akcja · 9 min czytania
Sarna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nadeszła kolejna zima w wojsku i zaczął jeździć ze Sławkiem do odległej o sześćdziesiąt kilometrów od Olsztyna miejscowości, w której kolega poznał dziewczynę. Po zajechaniu na miejsce, brnęło się od stacji przez zawiane śniegiem pola, ale warto było tę podróż odbyć, bo w starym, poniemieckim dworze zastawało się staropolską, sarmacką gościnność. Jakby czas się cofnął o kilka stuleci. W karnawałowe soboty rozdzwaniały się dzwonki przy pędzących na zabawę saniach, które zatrzymywały się przed centralnym budynkiem wioski. Lubił tam jeździć z kolegą, żeby nawdychać się bezkresu mazurskich równin, pośród których spały w letargicznym, zimowym śnie, skute lodem jeziora. Pewnej soboty poznał na zabawie dziewczynę i chwilę potem został zaatakowany przez miejscowych i żeby nie dostać buków, musiał się salwować ucieczką. Dopiero interwencja statecznych gospodarzy załagodziła konflikt i został zaakceptowany przez miejscowe środowisko po oparciu sprawy o bufet. Bawił się już później z dziewczyną bez przeszkód, a rano poszedł ją odprowadzić do domu. Powędrowało dwoje młodych przez zawiane śniegiem pola, zapadając się po ramiona w śnieżne zaspy. Leżeli roześmiani w roziskrzonej słońcem pościeli, a później brnęli dalej do następnego upadku. Dziewczyna wracała do domu, ale on nie wiedział gdzie i dokąd idzie. Nie zastanawiał się również, w jaki sposób powróci. Raz go pchnęła i pocałowała, i wtedy postanowił, że się z nią prześpi. Stojący w szczerym polu chutor otaczała palisada parkanu, wokoło panowała cisza i spokój, jak to w niedzielne przedpołudnie na peryferiach świata. - Pojechali do kościoła – powiedziała dziewczyna i dodała zachmurzona, zagniewanym głosem. – Wszyscy, oprócz ojca, na pewno śpi w pokoju pijany. Faktycznie, kiedy weszli do środka i rzucili się na wersalkę, to zobaczyli przez uchylone drzwi do sąsiedniego pokoju, jak przewala się niespokojnie po łóżku. Kochali się, przesiąknięci mazurskim wiatrem, przy akompaniamencie pokrzykującego w pijackim widzie ojca. Ale to była tylko namiastka tej przyjemności, jaką przeżył swego czasu z czarnowłosą dziewczyną na wysokiej górze za miastem. I pomyślał później, leżąc obok dziewczyny, że seks bez miłości jest jak rama bez obrazu, choćby była złocona, zamiast wysokiej góry, widać w niej tylko odrapaną ścianę. Dziewczyna wyprowadziła go później za palisadę i pokazała drogę, wyciągając rękę w stronę ciemniejących na widnokręgu drzew. - Kiedy dojdziesz do lasu, to skręcisz w prawo i pójdziesz jego skrajem do końca, a później dalej prosto do drogi, na której skręcisz w prawo i dojdziesz do wioski. - W prawo, a potem znowu w prawo, a więc zawrócę z powrotem, nie ma jakiejś innej drogi na skróty? - Nie ma, musisz obejść jezioro, masz mieć zawsze słońce po prawej stronie, dopóki nie dojdziesz do drogi. - Po prawej? - Po prawej, staraj się dotrzeć do drogi zanim zajdzie, bo jak stracisz orientację i wejdziesz na jezioro to zginiesz. Uszedł z trzysta metrów, kiedy do chutoru podjechało troje sań, a potem w powietrzu zaczęły migać jakieś kije, widły... Domyślił się, że jedni chcą za nim gonić, a drudzy nie chcą na to pozwolić i pomyślał, że dobrze się stało, że nie przyjechali wcześniej. Doszedł do lasu i skręciwszy w prawo, poszedł wzdłuż niego do końca, a później dalej prosto, mając słońce po prawej. Szedł, dopóki dał rady, mrużąc oczy oślepione roziskrzonym śniegiem, a później położył się na ośnieżonym kopcu i zasnął z głową wtuloną w kołnierz wojskowej kurtki. Z początku nic mu się nie śniło, a potem znalazł się nagle w środku rozświetlonych ciemności i z lasu wyłoniła się idąca w jego stronę sylwetka szarego pana. To był ten sam utykający, szary pan, który w dzieciństwie przychodził po niego nocą do pokoju i usiłował go zabrać z łóżeczka. Teraz przyszedł po niego we śnie. Szedł bez pośpiechu, a jego pełen rozradowanej złośliwości uśmiech napawał śpiącego coraz większym lękiem i wołał rozpaczliwie w poszukiwaniu ratunku. - Nie, nie, przecież jeszcze nie wychowałem swoich dzieci! I wtedy nagle pojaśniało za lasem i dał się słyszeć głos rogu nadciągającej odsieczy. Taki jakiś…