiotach. Widziała grzeczne dziewczynki, plotkujące siedząc na zbitej z desek ławeczce. Latem, na tej samej ławeczce wspólnie śpiewały. Widziała ojca krzyczącego na syna, który nie potrafił zrozumieć sensu matematycznej magii. Słyszała podmuch wiatru i zbliżająca się burzę. Kochała burze. Zjawisko tak nieprzewidywalne. Tak jak ludzie, których widziała na swojej drodze. Popatrzyła w niebo powoli zasłaniane mroczną pokrywą. Miała nadzieję zobaczyć piękne przedstawienie z cudownie skomponowaną przez naturę muzyką. I zobaczyła. Zobaczyła, jednak nie poczuła tych strug deszczu spadających na nią... Zamknęła oczy by…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%