Hobby · 4 min czytania
Schody dla ludzi do góry nogami
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tata nauczył mnie grać w brydża, gdy byłem dzieckiem. Reguły są bardzo proste i łatwiejsze od wielu współczesnych planszówek. Na tym minimalnym gruncie stoi ogromna nadbudowa konwencji, taktycznych zagrywek i systemów licytacji. Widziałem kompletną instrukcję na dwóch stronach. Widziałem również trzystu stronnicową książkę o tym jak wybierać pierwszą zagrywaną kartę, co nazywane jest wistem. Wierzę, że właśnie to połączenie łatwości z głębią decyduje o ponadczasowości niektórych gier. Brydż jest na tyle trudny, na ile sami tego chcemy.
Szczęśliwie, na początku poznałem tylko zasady i nic nie wiedziałem o teoriach. Mogłem je proponować i odkrywać sam. Poszukiwanie sposobu skutecznej rozgrywki jest niezwykle przyjemne, nawet jeśli prowadzi do błędów. Do dziś bardziej od wygrywania wolę obmyślać, jak wygrywać. Zgodnie z tą hierarchią radosnego amatora, przez wiele lat grałem wśród rodziny i znajomych ... aż pewnego dnia postanowiłem razem z tatą spróbować sił w turnieju. Zrobiliśmy to bez wcześniejszych przygotowań i zmiany nastawienia. Dlatego w sali podkowiańskiego domu kultury byliśmy jak para wariatów chodząca na głowach wśród skoncentrowanych sportowców.
Zabroniono odzywek słownych. Licytowaliśmy za pomocą kartek, które sprawiały kłopoty przy wyciąganiu. Szarpałem się z nimi, rozsypywałem bezwładnie i zrzucałem na podłogę ku przerażeniu innych. Wyraźnie czułem odmienność tego pojedynku z obcymi ludźmi, od przyjacielskich spotkań, ale nie wiedziałem jeszcze, czy mi się to zupełnie nie podoba. Gdy już opanowałem techniczne różnice, runda dobiegła końca.
W drugiej rundzie natrafiliśmy na sympatycznego mężczyznę w średnim wieku oraz podniszczoną kobietę. Podnosimy karty, licytujemy chwilę, po czym ona zwraca się do mnie z pytaniem. - Przepraszam, co rozumiesz przez ostatnią odzywkę „dwa kier” swojego partnera? – Od kobiety buchnęło alkoholem. - To było poparcie. - Ale jakieś…