Fantasy · 18 min czytania
Seharia cz. 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Amrath wypuściła z dłoni zakrwawiony nóż, który upadł na ziemię z głośnym metalicznym brzękiem. Przez chwilę nie wiedziała co tak naprawdę się wydarzyło. Widziała jedynie krew dookoła, ciemną i gęstą. Podniosła przerażone spojrzenie na otaczających ją wojowników. Opuściły ją resztki odwagi jakie jeszcze przed chwilą w sobie miała. Cała sytuacja z niebezpiecznej zmieniła się w prawdziwy koszmar. Dotarło do niej, że nie może tak stać i wpatrywać się w nich nierozumiejącym wzrokiem. Ich spojrzenia palił ją, wiedziała, że ma poważne kłopoty. Zrobiła krok do tyłu, po chwili następny. Wiedziała, że jej jedyną nadzieją jest element zaskoczenia, że tylko tak zdoła umknąć karze, która na pewno ją czeka, jeśli zostanie tam choć minutę dłużej. Zbrukała to miejsce krwią. Teraz już nie było dla niej żadnego sposobu ukrycia się przed boskim gniewem. Wyłączyła racjonalne myślenie i dała ponieść się instynktowi, który nakazał jej natychmiast uciekać. Jej nogi same ją prowadziły w stronę wyjścia. Słyszała za sobą oburzone krzyki, a także kroki ciężkich butów stukających o posadzkę świątyni. Jakimś cudem udało jej się wydostać na zatłoczony plac. Ucieczka nie była prosta. Amrath sama do końca nie wiedziała jak udało jej się zmylić pościg. Zmrok powoli zapadał przez co łatwiej było przemknąć wąskimi zaułkami. Cienie od zawsze były jej sprzymierzeńcem. Zawsze potrafiła zatopić się w nocnym otoczeniu tak, że niewielu było w stanie ją dostrzec. Była dumna z tej umiejętności. Nigdy jednak nie przypuszczała, że uratuje jej ona życie. W tamtej chwili z chęcią oddałaby ją za możliwość cofnięcia tego co się wydarzyło. Niestety nie posiadała takiego wyboru i mogła tylko poszukać jakiegoś schronienia. Mrok gęstniał z każdą chwilą. Miasto jaśniało setkami oliwnych lamp zapalanych jak zawsze tuż po zachodzie słońca. „Bogatsze dzielnice muszą teraz pięknie lśnić.” przeszło jej bezsensownie przez myśl. Granatowy nieboskłon usiany srebrnymi gwiazdami przeszył niski, głęboki dźwięk dzwonu. Zbliżały się obowiązkowe wieczorne obrzędy. Serce Amrath załomotało szybciej, gdy zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą ta pora. Tłumy, które pojawiają się wtedy na ulicach to zbyt duże dla niej ryzyko. Jeśli wieść o morderstwie rozeszła się już po mieście, było duże prawdopodobieństwo, że ktoś ją rozpozna. Ponadto kobieta zmierzająca w przeciwnym kierunku niż tłum od razu wzbudziłaby niepotrzebne podejrzenia. Była jednak nadzieja, że szczelnie owinięta chustą nie zostałaby rozpoznana. Musiałaby wtedy zaryzykować powrót drogą, którą przyszła. Spojrzała w dół, na swoje szaty. Nie, to było wykluczone. Nie mogłaby pokazać się w stroju Tancerki. Całę bractwo zapewne szuka teraz kobiety zajmującej się ta profesją i natychmiast by ją zatrzymali. Przystanęła w ciemnym zaułku. Przykucnęła za stertą skrzyń piętrzących się pod jedną ze ścian. Miała nadzieję, że jest niewidoczna dla sunącego powoli głównymi ulicami tłumu. Starała się oczyścić nieco przerażony umysł i podjąć jakąś racjonalną decyzję. Nie było to jednak takie proste. Kiedy tylko zatrzymała się w tymczasowym schronieniu jej ciało zaczęło drżeć, pociemniało jej przed oczami. Dyszała ciężko obezwładniona przez paraliżujący ją strach. Jej życie nie było proste, ale nigdy też nie przybierało tak dramatycznego obrotu. Teraz jednak zrobiła coś za co czekała ją tylko śmierć. Na nic zdałyby się wszelkie próby tłumaczenia. Naznaczona nie miała prawa obrony, jej wina była z góry przesądzona. Noc powoli przemijała, a Amrath wciąż siedziała jak sparaliżowana otoczona zupełnymi ciemnościami. Dwa razy przechodziły obok niej patrole bractwa, ale nie zauważyli jej. Prowizoryczna kryjówka zdała egzamin. Powietrze robiło się coraz chłodniejsze. Okręciła się szczelnie szalem, ale niewiele to dało. Seharyjskie noce to bardzo trudna pora doby. Zimno przychodzące z pustyni przenikało nieprzygotowanych na wskroś. Nieraz zdarzały się ofiary, zazwyczaj byli to biedni i bezdomni, którzy nie mieli możliwości ukrycia się w ciepłych domach. Amrath po raz pierwszy odczuła na własnej skórze, jak ciężko jest przetrwać tą zmianę temperatury. Zazwyczaj świetnie sobie radziła ze znalezieniem miejsca odpowiedniego na przespanie nocy. Miała wielu przyjaciół i dłużników, którzy w każdej chwili byli gotowi ją przyjąć. Byli to głównie mieszkańcy najbiedniejszych dzielnic, lecz tylko im była w stanie choć trochę zaufać. Znali równie dobrze jak ona trudności życia na ulicy. Nie mogła jednak teraz zgłosić się do nikogo. Nie chciała ryzykować, że sprowadzi na kogoś kłopoty. Pytanie tylko czy miała jakieś inne wyjście.
Dzień w Domu rodziny Salamshad rozpoczął się tak samo jak wiele poprzednich. Służba wstała jeszcze przed świtem, by zdążyć przygotować wszystko dla Państwa. - Berikka, wstawaj - usłyszała szept tuż przy jej uchu. Dziewczyna niechętnie uchyliła powieki. W pomieszczeniu wciąż panował półmrok, rozpraszany jedynie nikłym światłem świecy trzymanej przez jedną ze starszych służących. Przetarła oczy, lecz niewiele to pomogło na nieopuszczające jej zmęczenie. Niechętnie podniosła się z twardego posłania. Gdzieś po jej lewej budzili się inni jej współpracownicy. Słyszała ich ciche pojękiwania i westchnienia. Każdy jej dzień rozpoczynał się tą samą ciężką pobudką. Zdawać by się mogło, że po tylu latach pracy powinna się przyzwyczaić, lecz nie było to dla niej łatwe. Pospiesznie wciągnęła na siebie starą lnianą suknię, przeczesała skołtunione włosy palcami. Niewiele to dało, ale Berikka nie przejęła się tym zbytnio. Kiedy weszła do obszernej kuchni większość służby już tam była. Pomiędzy pracownikami roznoszone były kawałki chleba oraz sera. Z rąk do rąk podawano sobie także dzbany z wodą, a nawet z mlekiem. Nie był to częsty rarytas. Berikka szybko usiadła na jednej z długich ław. Natychmiast porwała porządną kromkę z jednej z tac. W jej dłonie włożono kubek z mlekiem. Wymamrotała ciche podziękowanie i łapczywie wypiła całą zawartość. Gdy skończyła, wierzchem dłoni otarła białe „wąsy” i podniosła się bez słowa z siedzenia. Miała zamiar zabrać się za swoją pracę. Liczyła, że im wcześniej ją rozpocznie tym szybciej się z nią upora. - Berikka! - usłyszała za sobą naglący głos. Odwróciła się. Przy palenisku spostrzegła grubą kucharkę, która przywoływała ją niecierpliwymi skinieniami. Chcąc nie chcąc podeszła do niej. Kobieta rozporządzała całą kuchnią i to jej podlegała w sprawach dotyczących pracy. Może i wydawała się surowa i wiecznie skwaszona, jednak tylko ona traktowała dobrze dziewczynę. - Słucham – powiedziała nieśmiało, gdy stanęła przed kucharką. - Haris jak zwykle się spóźnia. Idź po niego i powiedz mu, że następnym razem nie zostawię mu ani okruszka – wydęła wargi rozgniewana. Berikka uśmiechnęła się lekko na te słowa. Nie pierwszy raz padły one z ust kobiety. Starała się ona być nieugięta, lecz Haris był dla niej niczym rodzony syn. Miała do niego słabość, a on umiejętnie obracał to na swoją korzyść. Dziewczyna skinęła głową i wyszła tylnymi drzwiami. Za nimi znajdowała się wąska kamienna ścieżka ciągnąca się wzdłuż rezydencji. W pewnym momencie rozwidlała się w stronę ogrodu i tam właśnie udała się Berikka. Na horyzoncie powoli różowiło się niebo. Wstawał kolejny upalny poranek. Zbliżał się wschód słońca, jednak zjawisko to nie robiło na niej żadnego wrażenia. Od kilkunastu lat oglądała go dzień w dzień. Przez tak długi czas stracił znacznie na uroku. Droga zajęła jej zaledwie parę minut. Szybko przemierzyła niewielki lasek cytrusowy oraz jeziorko, zajmujące jedną piątą całego ogrodu. Szopa na narzędzia, do której zmierzała, znajdowała się w najdalszym zakamarku terenu należącego do Państwa Salamshad. Haris jako główny ogrodnik miał w niej swoje łóżko, a także osobiste rzeczy. To tam spędzał każdą noc. Było to niezwykłe wyróżnienie dla służącego, a zarazem duża wygoda nie musieć dzielić jednego pomieszczenia z ponad dziesiątką osób w różnym wieku. Berikka nieraz zastanawiała się jak żyje się w takim odosobnieniu. Zazdrościła mu, choć nigdy nie dawała tego po sobie poznać. Gdy wyszła zza zakrętu jej oczom ukazałam się nieduża drewniana szopa. Jej tylna ściana stykała się z kamiennym murem, który otaczał rezydencję oraz przylegające do niej tereny. Ulokowana była na uboczu, w niezwykle urokliwym miejscu. Wokół niej rosły okazałe krzewy tamaryszku dające miły cień w upalne dni. Berikka doszła ścieżką do drzwi szopy. Niepewnie podniosła dłoń i zapukała cicho. Nie chciała zbyt gwałtownie wyrwać mężczyzny ze snu. Odczekała chwilę, ale odpowiedziała jej jedynie cisza. Zmarszczyła brwi i ponownie uderzyła pięścią w drzwi, tym razem nieco mocniej. Usłyszała…