Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

thriller · 21 min czytania

Sąsiad

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Niech je cholera - komisarz Wagner walczył zawzięcie z parą lateksowych rękawiczek. Zepchnął w kącik ust pogiętego papierosa, ale dym w końcu i tak dostał mu się do oczu. Zaszczypały. Wypluł go ze furią. - Młody! Chodź tu do diabła! Morawski do tej pory obserwował zmagania szefa z bezpiecznej odległości. Aspirant znał, aż za dobrze poranne humory komisarza. Teraz jednak nie miał wyjścia, podszedł pospiesznie. Niczym asystentka chirurgowi, pomógł Wagnerowi naciągnąć rękawiczki. Ten odetchnął z ulgą i nie zważając na ich jałowość, wydobył z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów. Zaciągnął się do dna, zacharczał w sposób godny konającego suchotnika i w pełni z siebie zadowolony, podszedł do rysującego się pod przykryciem ciała. - Co mamy? - Najpierw niech pan zobaczy kto to... Wagner zatrzymał się w pół kroku. Skrzywił się. No, nie... Znajomy? Podszedł do zwłok. Ostrożnie odchylił czarną folię. Zbaraniał. - Przecież to stary Feliks! Co mu się, psiakrew, stało? Młody wzruszył ramionami. - Wylew czy zawał. Doktorek jeszcze się nie zdecydował. Chyba jest trochę w szoku. - No myślę. Zobaczyć swego kata w drodze na sąd ostateczny, to lepsze niż orgazm. - Komisarz wyprostował swą patykowatą sylwetkę. - Jeśli go zwyczajnie krew zalała, to co my tu właściwie robimy? Nie mógł uwierzyć w to co widział. Znał Feliksa od zawsze. Stary był prawdziwą legendą wydziału kryminalnego, gwiazdą wśród koronerów. Niepodważalnym mistrzem noża i piły. Czytał w rozprutych trzewiach jak w otwartej książce. No i był oczywiście postrachem studentów, stażystów i młodszych współpracowników. Niektórzy twierdzili, że dużo większą sympatią od nich, darzył swych milczących pacjentów. - Niech pan zajrzy do tego pudła - Morawskiemu zaświeciły się radośnie oczy. Obok zwłok stał pojemnik do transportu ludzkich organów. Wagner otworzył go i podniósł wieko... - Młody, kurwa! Dopiero co jadłem śniadanie - skrzywił się z obrzydzeniem. - Zapominasz, że nadal ja podpisuję twoje wnioski premiowe? Miał przed sobą ludzki mózg. Świeży, jeszcze nie zmienił koloru. - Nie powiem, robi się ciekawie. - Uznał za stosowne zapalić kolejnego papierosa. Atak kaszlu zgiął go niemal wpół. Z chorobliwą satysfakcją strzyknął przez zęby czymś, co oderwało mu się od płuc. Aspirant podszedł do przełożonego, jak do odbezpieczonego granatu. Przez pół roku współpracy nauczył się, że limit odporności szefa na złośliwostki jest bardzo skromny. W ręku dzierżył komórkę. - To telefon Feliksa. Trzymał go w chwili śmierci - spojrzał na wyświetlacz.- Wydzwaniał do niego jakiś Marcin. Ciekawe, co mu takiego powiedział, że stary odwalił kitę? Wagner pokiwał głową zamyślony. - Marcin powiadasz? No, chyba wiem o kogo chodzi... Niech ustalą adres abonenta. Trzeba by się do niego przejechać. Aha, i niech sprawdzą w lodówkach komu brakuje rozumu.

Marcin odkrywał nowe, nie znane mu dotąd oblicza głodu. Głodu i bólu, te dwa odczucia od pewnego czasu grały w jednej drużynie. Nie była w stanie ugasić go zawartość lodówki. Każda cząstka ciała, każdy nerw, wołały o ratunek. Siedział na swoim wózku wyglądając przez okno. Oprócz wylotu ulicy, nic z roztaczającego się za nim widoku nie absorbowało jego skołatanego umysłu. Czekał na pojawienie się w nim znajomej, przygarbionej sylwetki. Gdzież jest ten przeklęty dziad!? Przecież dzwonił. Powiedział, że będzie lada moment. Czas mijał, a wybawiciela nie było widać. Co robić? Odtoczył się spod okna. Zaczął krążyć dookoła pokoju. Głód stawał się trudny do zniesienia. Wybrał jeszcze raz znany na pamięć numer. Nie odpowiadał. Z nagłą furia cisnął komórką o ścianę. Rozpadła się na kawałki. Co prawda, miał swój od dawna rozpatrywany, rezerwowy plan... Wiedział jak może sobie pomóc, ale resztkami normalnego rozumowania odrzucał pokusę. Nie wiedział tylko, jak długo uda mu się jej opierać. Nieprawda. Wiedział,że bardzo niedługo. Zrobił kolejną rundę wokół pokoju. Czuł jak zaczynają mu drżeć kończyny, zęby ściskają się i rozwierają bez żadnej kontroli. Chciało mu się wyć. Po krótkiej chwili zaczął wyć. Na razie cichutko, kameralnie, ale wiedział, że za moment będzie gorzej. Gdzie jest ten starzec!? Pieprzony mądrala! Zaczął okładać swoje bezwładne, nieużyteczne nogi. Gdyby tylko mógł chodzić... Dłużej nie mógł wytrzymać. Nie miał wyjścia. Popatrzył w kierunku swej ukochanej wieży hi-fi. Pomysł dojrzewał w nim od dawna, w takich właśnie chwilach. Szansa nie była wielka, ale zdecydowany był już na każde ryzyko. Piekielny ogień trawił mu trzewia i mózg. Miał nadzieję, ze była w domu. Rozkręcił potencjometr do oporu. Rozdzierający uszy łomot heavy-metalu zagrzechotał szklankami i kieliszkami w regale. Boże, żeby tylko była w domu. Ukrył twarz w dłoniach. Dziadku, dlaczego u diabła mi to zrobiłeś?

- Nie słyszałeś tej historii? - komisarz spojrzał zirytowany na Morawskiego. - Odbiło ci? Przecież masz klimę. Kierujący opuścił do oporu szybę, do środka wpadło ostre marcowe powietrze. Dym z papierosów Wagnera zaczął go dusić. Puścił koło ucha gniewne pomruki pryncypała. Bierne palenie było podobno równie groźne jak czynne. Zastanawiał się jak zareagowałby nadinspektor, gdyby wystąpił o dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia. - Co niby miałem słyszeć? Komisarz położył lekko oparcie. Wczuwał się w rolę gawędziarza. - Marcin jest jedyną rodziną Feliksa. To jego wnuk. Aspirant spojrzał zdziwiony na rozmówcę. - To była słynna historia. Przed laty dzieciak wybrał się z rodzicami na wycieczkę. W góry. Piknik na łonie natury. Dzikie ostępy na skraju cywilizacji. Wagner przerwał, obserwował przez chwilę migające za oknem budynki. - Znaleziono tylko jego. I trochę krwi. - Wagner uwolnił płuca od kolejnej dawki dymu. - Stwierdzono atak dzikich zwierząt. - Jakich zwierząt? - Morawski zdziwiony oderwał wzrok od drogi. - A bo ja wiem? Niedźwiedzie ludojady, mięsożerne świstaki, albo inne gadziny. Faktem jest, że chłopak był pogryziony. W szpitalu stwierdzono zgon. Komisarz przerwał opowieść. Mijali park. Słabe słońce lizało leniwie pozostałe pod drzewami plamy śniegu. - Feliks uparł się, że sam przeprowadzi sekcję, choć to trochę na bakier z przepisami - Wagner zmrużył oko szczerząc brązowe od nikotyny zęby. - I wiesz co? Zrobił dramatyczna pauzę. - No? - On ożył. - Jak ożył? - Normalnie, obudził się w kostnicy. Było trochę szumu. Wiesz jak to jest. Jak łapiduchy biorą się do krojenia trupa, a tu klient siada na stole z nierdzewnej stali, ziewa, pyta czemu mu tak zimno w dupę i dlaczego w sypialni całe ściany są w kafelkach, to musi być draka. Aspirant stanął przed pasami. Jakaś starsza kobieta niespiesznie popychała wózek inwalidzki. - No i co było dalej? - A co miało być? Sprawę zatuszowano. Nikogo nie rajcuje myśl, że może trafić żywy do lodówki. To nie mogło się wydostać na zewnątrz. - Wagner ze skupieniem oglądał pożółkłe palce. - Tylko, że nie wszystko skończyło się całkiem szczęśliwie. - Mianowicie? Komisarz wskazał brodą kobietę, z trudem wtaczającą wózek na wysoki krawężnik. - Szczeniak był sparaliżowany od pasa w dół - odwrócił wzrok od męczącej się z pojazdem staruszki.- Nie wiem czy warto było mu się budzić.

- Było otwarte, więc weszłam. I tak nie usłyszałbyś pukania. Marcin zacisnął dłonie. Jednak przyszła. Stracił już nadzieję, że spełni swą obietnicę. W drzwiach stała wysoka, młoda kobieta. Odgarnęła z czoła opadającą grzywkę. Miała ciemne, krótkie włosy. Stanęła w lekkim rozkroku, założywszy ręce na piersiach. Całą sylwetką wyrażała najwyższy poziom irytacji. - Uprzedzałam, że przyjdę, gdy uda ci się mnie dostatecznie wkurzyć. Dzisiaj przeszedłeś sam siebie. Nie słyszę nawet swoich myśli - uśmiechnęła się, choć tego Marcin mógł się tylko domyślać. Stała w świetle padającym z korytarza i spostrzegł jedynie lśnienie zębów. - Teraz czas na obiecaną karę. Marcin wiedział, że umowną "karą" miało być wproszenie się na herbatę. Zadzwoniła kiedyś do niego, gdy zagłuszał odgłosy swych złych chwil nadmiarem decybeli. Zamienili kilka słów. Była miła. Ot, taki sobie flircik. Spomiędzy jej nóg wysunął się młody psiak. Spaniel. Wbiegł w radosnych podskokach rozbrykanego szczeniaka. Zatrzymał się jednak w połowie susa, jakby coś nie spodobało mu się w nowym otoczeniu. Warknął krótko, ale na tym skończył bojowe zapędy i salwował się ucieczką między nogi właścicielki. Dziewczyna stała niezdecydowana, zaskoczona trochę brakiem spodziewanej, kąśliwej riposty ze strony gospodarza. Poczuła się lekko zakłopotana. - Słuchaj, żarty żartami, ale jeśli ci przeszkadzam, albo źle się czujesz, przyjdę kiedy indziej. Tylko ścisz to trochę, proszę. Marcin zebrał wszystkie pozostałe mu siły. Zastopował resztką woli rozdzierający głowę chaos. Wiedział, ze nikogo innego nie uda mu się zwabić. Nawet stąd czuł jej zapach, nozdrza rozszerzyły mu się niczym dzikiemu zwierzowi, chłonącemu woń długo tropionej zdobyczy. - Nie! Poczekaj. Nic mi nie jest. - Zachrypnięty głos zabrzmiał mu obco w uszach. Bardziej przypominał warkot. - Wejdź, poddam się dobrowolnie tej naszej karze. Umowa to umowa. Tylko zamknij drzwi na zamek. Nie lubię, jak są otwarte. Wahała się przez chwilę, w końcu weszła, zamykając posłusznie drzwi za sobą. Psiak zaskomlał zrezygnowany, ale podreptał za nią, nie opuszczając bezpiecznego schronienia wśród paninych nóg. Marcin rozprostował z trudem zaciskające się niczym szpony, palce. Zagiął je na kołach wózka i potoczył go w kierunku wieży. Cieszył się, iż był teraz odwrócony do niej plecami, nie mogła widzieć jego twarzy. Słyszał, że wchodzi głębiej. Wyobrażał sobie jak rozgląda się ciekawie, a nawet jak przeciąga palcem po zakurzonej powierzchni regału. Nie miał siły, ani ochoty, by sprzątać. Miał to w nosie. Kątem oka spostrzegł, że ogląda książki nieporządnie rozrzucone na półkach. Pewnie nic jej nie zainteresowało. Większość należała do dziadka i traktowała o medycynie sądowej, albo anatomii. Przyciszył muzykę i przemieścił się w kierunku kuchni. - Rozgość się. Przepraszam za nieporządek, ale nie zawsze daję sobie z tym radę. Już robię ten pokutny poczęstunek. - Poczekaj, pomogę ci. Z trudem zdusił radosny chichot. Zareagowała zgodnie z jego oczekiwaniami. Ludzie zawsze próbują pomóc kalekom w momentach, gdy ci wcale tego nie potrzebują. I bardzo dobrze. Dla niego.

Morawski jeszcze raz sprawdził adres. Zgadzał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%