Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 10 min czytania

Schizofrenia.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dwie obrączki na stole. Czerwona i żółta. Plastikowe. Leżą sobie tak spokojnie, jakby nie znały swojego przeznaczenia. Żółta dla faceta, na sto procent. Bo to kobiety są romantyczkami i musi odpowiadać im czerwień. Z drugiej strony są też bardziej zazdrosne. To do babki oba pierścionki. A jemu? Pół litra, ucieszy się. Trzeba tylko uważać żeby nie wyszło, że obrączki są z automatu. Wrzucasz dwa złote i masz. Po co chodzić po jubilerskich i wydawać całą wypłatę? Nie pracuję, nie mam pieniędzy. Ojej.

Dziewiąta jedenaście, środek nocy. Jeśli pies sąsiada zawyje jeszcze raz, osobiście upiekę go w piekarniku na obiad. Niezbyt inteligentnie szczeka z radości, smutku i nudy. Przez sen też skomle, i przy jedzeniu. Gdybym tyle gadała, już dawno wykluczyliby mnie z klanu ludzi. Tak się starać muszę i poświęcać. Język za zębami, prosta sprawa. Spać, spać. Kołdra jest przyjemnie nagrzana. To moje osobiste ciepło, mam powód do dumy. Takiej temperatury nie ma nikt żywy, wrę. Gotuję się. Widzę jak para leci sobie w górę, osadza się na suficie i skrapla. Spada na mnie deszczyk, taka rosa. Jestem jak kwiatek, grinpis. Nienawidzą mnie, bo jestem jak kwiatek. Zdeptać mnie chcą, zazdrośnicy. Rzucają na mnie jakieś czary, kupują lalki voodoo i rzucają je prosto w ogień, śmieją się za plecami i podstawiają nogi na korytarzu. Rzucają we mnie kulkami energii, nocą wkradają się do mojego pokoju i grożą. Biegają tam i z powrotem, coraz szybciej szybciej szybciej. Spać, spać. Ten pies za głośno oddycha, może mam dziurawe drzwi. Pod kołdrą bezpieczeństwo, on sapie półtora metra ode mnie. Głodny, pewnie go nie nakarmili. Nie jestem smaczna, skóra i kości. Te potwory lubią kości, ratunku!

- Idziemy na pizzę? – uśmiech. Wybita jedynka, na jego miejscu nie pokazywałabym zębów. Pizza, takie ciasto ze ściepkami lodówkowymi. Stary ser, zmielona świnia, grzybki-halucynki i sos pomidorowy. - Pizzę z szynką. – Świnią. Po co mnie pyta, skoro wie, że i tak nie dam się wyciągnąć? Tu jest moje miejsce, własna fontanna. Patrzę jak woda leci. Dokładnie w dół. - To może zadzwonię i zjemy tutaj? – Znowu dziura po jedynce. Woda mi mówi, że go nie lubi. Siedzi tutaj, noga na nogę, udaje troskliwą mamuśkę. Niby patrzy mi w oczy, co innego go interesuje. Drogą pizzy do łóżka, jasne gościu. Głupia nie jestem, wiem jak to jest z facetami. Nie ma miłych bez powodu: albo są chorzy psychicznie, albo muszą zaspokoić pewne potrzeby. Nieuczuciowe, wiadomo. - Wsadź sobie tą pizzę w jedynkę – ryjek mi się uśmiechnął. He He. Nie ma go. Nie, żeby się uraził czy coś.

Jego już nie ma, a woda nadal leci w dół. Spokojnie sobie krąży, a po mojej prawej stronie zjawia się Anka. - Debil. O, ależ się zdziwiłam. Nie stać jej na zwykłe „cześć, co u ciebie?”. Jest zbyt przewidywalna. Długo tu siedzisz? - Długo tu siedzisz? – Patrzę w wodę. Nie muszę na nią spoglądać, nic się nie zmienia. Czarne ciuchy, czarne włosy, czarny nastrój, biała twarz i płytka ironia w głosie. Bardziej przewidywalne są tylko odcinki Majki. Kogo interesuje ta ćma, co dała sobie wszczepić bachora przy badaniu piersi? Cisza już trochę trwa, zaraz pójdziemy na działkę. - Idę na działkę, ojciec chciał żebym mu przyniosła bla bla – mnie to bardzo interesuje, kochana. Zaraz podniosę się z zimnego kamienia i dojdę do wniosku, że znowu zdrętwiały mi nogi. Ona ode mnie nie wymaga chodzenia, wszystko jedno.

Czołgam się. Liście mi się kleją do brzucha, żółknę razem z nimi. Jestem teraz jak padalec. Wija. Przylegam do podłoża, jakbym była jego częścią. Anka biegnie, coraz szybciej. Ucieka? Idź sobie, idź! Nie potrzeba mi tu ani ciebie, ani niczego innego. Zaraz będę liściem dębu, będziesz po mnie deptać, jakbym nigdy nie istniała. Tak, Anka! Zakłamana dziewczynko, to ty mnie zdepczesz, nie ci od voodoo.

- Hej, słyszysz mnie? Nie odzywa się do mnie, drugi tydzień. Nawet wiem dlaczego, wszystko jej jedno. Jakiś test musi zdać, myśli, że wartość to nos w książkach. Telefon walnął w ścianę, stał się trzema telefonami. No, teraz już do niej nie zadzwonię. I dobrze!

Przykro mi, bo babcia siedzi teraz w samotności. Gorący pokoik o specyficznym zapachu, tłusta zupa ze starym makaronem i szlagiery, wcale nie pozwolą jej zatamować smutku. Przepraszam, nie chciało mi się żyć. A autobus był na przystanku, kiedy leżałam w łóżku. Nie po drodze mi było, babulu. I co zrobiłaś? Tylko twoja wina! Zimno mi! Czas ruszyć nogi i zrobić ogień w piecu. I wiesz, jak się poparzę, to zrobię ci wyrzuty sumienia. Zawsze musiałaś wszystkich niszczyć,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Schizofrenia. — czytnik · opowiadania