Fantasy · 43 min czytania
Sąsiadka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Sąsiadka
Drzwi windy zasunęły się z cichym zgrzytem, zamykając emeryta w stalowym grobowcu. Pan Zdzisław westchnął z rezygnacją, po raz kolejny ubolewając w duchu nad losem jej poprzedniczki, starej, wysłużonej „szalupy”, jak mieszkańcy bloku nazywali wymieniony niedawno, ponad dwudziestoletni dźwig. Choć często zatrzymywała się między piętrami, a jej dwuskrzydłowe wrota regularnie się zacinały uniemożliwiając pasażerom wyjście, ten relikt przeszłości miał swoich zagorzałych fanów; wśród nich starszego pana. Stalowa trumna ruszyła, przyprawiając pięćdziesięcioośmiolatka o zawrót głowy. Mimo niezaprzeczalnych korzyści w postaci klimatyzacji i dobrego oświetlenia, nowa winda miała jedną („jedną z wielu” – powiedzieliby zwolennicy Szalupy) poważną wadę: nie posiadała szyb umożliwiających śledzenie mijanych pięter. Może niezbyt ekscytujące zajęcie, zawsze jednak dające złudzenie panowania nad sytuacją. Klaustrofobiczna, sterylna skrzynia, która właśnie zatrzymała się na siódmym piętrze, pozbawiała pasażerów nawet tego, szczątkowego poczucia kontroli. Pan Zdzisław, jak zwykle pokonujący siedem pięter na jednym wdechu, wyskoczył ze środka z wyraźną ulgą, niemal zderzając się z sąsiadką z końca korytarza, pulchniutką panią Alutką. Ta leciwa dama o nieustalonym wieku, idealnych manierach i liberalnym podejściu do kwestii ubioru, wydawała się czymś wyraźnie poruszona. - Witam szanownego sąsiada! – Zaświergotała entuzjastycznie. – W dalszym ciągu nie może pan przywyknąć do nowej windy. – Zauważyła. – Toż to już trzy lata! Emeryt z mieszanymi uczuciami skonstatował, iż sąsiadka ubrana jest w powłóczystą podomkę w granatowe kwiaty i sznurkowe japonki. Na ich tle czerwień paznokci u stóp natarczywie rzucała się w oczy. Odwracając od nich wzrok, pan Zdzisław zamierzał właśnie dobitnie wyłożyć sąsiadce, co myśli o bezrefleksyjnym zachwycaniu się nowinkami technicznymi, gdy kobieta ponownie zaćwierkała. - Mamy nową sąsiadkę pod numerem sześćdziesiątym! – Zakomunikowała.– Bardzo miła, młoda kobieta. Programistka w jakiejś zachodniej firmie. Nadal wolna, ale taka to już teraz moda. – Westchnęła. Pan Zdzisław zdążył już zauważyć otwarte na oścież drzwi sąsiedniego mieszkania, oraz stertę pudeł piętrzącą się na korytarzu. W głębi przedpokoju dostrzegł dwóch tragarzy, przeciskających się wąskim przejściem; dźwigali ogromny kufer który, sądząc po ich zbolałych minach, był tak ciężki, jak na to wyglądał. - No proszę. – Mruknął emeryt. – Przyda się ktoś młody na naszym piętrze, choć stare pryki to dla niej żadne towarzystwo. - Ojej! – Pisnęła Alutka. – Na pewno mamy jej coś do zaoferowania! Zwłaszcza kulturalny wdowiec w sile wieku. – Mężczyzna dałby głowę, że przy ostatnim zdaniu puściła do niego oko. Zdegustowany, zaczął otwierać kolejne zamki w drzwiach własnego mieszkania, numeru siedemdziesiąt dziewięć. Filuterna sąsiadka nieraz nawiązywała do jego wolnego stanu (swojego zresztą też), tym razem jednak pan Zdzisław poczuł ukłucie niepokoju. Czyżby zamierzała go swatać z jakąś małolatą? Otwierając ostatni zamek, spojrzał podejrzliwie na Alutkę, sztorcującą właśnie tragarzy za brutalne obchodzenie się z jakimś meblem. „Niewykluczone.” – Przyznał w duchu. Sądząc po jej zaangażowaniu w ochronę dobytku nowej lokatorki, kobiety musiały dążyć już się zaprzyjaźnić. Wycofując się w bezpieczną przestrzeń swojego lokum, Zdzisław Pradnicki ukłonił się staruszce w kwiecistej podomce. - Życzę pani miłego dnia. – Pożegnał się. Podekscytowana Alutka nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
Jak przystało na stosunkowo młodego emeryta (przeszedł na wcześniejszą emeryturę w wieku 55 lat), wielbiciel starych wind potrafił cieszyć się życiem. Miał nieduże potrzeby, więc co miesiąc udawało mu się odkładać pokaźną sumkę „na czarną godzinę”. Pan Zdzisław wiedział, że nie jest niezniszczalny; w razie problemów zdrowotnych nie zamierzał przesiadywać w państwowych przychodniach Jako bezdzietny wdowiec nie musiał martwić się o nikogo, poza własną osobą. Wolny czas dzielił między działkę ogrodniczą (pracowniczą, wykupioną przed laty za grosze), na którą od pięciu lat dojeżdżał autobusem, spacery, książki oraz – raz w miesiącu – przedstawienia teatralne. Dzisiejszy rozkład dnia przewidywał nieduże zakupy (które właśnie skrupulatnie układał w kuchni), kilka godzin czytania, obiad, drzemkę oraz wieczorny spacer w pobliskim parku. Choć nie był duży, miał w sobie urok, który od kilku lat mobilizował starszego pana do codziennego odświeżenia się, przebrania i godzinnego snucia się jego wąskimi alejami. Wyciszało go to i skupiało; czasem jednak musiał nieźle się nagłowić, aby w kulturalny sposób wymigać się od światopoglądowych, jałowych dyskusji, do toczenia których był zapraszany przez „staruchów” okupujących parkowe ławeczki. Zdaniem pana Zdzisława starość to stan ducha, rodzaj lenistwa charakteryzujący się zaniedbywaniem zarówno kondycji fizycznej, jak i intelektualnej. Postanowił odsuwać od siebie ten stan tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Dochodziła dziewiętnasta, gdy starszy pan zmobilizował się do opuszczenia swojego lokum i podjęcia żmudnej procedury zamykania czterech zamków (będących ustępstwem wobec żony, która nie przyjmowała do wiadomości faktu, że w ich mieszkaniu zwyczajnie nie ma co kraść). Z rezygnacją przywołał windę, do której wsiadł jak zwykle z pewnym ociąganiem. Stalowe wrota zaczęły się za nim zamykać. - Proszę zaczekać! – W ślad za głosem, w szczelinie domykających się drzwi, pojawiła się kobieca dłoń. – Proszę przytrzymać windę! Była to jedna z sytuacji nielubianych przez pana Zdzisława; teraz będzie musiał podtrzymywać rozmowę o niczym, bądź też znosić krepującą ciszę wpatrując się w czubki własnych butów. Wdusił przycisk otwierający drzwi… i zamarł. Wiedział, czuł, że jego serce zatrzymało się na moment. Zamarło, tak jak wszystko wokół; jak czas, jak cała otaczająca go rzeczywistość. Starszy pan poczuł lodowaty dreszcz i przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy to już ta chwila. Chwila pożegnania. Z tym światem. Wpatrywał się w zmarłą kobietę. Wiedział, że nie żyje – musiała nie żyć! Kto jak kto, ale on wiedział o tym najlepiej. Tymczasem ona, jak gdyby nieświadoma swojego stanu, weszła lekkim krokiem do windy i uśmiechnęła się do niego promiennie. „Te same oczy!” – Krzyknął w duchu emeryt. Choć tym razem nie ciskały piorunów, rozpoznałby te oczy na końcu świata! Podłużna, szczupła twarz, kasztanowate włosy, cera upiornie sina w świetle jarzeniówek. Żywa nieboszczka przyjrzała mu się uważnie i zagadnęła: -Pani Alutka opisała mi pana. Jestem pana nową sąsiadką zza ściany. Anna Marańczuk. - Przedstawiła się, kiwając energiczne głową; tak energicznie, że przerażony emeryt drgnął gwałtownie. -Zdzisław Pradnicki. – Wymamrotał, zmuszając ściśnięte gardło do artykulacji. Zapomniał o prowadzeniu rozmowy. Stał zdrętwiały, z lodowata kulą w żołądku czując, jak zimny pot spływa mu po plecach. Po chwili dotarło do niego, że młoda kobieta o stalowych oczach, wciąż do niego mówi. Jej głos docierał do niego pod postacią stłumionego, zwielokrotnionego echa. -…. I mili ludzie. – Usłyszał na koniec. Lekkie szarpnięcie świadczyło o końcu podróży. Niemal rozpłakał się ze szczęścia. - Dziękuję. – Pożegnała się nowa sąsiadka. -Dziękuję. – Wydusił odruchowo. Gdy żywy trup opuścił budynek trzasnąwszy drzwiami, rozdygotany emeryt wyszedł z windy, oparł się o skrzynkę na listy i przez długi czas stał nieruchomo dysząc ciężko. Było mu zimno, pot zalewa mu czoło a gęsia skórka pokrywała całe ciało. Serce galopowało jak oszalałe; w uszach słyszał głośny szum. Dygocząc podreptał do schodów i usiadł na najniższym stopniu. Chwilowo nie był w stanie iść na żaden spacer; nie po spotkaniu kobiety, którą zabił przed pięcioma laty.
Nie znał imienia tamtej kobiety. Wiedział jedynie, że jest mieszkanką sąsiedniego bloku, właścicielką tłustego, kremowego labradora oraz, co zapamiętał szczególnie wyraźnie, posiadaczką wyjątkowo ostrego języka. Przekonywał się o tym regularnie, tocząc z nią bitwę o uszanowanie jego poczucia bezpieczeństwa w przestrzeni publicznej. -Takie psy powinny nosić kaganiec! – Uświadamiał nieodpowiedzialną kobietę. – Toż to zbrodnia trzymać duże psy w mieście! – Dodawał - Nie wstyd pani? Z początku odpowiadała mu z uśmiechem, próbując przekonać, że zwierzę nie stanowi dla niego zagrożenia. Szybko jednak straciła cierpliwość. -Zająłby się pan czymś pożytecznym. – Sugerowała – Na przykład leczeniem swoich fobii. Wojna z szarooką właścicielką labradora spędzała mu sen z powiek, przyprawiała o palpitacje, uniemożliwiała spokojny wypoczynek w parku. Gdzie się nie obejrzał, widział szczupłą brunetkę rzucającą kremowemu potworowi piłkę, spacerującą, bądź rozmawiającą z innymi właścicielami psów. Maszerując do sklepu, mijał zwierzę na chodniku; wchodząc do tramwaju zderzał się z kobietą w drzwiach; wracając z działki mijał ją siedzącą na ławce i szczotkującą czteronogą paskudę. Wykorzystywał każdą okazję do wyrażenia swojego oburzenia; zabronił jej bawienia się z psem w parku, gdzie zwierzę może przewrócić jakieś dziecko lub osobę starszą, żądał trzymania psa wyłącznie na smyczy i w kagańcu, groził wezwaniem straży miejskiej, nawet odwoływał się do jej zdrowego rozsądku. Wszystko na darmo. Kobieta odcinała się ze złością, czasem zbywała do lodowatą uwagą o starczej paranoi. Potrafiła go też bezlitośnie złajać, a nawet oskarżyć o nękanie i zagrozić prokuraturą. Pan Zdzisław nie poddawał się. Nie pomijał żadnej okazji do wszczęcia dyskusji, wielokrotnie wzywał służby mundurowe. Kobieta miała jednak zdumiewający dar znikania z parku w chwili, w której na horyzoncie pojawiał się wóz straży miejskiej. Desperacja emeryta sięgnęła zenitu po upływie półtora roku. Szczerze nienawidził kremowego labradora, uznając go za przyczynę wszelkiego zła. Nienawidził jego właścicielki, będącej w jego oczach ambasadorką wszystkich popaprańców trzymających zwierzęta w domach. Jego uczucia były tak gwałtowne, że gdy pewnego zimnego poranka nadarzyła się okazja do uśmiercenia psa, skorzystał z niej bez zastanowienia. Miał wówczas samochód, dwudziestoletniego, dużego Fiata z przerdzewiałą podłogą i popękaną tylną szybą. Trzymał go wyłącznie przez sentyment, sporadycznie odpalając silnik, gdy musiał zawieźć na działkę jakiś bardzo ciężki pakunek. Najczęściej jednak spędzał w nim czas siedząc na wysłużonym siedzeniu, polerując szmatką ciemną tablicę rozdzielczą i wspominając dawne czasy. Tego październikowego poranka przed pięciu laty, robił dokładnie to samo, kiedy dostrzegł w bocznym lusterku kremowego psa kręcącego się na trawniku z tyłu samochodu. Była godzina piąta rano, parking był pusty. Nie zastanawiając się długo, pan Zdzisław uruchomił silnik, wrzucił wsteczny bieg i gwałtownie cofnął samochód. Odgłos uderzenia był zdumiewająco donośny, dźwięk wgniatanej blachy odbił się echem pomiędzy blokami; tylne koła najechały na sporą przeszkodę. Pan Zdzisław ruszył do przodu, zatrzymał wóz i zastygł rozglądając się za właścicielką zwierzęcia. Nie dostrzegł jej nigdzie, nikt nie dobijał się do okien w przypływie rozpaczliwej furii, nikt nie straszył wezwaniem policji. Cofnął więc ponownie; a potem jeszcze raz. Żal mu było niszczonych blach, jednak uznał pozbycie się psa za swój absolutny priorytet. A potem usłyszał żałosny skowyt. Obok drzwi błysnęła jasna plama, szeroki łeb pojawił się w oknie a mokry nos zostawił ślad na szybie. Labrador. Skowyczący, zdenerwowany labrador. Wiedział co zobaczy, jeszcze zanim wysiadł z samochodu. Na chodniku, w miejscu w którym łączył się z trawnikiem, leżała kobieta. Zwinięta w dziwny kłębek, przypominała bardziej porzuconą stertę ubrań niż człowieka. Nie żyła, a wokół zniekształconej głowy zaczęła formować się kałuża krwi. Była piąta zero cztery. Parking nadal był pusty. Ogłuszony emeryt wsiadł do Fiata i odjechał. * Zalewając wrzątkiem kubek rozpuszczalnej kawy, pan Zdzisław nadal zastanawiał się nad swoim wczorajszym atakiem paniki. Po raz kolejny doszedł do wniosku, że był on efektem przemęczenia i tłumionego przez lata poczucia winy. Choć wypadek sprzed pięciu lat (bo przecież był to wypadek; nie zamierzał uśmiercać właścicielki, tylko psa) był pewną zadrą w jego świadomości, to jednak udawało mu się zepchnąć go na samo jej dno. Tylko czasami, kiedy w parku przebiegał mu drogę jakiś przedstawiciel psowatych, nie mógł nadziwić się, że uszło mu to na sucho. Posłodził kawę dwiema łyżeczkami cukru i skierował się w stronę fotela stojącego przed telewizorem. Jak co dzień od dziesięciu lat, włączył poranne wiadomości i rozsiadł się na poduszkach z westchnieniem zadowolenia. Drugiego dnia po wypadku także siedział w fotelu i wpatrywał się w ekran, choć od stanu zadowolenia dzieliło go morze lęku i frustracji. W lokalnych wiadomościach nawet słowem nie wspomniano o znalezieniu potrąconej kobiety, emeryt wiedział jednak, że poprzedniego dnia funkcjonariusze policji przepytywali mieszkańców okolicznych bloków. Ponieważ dotąd nikt nie zapukał do jego drzwi z nakazem aresztowania w dłoni, pan Zdzisław zaczynał podejrzewać, że podjął słuszną decyzję, odjeżdżając z miejsca wypadku. Choć ktoś nieżyczliwy mógłby posądzić go o tchórzostwo, to jednak mężczyzna uznał, że w jego działaniu tkwił głęboki sens. Racjonalność. Cóż dobrego wynikłoby z tego, że przyznałby się do uśmiercenia właścicielki psa? Absolutnie nic. Jego naiwna szczerość nie wróciłaby jej życia, za to skomplikowałaby jego własne. Prawdopodobnie zostałby skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci; gdyby trafił się złośliwy prokurator, być może nawet za morderstwo. Bądź co bądź, najechał na babkę trzykrotnie… W wiadomościach ponownie przypominali o nadchodzącej podwyżce cen artykułów spożywczych. - Co za życie. – Westchnął mężczyzna, dopijając kawę. „Nic, tylko rzucają biednym emerytom kłody pod nogi.” – Dodał w myślach. Gdyby miał samochód, pojechałby do marketu i zrobił zapas cukru, kawy czy oleju. Nie zamierzał jednak dźwigać dużych zakupów do autobusu, a następnie z przystanku do mieszkania. Uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie ograniczenie spożycia najszybciej drożejących produktów. Leciwego Fiata zezłomował jeszcze tamtego dnia. Prosto z parkingu pojechał na samoobsługową myjnię na wypadek, gdyby na blachach lub oponach zostały ślady krwi. Choć gonitwa myśli utrudniała skupienie uwagi, udało mu się zachować zewnętrzny spokój. Pojechał na złomowisko na drugim końcu miasta i oddał wóz do kasacji. Mimo szumu w uszach udało mu się nawet zrobić tak dobre wrażenie na właścicielu, że ten nie zażądał ani złotówki za utylizację. Pan Zdzisław wyjął ze schowka kilka osobistych drobiazgów, oddał dokumenty wozu i z ciężkim sercem podreptał na przystanek tramwajowy. Nikt nigdy nie zapytał go o los wysłużonego Fiata. Wiadomości dobiegły końca, kawa w kubku skończyła się. Zgodnie z harmonogramem dnia nadeszła pora na prysznic. Emeryt wstał, jednocześnie obiecując sobie w duchu, że widok sąsiadki zza ściany nie wytrąci go już nigdy z równowagi.
Część 22 / 2
Dotrzymanie obietnicy nie kosztowało go wiele wysiłku, bowiem przez cały dzień nie natknął się na młodą kobietę. Niestety nie udało mu się dokonać tej sztuki z wszechobecną panią Alutką. Staruszka najwyraźniej wypatrywała go przez wizjer, czyhając przy drzwiach swojego mieszkania, ponieważ ledwo wyszedł z windy (a dokładniej mówiąc wyskoczył z niej jak oparzony), owionął go aromat olejku różanego i wanilii. -Witam sąsiada! Jak miło pana widzieć! – W zawołaniu kobiety brzmiała autentyczna radość ze spotkania. Starszy pan stłumił jęk i odwrócił się ku nadciagającej postaci. -Uszanowanie. - Odpowiedział uprzejmie. Choć wiedźmowata sąsiadka bywała męcząca, należało mieć dla niej względy; choćby z powodu jej talentu do zbierania informacji o mieszkańcach bloku. Dzisiaj najwyraźniej miała mu do powiedzenia coś bardzo ważnego, bowiem sunęła szybko w przez korytarz, łopocząc połami ogromnego, różowego szlafroka. -Podobno poznał pan już naszą programistkę. – Rozpoczęła. Pan Zdzisław nie zdziwił się zbytnio słysząc, że nowa sąsiadka stała się „ich programistką”. Bardziej interesowało go, kiedy kobiety zdążyły ze sobą porozmawiać. -Poplotkowałyśmy sobie troszkę o panu. – Czyżby czytała w jego myślach? -Szukała kogoś, kto doradziłby jej w sprawie naprawy Fiata 125. Podobno zepsuł się jej jakiś rozrząd , czy coś takiego. Powiedziałam, że szepnę Panu słówko w tej sprawie. Zdzisław Pradnicki skamieniał. „Przypadek?!” – Pytał głos w jego głowie. – „Czy to możliwe?” Skinął jednak głową i uśmiechnął się blado. -Oczywiście. Mogę zerknąć, jednak obawiam się, że niewiele zdziałam, jeśli to rozrząd. –Stwierdził. -Cudownie! – Entuzjazm pani Alutki był niemal zaraźliwy. - Dam jej znać, że się pan zgodził. Biedaczka martwiła się, że odeśle ją pan z kwitkiem! Powiedziałam jej wprawdzie, że jest pan na to zbyt szarmancki… Mężczyzna nie wyprowadzał jej z błędu. - Jeśli wpadnie do mnie jutro rano, zobaczę, co się dzieje z jej samochodem. – Starał się kończyć rozmowę. – Tylko przed dwunastą, bo później wychodzę na spacer. -Ależ oczywiście! Wiedziałam, że można na panu polegać. W końcu kto jak kto, ale pan znał się na starych Fiatach jak nikt! Emeryt otwierał zamek po zamku tak szybko, jak potrafił. Wreszcie otworzył drzwi i pożegnał się z namolną sąsiadką, starając się zniknąć w mieszkaniu, zanim padnie nieuchronne pytanie. I rzeczywiście padło, jednak zatrzaskujący drzwi pan Zdzisław mógł udać, że go nie dosłyszał. -A co się właściwie stało z pana samochodem?
** To po prostu musi być zbieg okoliczności. Inna opcja nie wchodziła w rachubę. Spotkanie sobowtóra nieboszczki nie musi przecież jeszcze o niczym świadczyć. A fakt, że posiada samochód tej samej marki, co on przed laty? Przypadek. Nic więcej. Skoro był tego taki pewny, to dlaczego przez cały wieczór nie mógł się na niczym skupić? Z niezadowoleniem zorientował się, że z niecierpliwością oczekuje motoryzacyjnej konsultacji. Nie mogąc uspokoić nerwów, starszy pan zażył porcję waleriany i położył się wcześniej spać. Nie wyprowadził go z równowagi nawet stukot psich pazurów, dobiegający zza ściany.
Podchodząc do drzwi i otwierając je na oścież, pan Zdzisław był w całkiem dobrym nastroju. Przeprowadził ze sobą poważną rozmowę i doszedł do wniosku, że ostatnio umysł sprawił mu głupiego figla. Nawet teraz, patrząc na postać stojącą na progu jego mieszkania, musiał powstrzymać się od westchnienia. Takie podobne. -Dzień dobry. – Młoda kobieta uśmiechnęła się promiennie. – Dziękuję, że zgodził się pan mi pomóc. -To naprawdę żaden kłopot. – Mruknął wychodząc z mieszkania i zamykając wszystkie cztery zamki. – Choć uprzedzam, że żaden ze mnie specjalista. -Zależy mi na opinii kogoś, kto miał kiedyś dużego Fiata. – Brunetka wezwała windę i stanęła obok, czekając na otworzenie się drzwi. – To jest mój pierwszy samochód. Mam do niego sentyment. Winda przyjechała i stalowe wrota rozsunęły się powoli. Wkroczyli w sterylną przestrzeń. -Rozumiem to. – Pan Zdzisław starał się kontynuować konwersację i ignorować fakt posiadania pod nogami szybu o wysokości siedmiu pięter. – Pierwszy samochód zawsze darzy się specjalnym uczuciem. -To niemal członek rodziny. – Zgodziła się z nim rozmówczyni. – Spodobał mi się, kiedy tylko go zobaczyłam. Był w znośnym stanie, choć musiałam wyklepać kilka blach. -Jak to w starszych wozach. – Mruknął mężczyzna, rzucając się w stronę otwierających się drzwi. Wyszli z budynku i skierowali się w stronę osiedlowej uliczki, przy której mieściły się parkingi. Podczas, gdy właścicielka samochodu wyliczała litanię usterek, które musiała usuwać na przestrzeni ostatnich kilku lat, mężczyzna skupiał się na możliwie dyskretnym studiowaniu rysów jej twarzy. Gdy minął już pierwszy szok, musiał przyznać, że miał prawo do tak gwałtownej reakcji. Nie ulegało wątpliwości, że kobiety były po prostu identyczne. Postanowił potwierdzić swoje podejrzenia bez zbędnej straty czasu. -Przypomina mi pani kogoś. – Zagadnął mając cichą nadzieję, że nie zabrzmiało to jak gadka podrywacza. – Albo ktoś bardzo do pani podobny mieszka w okolicy, albo ma pani siostrę bliźniaczkę. Choć starał się nadać głosowi ciepłe zabarwienie, nawet jego uraziło napięcie, które wkradło się w tą wypowiedź. Poczuł gorzką satysfakcję, kiedy kobieta, nie odwracając twarzy w jego stronę, pokiwała energicznie głową. -To by się zgadzało. – Stwierdziła, zatrzymując się.- Moja siostra mieszkała na tym osiedlu. –Zwróciła się w jego stronę. Starszy człowiek wziął gwałtowny wdech, kiedy wściekłe spojrzenie niemal wgniotło go w chodnik. Młoda programista zmieniła się nie do poznania. Zamiast życzliwej, młodej kobiety miał przed sobą nieme uosobienie furii. Nie musiała już nic dodawać; cała jej postawa wyrażała oskarżenie. Zaskoczyła go. Myślał, że jest bardziej opanowany, jednak cofnął się gwałtownie czując, że ziemia usuwa mu się spod nóg. Zapadła cisza; żadne z nich nie odezwało się słowem. Przez niewyobrażalnie długi czas stali naprzeciwko siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie. Pan Zdzisław starał się rozpaczliwie znaleźć jakieś słowa, które zaprzeczyłyby niewypowiedzianemu oskarżeniu, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Nie mógł przecież zawołać, że nie miał nic wspólnego ze śmiercią jej siostry! Nie zarzuciła mu nic wprost. A dokładniej rzecz biorąc, nie zrobiła tego g ł o ś n o. Nie był też w stanie zignorować jej postawy, kontynuując niezobowiązującą pogawędkę. I wtedy położyła dłoń na masce samochodu, stojącego za nią. Pan Zdzisław przez chwilę wpatrywał się ze zgrozą w boleśnie znajomy kształt, by w końcu ponownie…