Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 17 min czytania

ŚCIERWO.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Było cicho. Słyszała miarowe, jednostajne, odgłosy budzika z pokoju obok. Wydawały się jej złośliwe, prześmiewcze, jakby nic się nie stało, jakby tyk, tyk, tyk, było najważniejsze. Chwilami nie mogła wytrzymać, zatykała sobie uszy albo wkładała głową pod poduszkę, nie pomagało, budzik odzywał się jeszcze głośniej, jeszcze wyraźnie, boleśniej. Każdy ruch mikroskopijnej sprężynki wbijał się w bębenki ostrym ukłuciem, każde przeskoczenie wskazówki o sekundę dzwoniło niczym największy z dzwonów.

Na ścianie nad lustrem pozostał jasny ślad. Miejsce po przytulonych głowach, twarzach uśmiechniętych nienaturalnie na okrzyk fotografa, zastygłych, wyblakłych spojrzeniach. Nie mogła patrzeć na zdjęcie, bo nie mogła uwierzyć, że to już, że po wszystkim. Wolała zamknąć oczy i myśleć, że to tylko jedna zła chwila. Andrzej obudzi się i powie – zrób mi coś do jedzenia. Potem przeciągnie się, ziewnie i zacznie szukać kapci. Nigdy nie mógł ich znaleźć, przekonywał ją, że stawia je zawsze przy łóżku a w nocy, ktoś złośliwie chowa je przed nim. Znajdywał je później w łazience, albo w kuchni pod stołem i niosąc je jak myśliwskie trofeum przekonywał, że nie mógł ich tam zostawić.

Od tamtego dnia zaczęła ubierać się na biało. Białe majtki, skarpetki, biustonosze, koszule dostała od razu. Bez problemów kupiła kilka białych bluzek i swetrów. Kilka dni zajęło jej skompletowanie reszty: białych butów, spodni, kurtki i czegoś na głowę. Gdy pierwszy raz wyszła tak na ulicę sąsiadka jej nie poznała, mijani przechodnie z trudem powstrzymywali drwiący uśmiech.

W nocy tylko dla niego wkładała czerń.

Wcześniej łzy płynęły z niej bez przerwy, przez miesiąc. Bez szlochania, spazmów, po prostu ciekły. Kropla za kroplą, na podłogę, ziemię, trawę, chodnik. Musiała się chować, unikać ludzi. Gdy już nie mogła wytrzymać samotności zakładała przyciemniane okulary i godzinami chodziła po samoobsługowych sklepach, w których nie trzeba było patrzeć nikomu w oczy. Ocierała się o jakieś rzeczy, ktoś na nią wpadał, przepraszał, ktoś inny zadawał pytanie, którego nie rozumiała. Coraz mniej rozumiała z tego co się wokół dzieje. Kim byli ci wszyscy ludzie, gdzie się tak śpieszyli i po co im tyle tego wszystkiego? Na zapas? Na przyszłość? Przecież mogło się zepsuć, wszystko w każdej chwili mogło się zepsuć. Nagle mogło zacząć cuchnąć i budzić odrazę. Przyszłość mogła zamienić się w ścierwo.

Marzyła o śnie, głębokim, twardym. Podróży w całkowity niebyt i żeby potem jak się obudzi wszystko było jak dawniej. Gdyby takie wycieczki sprzedawano w biurach podróży, nie zastanawiałaby się, oddałaby wszystkie pieniądze. Godzinami czytała wywieszone na szyby oferty: nurkowanie w Egipcie, kursy nurkowania, szkoła nurkowania, nurkowanie w Sharm el Sheikh, Dahab, nurkowe biuro podróży, last minute, nurkowe wakacje, płetwonurek, przelot, półwysep, pilot, przewodnik, wycieczka, egzotyka, bilet, świat, mapa, Rzym, koloseum, papież, pizza, makaron, bazylia, wino, wczasy, wakacje, urlop, lato, wycieczka, wycieczki, słońce, samolot, autokar, turysta, turystyka, morze, ocean, wypoczynek, plaża, słońce, hotele, pokój. Od tych dziwnych słów uspokajała się, wyobrażała sobie jego głos i czuła, że przy niej jest. Całe życie zbierali się żeby gdzieś jechać. Na zbieraniu się poprzestali. Dom był ich całym światem, nigdzie indziej nie czuliby się tak jak tam przy swoich kubkach z herbatą, w swoich kapciach, w fotelu, którego odgłosy znali na pamięć, przed telewizorem, który wystali na zmiany w mroźną grudniową noc, na początku lat osiemdziesiątych. Cieszyli się z niego jak dzieci, gdy następnego dnia mogli nie wychodząc z łóżka obejrzeć plenum KC wyobrażali sobie, że tak może być w raju. Na dworze upiorna zima stulecia, może tysiąclecie, a oni pod kołdrą wielką jak stodoła, pełną pierza, pili gorące mleko. Brakowało kakao, mogli się bez niego obejść, bez tylu rzeczy dawali sobie radę, bez pomarańczy, prawdziwej czekolady, szynki nawet bez kondomów. Tak było lepiej. Przyjemniej. Tylko oni i przemawiający bubek w okularach, zza których nie widać było mu oczu. Tylko ich parujące, tętniące krwią ciała i siwy łeb aparatczyka, któremu zasychało w gardle od bredni. Pamiętała nawet fragmenty przemówień:

„Byłoby też głęboką niesprawiedliwością, aby dziś wszyscy członkowie partii mieli uprawiać samobiczowanie, za winy niepopełnione. To nie partia bowiem zawiodła i zawiniła, tylko określeni z imienia i nazwiska niektórzy jej członkowie, ci którym partia zaufała, stawiając ich na kierowniczych stanowiskach.”

Kochali się gdy mówcy pili wodę, albo rozlegały się rzęsiste brawa. Jakby im bili. Jeszcze, jeszcze, towarzysze, jeszcze jedno socjalistyczne dziecko, dla Polski, dla kraju, no towarzyszko szerzej otwórzcie się na towarzysza, z życiem, raz, raz, budujemy nowy dom, robimy nowego obywatela, socjalistycznego człowieka. Co jest towarzyszu, nie możecie, nie dajecie rady, nie stajecie na wysokości postawionych wam zadań? Transmisja z plenum trwała siedem godzin. Jak siedem przerywanych stosunków. Stosunków oklaskiwanych przez delegatów z górniczego Śląska i hutniczego Krakowa, ze stalowej Stalowej Woli, włókienniczej Łodzi i popieprzonej Warszawy.

Coraz częściej przyłapywała się na tym, że zamiast teraźniejszości była w przeszłości. Widziała ją, czuła i słyszała. Była z nim. W łóżku, na spacerach, u znajomych, w kinie, znów w łóżku. Przeżywała wszystkie dni, które już się wydarzyły, wszystkie noce, które przespali, nie wiedziała po co, nie chciała tego, ale wszystko działo się poza nią. Czasem wracała na chwilę, budziła się, rozglądając się jakby pierwszy raz była w nieznanym mieście. Powroty stawały się coraz rzadsze i krótsze.

Pamięć cofała się daleko, czasem aż do dzieciństwa. Do czasów przed nim. Gdy była na etapie wymyślania go. Gdy czekała na dzień, w którym się pojawi, kiedy weźmie ją za rękę i dalej pójdą już razem. Przestawała rozpoznawać ludzi i miejsca. Nie odpowiadała na pozdrowienia, zaczepki znajomych, chodziła wolno jakby była na spacerze, czasem szybko jakby śpieszyła się gdzieś bardzo. Nie czuła chłodu. Czasem wychodziła z samego rana w cieniutkiej bluzeczce, w krótkiej spódnicy i klapkach. Z okapów ceglanych domów, z rynien zwisały sople, a ona szła mrużąc oczy przed słońcem, które wydawało jej się bliższe i bardziej gorące.

Ocknęła się w sklepie, była pewna, że jest z Andrzejem na działce. Poszła na stoisko gdzie sprzedawano przecenione odświeżacze powietrza. Wzięła po dwa, leśny, morski, różany i cytrynowy. Kasjerka spojrzała na nią dobrotliwie, jak na nieszczęśliwe dziecko, któremu upadł w błoto lizak. -Osiemnaście złotych. Po co pani tyle odświeżaczy? -Lubię ładne zapachy. Nerwowym ruchem wyciągnęła banknot dwudziestozłotowy i nie czekając na resztę odeszła. -Halo, proszę pani, reszta jeszcze! Co za ludzie! Chryste Panie!

Weszła do mieszkania, zamknęła drzwi i wyciągnęła leśny. Andrzej lubił las. Chodził po sobie tylko znanych miejscach, nie zależało mu na grzybach, kochał drzewa, dotykał je, czasem całował. Śmiała się z niego, mówiąc, że ma coś z głową, że przecież to tylko martwe rośliny, że przecież one nie czują, nie myślą. Teraz rozumiała go bardziej. Weszła do pokoju, w nozdrza uderzył ją fetor, nacisnęła spray. Z głośnym sykiem rozprysł się po całym pomieszczeniu słodki, trochę duszący zapach sosny. Podeszła bliżej, do łóżka. Spryskała mu twarz, koszulę i nogi. Usłyszała, że ktoś puka. Jeszcze raz nacisnęła spray i wyszła zamykając drzwi na klucz.

-Dzień dobry pani Marylo? To ja, Kazimierczakowa – sąsiadka nie czekając na zaproszenie weszła rozglądając się po mieszkaniu. – Męża nie ma? -Ano nie ma? -Wyjechał? -Wyjechał. -Kiedy wróci? -Kto to może wiedzieć? -Myślałam, że wrócił. W zeszłym tygodniu go nie było, teraz też nie ma, a mnie ten zlew tak cieknie, pani Pawłowska, gdzie mąż pojechał? Na długo. -Robotę mu znajomy w Warszawie załatwił, przyda się trochę grosza. -W Warszawie? Ja to nie wiem, ludzie różnie mówią, jeden pojechał do Warszawy to przyjechał w czarnym worku, tam teraz dzicz, strach na ulicę wyjść napadają w biały dzień, bandytyzm i tyle. Ale w następnym tygodniu będzie? -Nie wiem. Może będzie, może nie będzie. Niech pani zadzwoni po hydraulika, co będzie tyle czekać. -Łatwo powiedzieć, fachowiec przyjdzie, zaśpiewa pieniędzy, a pan Andrzejek to by mi za darmo zrobił, takiej drugiej złotej rączki to próżno szukać. Pójdę już. Do widzenia, źle pani wygląda pani Marylo, wątroba co? -Tak wątroba. -Pod oczami żółto, a…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%